[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Lila dobrze sobie radzi z prowadzeniem lekcji - stwierdziła Claudia po jej odejściu. -
Ale reszta pozostawia jeszcze coś niecoś do życzenia. Może zrazić się do zawodu, choć wciąż
mam nadzieję, że okrzepnie. Bardzo liczę na pannę Thompson, osobę starszą i dojrzalszą. Czy
tyją lubisz?
- Tak - odparła Susanna, wstając, żeby po raz kolejny nalać im herbaty. - Mimo że nie
rozmawiałam z nią zbyt wiele, wydaje mi się osobą z poczuciem humoru. Ufam takim
ludziom.
- Jeśli zacznie u nas uczyć, jej poczucie humoru może zostać wystawione na ciężką
próbę.
Po herbacie zapadło milczenie, a myśli Susanny znów zaczęły krążyć wokół walca i
pożegnania z Peterem, które okazało się pogodne. Nie robiła tragedii, gdy wyjeżdżała z
Barday Court i nie będzie jej robiła teraz. Była zadowolona, że go znów zobaczyła i się
przekonała, iż rzeczywiście przejmował się jej losem i dlatego właśnie zjawił się w Górnych
Salach Asamblowych. Teraz jednak znów czuła bolesną pustkę i nie mogła udawać, że jest
inaczej.
- Zwykle dużo wcześniej wyczuwam, co się święci - odezwała się niespodziewanie
Claudia. - Nim jeszcze cała rzecz się ujawni i sprawi kłopot albo wyrządzi szkody.
Susanna piła herbatę w milczeniu. Co Claudia miała na myśli?
- Spotkałaś wicehrabiego Whitleafa w Barclay Court, prawda?
- Tak - odparła ostrożnie. - Mieszkał w Hareford House. Młody Raycroft przyjazni się
z nim. Chyba poznałaś Raycrofta, i jego rodzinę?
Claudia kiwnęła głową. Ona też była tego roku w Barclay Court, nim jeszcze Frances
wyjechała na kontynent.
- Na początku myślałam, że to zarozumialec, ale hrabia i panna Thompson zapewniali
mnie, że nie. Ani ty, ani Frances nie powiedziałyście nic. A potem zjadłaś przy herbacie
połowę kanapek z ogórkiem i jedną trzecią ciasta z rodzynkami, co jest całkiem do ciebie
niepodobne. Frances patrzyła zaś na ciebie z troską przez cały czas. Tego już nie czułam
przez skórę. To już nie były moje niejasne przeczucia. To coś dużo bardziej realnego.
Susanna nie mogła udawać, że nie wie, o czym Claudia mówi.
- To nie to, co myślisz.
- A co myślę?
- Zaprzyjazniliśmy się - wyjaśniła. - Nie mam złudzeń, że mogłoby chodzić o coś
więcej. Wicehrabia na wiele sposobów okazuje mi życzliwość i sympatię. Pod koniec wakacji
pożegnałam go z prawdziwym smutkiem. Frances się bała, że go pokochałam. I, jak mi się
zdaje, wciąż się tego obawia. Ale jest w błędzie. Miło mi było znów go zobaczyć i tańczyć z
nim. Nic więcej. Jeśli myślisz, że nie będę przez niego sypiać po nocach, to się mylisz.
Postawiła pospiesznie filiżankę na spodku, żeby ukryć drżenie rąk. O Boże! Gotowa się zaraz
rozpłakać, jak tamtej nocy po balu.
- Czy to nie straszne - westchnęła Claudia - że nie możemy urzeczywistnić naszych
marzeń o miłości? Nie wolno nam myśleć o mężczyznach ani o pragnieniach, jakie w nas
budzą, skoro nasze szanse na zamążpójście są bliskie zeru. Nigdy wcześniej się nie zdarzyło,
żeby Claudia choćby wspomniała o tych pragnieniach. Raczej można by się było spodziewać,
że wcale ich nie ma! Liczyła sobie przecież ponad trzydzieści lat. Kiedy Susanna znalazła się
w szkole, Claudia była już dorosłą osobą. I cały ten czas spędziła bez mężczyzny.
- Mogę ci zapewnić - ciągnęła Claudia - bezpieczną posadę w szkole, ale nie zdołam
znalezć dla ciebie męża mimo twojej urody, witalności i inteligencji. - Och, przecież tyle dla
mnie zrobiłaś! A ja nie kocham ani Whitleafa, ani nikogo innego.
Claudia znowu westchnęła.
- Oczywiście. Pora iść spać po pełnym wrażeń dniu. Czuję się taka wyczerpana, a
jutro czeka mnie mnóstwo pracy.
- Mogę zamiast ciebie zająć się próbami przedstawienia świątecznego. %7łycie toczy się
swoim torem, stwierdziła w duchu, zamykając za sobą drzwi sypialni. Jakoś to przeżyła i
będzie żyć dalej. Znajdzie sobie zajęcie na jutro, i na każdy następny dzień. W sumie
ucieszyło ją, że zapytał, czy jest w ciąży. Wyglądało na to, że nie pozostawiłby jej wtedy
własnemu losowi. Była tego pewna.
Mogła go zatem nadal lubić, a nawet... no cóż, kochać. Nie mogła temu zaprzeczać.
Przeżyje to jakoś, tak jak przeżyła rozstanie z nim w sierpniu. Czy nieodwzajemniona miłość
musi zgasnąć? Gorąco pragnęła, aby tak się nie stało.
Następnego dnia Peter postanowił nie wracać z Lauren i Kitem do Alvesley, choć go
do tego zachęcali. Miał pilny interes do załatwienia w Londynie. Tak im właśnie powiedział.
Zamierzał wybrać konie do nowego zaprzęgu, mimo że jego gniadoszom niczego nie
brakowało. Chciał też zajrzeć do klubów, zwłaszcza do White'a, aby się przekonać, kto został
w stolicy, a kto z niej wyjechał, no i poznać najnowsze ploteczki - chociaż akurat to trudno
byłoby nazwać interesem.
W gruncie rzeczy brakowało mu pretekstu, żeby nie wracać do domu. Do świąt
pozostało trochę czasu, a on postanowił, że wcześniej się tam nie wybierze.
Matka miała zamiar zmienić jadalnię w jakieś okropieństwo koloru lawendy. Tak
przynajmniej określiła go w ostatnim liście. %7łeby pasował do różowego salonu. Odłożyła to
jednak na po świętach^ bo oczekiwała gości. Wielu. Zdąży więc zapobiec katastrofie,
zjawiając się tuż przed Gwiazdką. Lawendowa jadalnia, Boże święty!
Potem przyjdzie pewnie kolej na bibliotekę.
Zaprosiła na święta rodzinę Flynnów - Posych. Lady Flynn - Posy była jedną z jej
najdroższych przyjaciółek w roku debiutu. Napisała jeszcze, że Peter pewnie ją pamięta, co
nie było prawdą. Zamierzali przywiezć ze sobą syna, uroczego młodzieńca, studenta
Oksfordu. No i oczywiście córkę - dobrze ułożoną, bardzo ładną pannę, która debiutowała
właśnie tej wiosny. [ Pobierz całość w formacie PDF ]