[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zjawy stanęli nasrożeni nieufnie. Potem, zwiesiwszy uszy na boki, truchcikiem wrócili do swej
zdobyczy. Instynkt mówił im, że mięso póty będzie stanowiło ich własność, póki zdołają je
obronić. Walczyli dla zdobycia go. Zgodnie z prawem kniei mieli walczyć nadal, by móc je
zachować. W okresie sytych dni ruszyliby dalej w las bez wahania. Lecz długie godziny męki
głodowej pouczyły ich o czym innym. Tej nocy cichej i jasnej, która nastała po dniach zawiei i
postu, setki tysięcy zgłodniałych istot opuściły swe leża w pogoni za jadłem. tysiąc osiemset
mil na wschód i zachód i o tysiąc mil na północ i południe szczupłe, o zapadłych brzuchach
stworzenia szukały żeru. Kazan i Szara Wilczyca nie widząc odgadli tę ruchawkę, toteż ani na
chwilę nie porzucali ważnego posterunku. Spoczęli oboje pod kępą karłowatych sosen
wyczekując biegu zdarzeń. Zlepa wilczyca łagodnie pieściła psa pyskiem. Raptem wydała cichy
skowyt, który posłużył psu jako przestroga. Potem wciągnęła powietrze i nastawiła uszy.
Zesztywnieli oboje do ostatniego mięśnia. Minęło ich coś żywego, wiedzieli o tym,
jakkolwiek nie dojrzeli nic, nie złowili szmeru ani żadnej niemal woni. Wróciło znów, szybując
w powietrzu, tajemnicze niby cień, aż jak wielki kłąb śniegu opadła w dół ogromna białopióra
sowa. Kazan widział, jak skrzydlaty potwór siada na karku łosia. Błyskawicznie wyskoczył z
ukrycia, a Szara Wilczyca pędziła w ślad za nim. Z gniewnym rykiem kłapnął kłami za białym
łupieżcą i chwycił pustkę. W rozpędzie przesadził ścierwo łosie. Gdy skręcił, sowa znikła.
Odzyskał już niemal całą dawną moc. Kłusem obiegł wokół powalonego cielska, mając
sierść zjeżoną jak szczotka i szeroko rozwarte grozne ślepia. Warczał unosząc łeb ku górze.
Szczęknął kłami, potem przysiadł i spoglądał na krwawy ślad, którym łoś przybył. Instynkt
bardziej nieomylny niż rozum, uprzedzał go, że niebezpieczeństwo pojawi się stamtąd właśnie.
Szlak ginął w kniei niby purpurowa taśma. Drobne, szybkonogie gronostaje myszkowały
wszędzie tej nocy, podobne w ruchu do białych szczurów. Pierwsze też wykryły trop i
podniecone, krwiożercze pomknęły nim, skrzecząc głośno i nerwowo. Lis złowił aromat świeżej
posoki o ćwierć mili pod wiatr i śmignął bliżej. Spod głębokiego zwału drzew wychynął
wynędzniały skunks o oczach jak paciorki i stanął na szkarłatnej wstędze.
Ten skunks zmusił właśnie Kazana do nowego wywiadu. Pies zwęszył lub dosłyszał zwierzę
i wypadł spod strzechy karłowatych sosen niby bury pocisk. W księżycowym świetle rozgorzała
krótka, zacięta walka, warkot, darcie pazurów, buchnął ostry wrzask i skunks zapomniał o
głodzie w szalonej ucieczce. Kazan wrócił do Szarej Wilczycy z pociętym i pokrwawionym
nosem. Samka oblizała go czule, podczas gdy pies trwał w napiętym oczekiwaniu.
Lis, przestrzeżony z dala odgłosem walki, umknął chyżo. Nie był on rycerzem, lecz
łotrzykiem mordującym po kryjomu, toteż nieco pózniej skoczył z zasadzki na sowę i podarł ją
na strzępy, by w powodzi pierza odnalezć pół funta mięsa.
