[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zagrożenie jest niewielkie - przynajmniej na razie.
Zostawiła mmę Makutsi w biurze i odjechała maleńką białą furgonetką. Było wpół do
pierwszej. Jeśli dodać do tego dziesięć minut jazdy, to miała czas na to, żeby znalezć miejsce
do parkowania i udać się pod ministerstwo na poszukiwania pana Kgosi Sipoleli, urzędnika
ministerialnego i - jeśli intuicja jej nie zawodziła - człowieka o morderczych zamiarach.
Zaparkowała furgonetkę pod kościołem katolickim, ponieważ w mieście panował duży
ruch i bliżej nie dało się nic znalezć. Musiała przejść kawałek pieszo, co jej nie
przeszkadzało, bo spodziewała się, że spotka kogoś znajomego, a zostało jej jeszcze kilka
minut na pogawędkę.
Nie zawiodła się. Ledwo wyszła zza rogu, kiedy wpadła na mmę Glorię Bopedi, matkę
Chemby Bopedi, koleżanki szkolnej z Mochudi. Chemba wyszła za Pilota Matanyani, który
ostatnio został dyrektorem szkoły w Selibi-Pikwe. Miała siedmioro dzieci, z których
najstarsze niedawno zdobyło sprinterskie mistrzostwo Botswany w kategorii do lat piętnastu.
- Czy to pani rodzony wnuk, mma? - spytała mma Ramotswe.
Staruszka uśmiechnęła się od ucha do ucha. Zostało jej niewiele zębów, zauważyła mma
Ramotswe i uznała, że wyglądałaby korzystniej, gdyby je do końca usunąć i wstawić
sztuczne.
- Och, ten to jest szybki! - powiedziała mma Bopedi. - Ale straszny z niego łobuz.
Nauczył się szybko biegać, żeby uciekać przed karą.
- W każdym razie coś dobrego z tego wynikło. Może kiedyś będzie reprezentował
Botswanę na Olimpiadzie i pokaże światu, że nie wszyscy szybcy biegacze są z Kenii.
Znowu złapała się na mówieniu rzeczy, w które nie wierzyła. Prawda jest bowiem taka,
że wszyscy najlepsi biegacze pochodzą z Kenii, bo ludzie są tam bardzo wysocy i mają długie
nogi, idealnie nadające się do biegania. Tymczasem Batswana nie są zbyt wysocy. Mężczyzni
z reguły mają krępą budowę, co dobrze predysponuje ich do hodowli bydła, ale nie do
lekkoatletyki. Zresztą Afryka Południowa wydaje niewielu dobrych biegaczy, chociaż wśród
Zulusów i Suazi zdarzają się rodzynki, jak na przykład fantastyczny biegacz ze Suazilandu
Richard  Concorde Mavuso.
Całkiem dobrymi sportowcami są oczywiście Burowie. Z ich szeregów wywodzą się ci
zwaliści mężczyzni z grubymi udami i karkami, na podobieństwo bydła rasy brahman. Niezle
grają w rugby, chociaż nie grzeszą inteligencją. Mma Ramotswe wolała mężczyzn z ludu
Motswana, nie tak masywnych jak burscy rugbiści i nie tak śmigłych jak kenijscy biegacze,
ale przynajmniej bystrych i godnych zaufania.
- Pani też tak uważa, mma? - spytała mmę Bopedi.
- Co uważam? - zdziwiła się staruszka.
Mma Ramotswe zdała sobie sprawę, że zapomniała o rozmówczyni, pogrążywszy się w
rozmyślaniach, i przeprosiła ją.
- Tak sobie dumałam o naszych mężczyznach.
Mma Bopedi uniosła brew.
- Naprawdę? Prawdę rzekłszy, mnie też się zdarza podumać o mężczyznach. Niezbyt
często, ale czasami. Wie pani, jak to jest.
Mma Ramotswe pożegnała się z mma Bopedi i ruszyła w dalszą drogę. Pod optykiem
trafiła na pana Motheti Pilaia, który stał bez ruchu i patrzył w niebo.
- Dumela, rra - pozdrowiła go uprzejmie. - Jak się pan miewa?
Pan Pilai spuścił wzrok.
- Mma Ramotswe. Mogę na panią popatrzeć? Właśnie sprawiłem sobie nowe okulary i po
raz pierwszy od lat widzę świat wyraznie. Och, cudowna sprawa! Już zapomniałem, jak to jest
wszystko rozpoznawać. I oto widzę panią! Przepięknie pani wygląda, bardzo pani gruba.
