[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Zrobimy to jutro, zaczniemy od samego rana. Użyjemy dwóch wozów i
wszystkich rąk do pracy.
- Myślisz, że ludzie nie będą mieli zastrzeżeń?
- A kto tu jest szefem?
- Oczywiście, że ty!
Missie czuła, że mówiąc to, Henry uśmiecha się życzliwie.
- Ale podejrzewam, że mogą mieć obiekcje, bo wynająłeś ich do
hodowli krów, a nie zbierania bawolich odchodów.
- Zobaczymy - stwierdził Willie i w tej samej chwili obaj mężczyzni
pojawili się w drzwiach.
Mam nadzieję, że myślą o tym samym co ja...- westchnęła Missie.
Następnego poranka pięciu mężczyzn wyruszyło dwoma wozami na
poszukiwanie opału. Przez cały dzień kursowali tam i z powrotem, aż w
końcu ułożyli spory zapas za kuchnią polową. Zrobili w ten sposób
Missie wielką przysługę. Nie musi wychodzić po opał daleko.
Zaoszczędzi jej to trudu łamania zamarzniętych kawałków wyjmowanych
spod śniegu.
Niemal krzyczała z radości, patrząc jak szopa wypełnia się po brzegi.
Zbieranie bawolich odchodów było teraz coraz trudniejsze, gdy zbliżała
się zima. Dzięki Ci, Boże - szeptała w sercu. Dziękuję ci Willie i wam
wszystkim - chciała im powiedzieć, ale w tym momencie i tak jej nie
słyszeli. Zrobiło jej się lżej na sercu i była im bardzo wdzięczna.
Zastanawiała się w jaki sposób mogłaby im to wyrazić. W tym samym
czasie sięgnęła po dzbanek z kawą i wypełniła go po brzegi. Zaparzy im
kawy, by mogli się ogrzać, kiedy wrócą.
W kolejnych dniach mężczyzni kontynuowali zbieranie opału,
zapełniając nim miejsce za szopą. Missie wydawało się, że zapas ten
wystarczy na wieki. Tak wydawało się również
innym i okazywali to poprzez grymas niezadowolenia i mruczenie pod
nosem. Willie stwierdził jednak, że musi być absolutnie pewny, iż jego
żona ma pod ręką dostateczną ilość opału na nadchodzącą zimę.
Dni upływały Missie razniej, gdy opał był już zgromadzony. Nie
umiała jednak wypełnić całego czasu zajęciami. Mały pokój nie wymagał
wiele sprzątania. Próbowała zamiatać podłogę, ścieliła łóżko,
przygotowywała posiłki i zmywała naczynia. Oczywiście często musiała
robić wyprawy do strumyka, kiedy skończyła się woda, którą Willie
codziennie rano przynosił, zanim wychodził do pracy. Poza tym, nie
wiedziała, czym jeszcze może wypełnić wolne godziny.
Postanowiła zrobić na drutach skarpety dla Henry ego, a potem dla
pozostałych robotników. Będzie je miała gotowe akurat na Boże
Narodzenie. Kiedy skończyła robić skarpety, a jej ręce znowu okazały się
bezużyteczne, postanowiła wykonać dla wszystkich mężczyzn rękawice z
jednym palcem. Wahała się, gdyż nie była pewna, czy kowboje nie
odniosą się z pogardą do takiej rzeczy, jak wełniane rękawice, lecz w
końcu postanowiła, że i tak je zrobi.
Missie nie znała dobrze tych ludzi. Wysoki, szczupły mężczyzna z
surowym wyrazem twarzy i dużym nosem nazywał się Cłem. Niższy,
przez cały czas żujący tabakę, miał na imię Sandy. Najlepiej
zaznajomiona była z kucharzem Cookiem, spokojnym i sympatycznym
człowiekiem, którego bystre oczy nie przegapiły nigdy niczego. Miał
zawsze poważną twarz, która rozjaśniała się na chwilę uśmiechem, kiedy
widział Missie lub jej małego synka. Cookie cierpiał z powodu utykania,
co sprawiało, że chętniej stał przy kuchni niż poruszał się po ranczu.
Przyczyną niepełnosprawności biodra był upadek z konia podczas
ujeżdżania. Missie cieszyła się, że jest w pobliżu
i mimo że nie rozmawiali zbyt często, jego okazjonalne skinienie
głową i uśmiech dodawały jej zawsze otuchy.
Najtrudniejszym zadaniem było pranie rzeczy dziecka. Trzeba było
przynieść wodę ze strumyka znajdującego się poniżej domu. Mimo że
Willie codziennie rano przed wyjściem do pracy napełniał dwa wiadra,
które mieli do dyspozycji, ilość ta nie wystarczała do wykonania tego
zadania. Piec był za mały i nie mieściła się na nim balia ani kocioł, więc
musiała podgrzewać wodę w czajniku. Kiedy zagrzał się kolejny czajnik z
wodą, pierwszy zdążył już wystygnąć. Była nauczona prać w gorącej
wodzie, więc jej cierpliwość była wystawiona na próbę. [ Pobierz całość w formacie PDF ]