Lecz nic nie mogło odstraszyć gronostajów, nocnych łazików Dalekiej Północy.
Przemknęłyby nawet między nogami człowieka, byle się dobrać do świeżego mięsa i krwi. Kazan
uganiał za nimi bez skutku. Były zbyt nieuchwytne, podobne raczej do błędnych ogni niż do
żywych istot. Podkopywały się pod cielsko martwego łosia żrąc chciwie, podczas gdy pies szalał
ryjąc śnieg łapami i drąc go pyskiem. Szara Wilczyca siedząc opodal trwała w błogim spokoju.
Gronostaje nie wytrącały jej z równowagi. Kazan zrozumiał po chwili, iż należy brać z niej
przykład, toteż buchnął w śnieg i leżał dysząc z wywieszonym ozorem.
Teraz nastał długi okres niemal całkowitej ciszy. Raz z bardzo daleka nadleciało wycie wilka
i w regularnych odstępach hukała śnieżna sowa podkreślając milczącą zadumę kniei. Księżyc stał
tuż nad padłem łosia, gdy Szara Wilczyca wyczuła pierwszy powiew realnej grozby.
Błyskawicznie powiadomiła Kazana i zwróciła pysk w stronę szlaku, dygocąc śmigłym ciałem,
szczerząc białe kły i warcząc głucho. Jedynie w obliczu śmiertelnego wroga  rysia, sprawcy jej
kalectwa, zachowywała się w ten sposób. Kazan zrozumiał i jednym skokiem wysunął się przed
nią, jakkolwiek nie zwietrzył jeszcze woni pięknej siwej bestii, która złodziejskim ruchem
zakradała się z głębi boru.
Raptem nastąpiło nieoczekiwane intermezzo. O milę wybuchnął samotny, dziki, przeciągły
zew.
Pomimo wszystko był to głos istotnego władcy kniei  wilka. Wył z głodu. Takie wycie
mrozi krew w żyłach samotnego wędrowca; porywa na nogi wypoczywające łosie i karibu i każe
im drżeć. Głos płynął żałobną nutą nad lasy i mokradła, nad otulone śniegiem zręby urwisk,
sięgając milami w osrebrzoną księżycem dal.
Teraz nastała cisza pełna ukrytych znaczeń. Kazan i Szara Wilczyca stojąc bok w bok
spoglądali w stronę zewu. Odbywała się w nich dziwna zmiana pojęć, gdyż ten głos nie groził i
nie przestrzegał, lecz dziergał nić porozumienia. Gdzieś w dali poza rysiem, lisem i skunksem
śmigali członkowie ich rodu, wilcza gromada uznająca prawo wspólnej zwierzyny i jadła, płowi
pobratymcy. Więc Szara Wilczyca siadłszy w śniegu zawyła w odpowiedzi donośnie, a
triumfalnie, wieszcząc stadu, że u kresu krwawych tropów leży martwa zdobycz.
Ryś, wzięty między te dwa głosy niby w dwa ognie, zawrócił i chyłkiem pomknął w las.
ROZDZIAA XV
POJEDYNEK PRZY ZWIETLE GWIAZD
Kazan i Szara Wilczyca czekali przykucnąwszy w śniegu. Minęło pięć minut, dziesięć,
piętnaście i samka poczęła się niepokoić. Nikt nie odpowiedział na jej wołanie. Zawyła
ponownie, gdy Kazan drżąc nasłuchiwał u jej boku, lecz doczekała się jedynie śmiertelnej ciszy.
To nie było zwyczajem stada. Wiedziała, że jej głos dotarł do celu i tajemniczość wypadków
napełniała ją troską. Lecz wreszcie pojęli oboje, że gromada czy też pojedynczy wilk znajdują się
w pobliżu. Woń świeżej krwi syciła powietrze tworząc wystarczający drogowskaz. Po chwili [ Pobierz całość w formacie PDF ]