- Dziękuję, rra.
Zsunął okulary na koniec nosa.
- %7łona stale mi powtarzała, że muszę mieć nowe okulary, ale ja bałem się tutaj przyjść.
Nie lubię tej maszyny, którą optyk świeci w oczy. Ani tej, która dmucha powietrzem w gałkę
oczną. Więc ciągle to odkładałem. Kompletna głupota.
- Niczego nie należy odkładać - stwierdziła sentencjonalnie mma Ramotswe, myśląc o
tym, że odłożyła dochodzenie w sprawie brata człowieka z rządu.
- Och, wiem o tym - odparł pan Pilai. - Niestety, człowiek nie zawsze postępuje zgodnie
ze zdrowym rozsądkiem.
- To rzeczywiście niezrozumiałe. Ale ma pan rację. Tak jakby mieszkały w nas dwie
osoby. Jedna mówi: zrób to. Druga mówi: nie rób tego. Oba te głosy mieszkają w jednym
człowieku.
Pan Pilai wybałuszył na nią oczy.
- Bardzo dzisiaj gorąco.
Zgodziła się z nim i poszli każde w swoją stronę. Postanowiła więcej się nie
zatrzymywać. Była prawie pierwsza, a mma Ramotswe chciała zostawić sobie dostatecznie
dużo czasu na znalezienie pana Sipoleli i odbycie z nim rozmowy, która miała zapoczątkować
śledztwo.
Z identyfikacją drzewa nie było kłopotu, stało bowiem niedaleko głównego wejścia do
ministerstwa. Była to duża akacja, której korona rzucała rozległy krąg cienia. W pobliżu pnia
leżało kilka strategicznie umieszczonych kamieni - wygodnych siedzisk dla każdego, kto miał
ochotę odpocząć, obserwując życie codzienne Gaborone. Kiedy za pięć pierwsza mma
Ramotswe dotarła pod ministerstwo, siedziska były wolne.
Wybrała największy kamień i usadowiła się na nim. Przyniosła ze sobą duży termos z
herbatą, dwa aluminiowe kubki i cztery grube kanapki z peklowaną wołowiną. Wyjęła jeden
kubek i nalała do niego herbaty z czerwonokrzewu. Potem oparła się o pień drzewa i czekała.
Przyjemnie było siedzieć w cieniu z kubkiem herbaty i patrzeć na przechodniów tudzież
przejeżdżające samochody. Nikt nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, był to bowiem
zupełnie normalny widok: słusznej tuszy kobieta siedząca pod drzewem.
Mniej więcej dziesięć po pierwszej, kiedy mma Ramotswe skończyła herbatę i właśnie
miała się zdrzemnąć, z budynku ministerstwa wyłonił się jakiś mężczyzna i ruszył w stronę
drzewa. Kiedy był już blisko, mma Ramotswe otrząsnęła się z odrętwienia. Była teraz na
służbie i należało maksymalnie wykorzystać możliwość porozmawiania z panem Sipoleli,
jeśli to istotnie on do niej podchodził.
Człowiek ten miał na sobie starannie odprasowane niebieskie spodnie, białą koszulę z
krótkimi rękawami i ciemnobrązowy krawat - typowy strój biurokraty niższej rangi. Jakby na
potwierdzenie tej diagnozy z kieszeni koszuli wystawał rząd długopisów. Bez wątpienia było
to umundurowanie młodszego urzędnika, nawet jeśli miał je na sobie człowiek pod
pięćdziesiątkę. A zatem mężczyzna ten zatrzymał się na wczesnym etapie kariery.
Podszedł do drzewa bardzo ostrożnie. Spoglądał na mmę Ramotswe z taką miną, jakby
chciał coś powiedzieć, ale nie mógł się na to zdobyć.
- Dzień dobry, rra - odezwała się do niego z uśmiechem. - Gorąco dzisiaj, prawda?
Dlatego siedzę pod tym drzewem. To dobre miejsce, żeby trochę odpocząć od upału.
Mężczyzna skinął głową.
- Tak. Ja zwykle tutaj siedzę.
Mma Ramotswe udała zaskoczoną.
- O! Mam nadzieję, że nie zajęłam panu kamienia. Był wolny, więc usiadłam.
Machnął ze zniecierpliwieniem dłonią.
- Tak się składa, że to rzeczywiście jest mój kamień, ale to publiczne miejsce, więc chyba
każdy może na nim usiąść.
Mma Ramotswe podniosła się. [ Pobierz całość w formacie PDF ]