[ Pobierz całość w formacie PDF ]

szedł razem z nim na dół, co chwila praŜąc ogniem. Zumbach nie widział Ŝadnych skutków
swych pocisków — trafić w samolot w korkociągu to właściwie przypadek! — i strzelał z
coraz większą furią. Zeszli tak z wysokości 6000 metrów na 3000.
Naraz myśliwiec się ocknął i oprzytomniał: toŜ to głupstwo! Postępując tak dalej mógł
wystrzelać wszystkie naboje i nie trafić w ogóle, a przeciwnie, wtedy łatwo stać się samemu
łupem nieprzyjaciela. Naiwny pozornie podstęp wroga był wciąganiem myśliwca w zdradliwą
zasadzkę.
Więc Zumbach przestał strzelać. Szedł za messerschmittem, nieustępliwy i niemy jak
cień, i pilnował. Był teraz bardzo spokojny. Wiedział, Ŝe dla tamtego nie ma ucieczki, bo
musi albo wyjść z korkociągu, albo rozbić się o ziemię. A skoro wyjdzie z korkociągu…
Dzień był zasadniczo słoneczny, lecz tu i tam, na róŜnych wysokościach, płynęły kłęby
chmur jak białe wyspy. Małe obłoczki unosiły się równieŜ kilkaset metrów nad ziemią i gdy
Zumbach i jego przeciwnik spadali w ich pobliŜu, messerschmitt wykonał nagle ostry zwrot i
wyrwał się z korkociągu. Czy chciał chwycić się chmur jak ostatniej deski ratunku? Nie ma
na to odpowiedzi i nikt nigdy juŜ nie odpowie.
Gdy messerschmitt wyprostował swój lot, odezwały się natychmiast karabiny Zumbacha.
Nato przeciwnik wykręcił niespodziewanie beczkę — zdumiewający, bezcelowy manewr,
często stosowany przez pilotów Luftwaffe w chwili niebezpieczeństwa — aŜ myśliwiec
musiał poderwać maszynę, by się nie zderzyć. Wykonał ostry wywrót przez plecy i zleciał z
boku znów na ogon przeciwnika. Czarny krzyŜ tym razem nie wykazywał juŜ dowcipu ani
ochoty dó walki. Zumbach posłał w niego jeszcze kilka serii i dobił go sumiennie, po prostu,
jak dobija się wściekłego psa.
Cały w płomieniach, messerschmitt poszedł w dół juŜ naprawdę, juŜ bez udawania i bez
podstępu.
Był to mały fragment gigantycznej wojny, drobny epizod, jakich legion. Przebiegłość
messerschmitta nie pomogła. Jego podstęp zawiódł.
Gdy przyjdzie płacić za potworne zbrodnie barbarzyństwa i okrucieństwa, dokonywane
podczas tej wojny na bliźnim człowieku, czy zbrodniarze — zastanawiał się nieraz niejeden
myśliwiec Dywizjonu 303 — czy zbrodniarze nie będą usiłowali się wymigać od
odpowiedzialności nową przebiegłością? Czy stać będzie przenikliwych i roztropnych oczu,
by dostrzec ich podstęp?
Byli to chłopacy cudowni, ci z Kościuszkowskiego Dywizjonu 303, Dywizjonu
Warszawskiego, zdrowi, jędrni, krzepcy, przystojni. Nie dziw, Ŝe leciały na nich dziewczyny.
Bo juŜ się rozniosło: to nie tylko zwycięscy myśliwcy, nie tylko egzotyczni obrońcy
angielskiego home’u, lecz i jakieś nieprawdopodobne zuchy, okrutnie cięte na krasę
niewieścią. Wiedziały o tym oczarowane dziewczyny z northolckiego „Orchardu”, wiedziały i
wykwintne panie londyńskiego „Berkeley” czy „Dorchesteru”.
Bogata lady Smith-Bingham, matka-opiekunka polskiego dywizjonu, urządziła dla
myśliwców cocktail-party w „Dorchesterze”. Sprosiła co najpiękniejsze panie z londyńskiego
towarzystwa. Przyszły jak jasne, szlachetne kwiaty, by poznać sławnych lotników. One i oni
tańczyli, uśmiechali się, pili, byli weseli, byli szczęśliwi, zakochiwali się. Nie tym
kochaniem, które jest brzemienne jak los, lecz tym, które jest jak barwny motyl.
— AleŜ to niezrównani tancerze! Teraz rozumiem ich powodzenie u kobiet! — stwierdzał
ze sportowym uznaniem zaŜywny markiz Donegall i choć mówił, Ŝe rozumie, po prawdzie
nie rozumiał sedna rzeczy.
Jedna z powabnych ladies, młoda wdówka, po kilku cocktailach straciła angielską
powściągliwość i uwzięła się na Jana Zumbacha. Prawiła mu słodkie; dobre słowa, oceniała
dodatnio szerokość jego polskich barków i mówiła mu wesoło:
— I like you, Jan! … — Lubię ciebie Janie!
A Zumbachowi zaświeciły się oczy wilkiem, bo to zbereźnik z nich największy.
Wyszeptał:
— I love you, too! … — Ja ciebie takŜe kocham!
Lecz potem nagle coś zepsuło angielską sielankę. Z winy samego Zumbacha. Ni stąd, ni
zowąd ostygł. Widocznie wypił za wieje: coś mu się przywidziało. Jakaś zjawa przez mgłę,
jakieś dalekie wspomnienie. Ujrzał inne oczy: chabrowe. Ujrzał inne usta: wiśniowe. I był to
ktoś inny niŜ lady: Zosia. A moŜe Jadzia albo Marysia, chociaŜ z pewnością była to Zosia. I
słyszał, najwyraźniej usłyszał jej daleki głos, pełen pieszczoty i tęsknoty:
— Czy pamiętasz mnie, Jasiu?
Gdy myśliwiec ją tak usłyszał i ujrzał nagle oczami duszy, ostygł i juŜ za nic w świecie
nie mógłby pięknej lady powiedzieć zuchwale: I love you.
Bo serce, polskie serce to dziwna rzecz: moŜe włóczyć się po całym świecie, moŜe
upadać na rozdroŜach, uzbrajać się w pancerz zapomnienia, moŜe upajać się blaskiem obcego
nieba — aŜ oto znienacka i chytrze zgotuje sobie samemu podstęp i wpadnie we własną sieć.
I ujrzy uśmiechniętą z daleka Zosię albo przytulną strzechę, albo samotną mazowiecką sosnę. [ Pobierz całość w formacie PDF ]