[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Moskwie będą podjęte nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Zbliżyć
się do Chrapowa można tylko między tymi punktami. Wymyślcie coś.
W wagonie będą czterej agenci oraz na obu platformach zmieniana
warta żandarmów (przednia platforma jest ślepa, nie łączy się z
salonką). Naczelnikiem ochrony Chrapowa jest sztabsrotmistrz von
Seidlitz: 32 lata, włosy bardzo jasne, słusznego wzrostu, krzepkiej
budowy ciała. Adiutant Chrapowa - podpułkownik Modzelewski: 39
lat, korpulentny, średniego wzrostu, włosy ciemnorude, niewielkie
bakenbardy.
TG
Grin opracował zuchwały, ale w pełni realny plan, dokonał
koniecznych przygotowań, i grupa wyjechała do Klina pociągiem
pasażerskim o trzeciej. Informacje TG znów okazały się wzorcowe.
Wszystko poszło jak po maśle. Takiego wspaniałego zwycięstwa
Grupa Bojowa jeszcze nie miała. Wydawało się, że można sobie
pofolgować - napawać się poczuciem dobrze wypełnionego
obowiązku. Zapałka jeszcze nie zgasła, jeszcze się pali, a rozpalony
nią ogień płonie coraz silniej. Jednak Grin nie potrafił napawać się
sukcesem - przeszkadzała mu w tym niewiadoma. Nie znosił rzeczy
niepojętych. Tam, gdzie czegoś nie rozumiemy, zawsze może się
zdarzyć coś nieprzewidywalnego, a to oznacza nieustanną grozbę
niebezpieczeństwa.
Trzeba rozszyfrować tego TG. Zrozumieć, co to za człowiek i co
chce osiągnąć.
Miał tylko jedną wersję.
Ktoś z pomocników, albo nawet samych członków Grupy
Bojowej, ma swojego człowieka w tajnej policji, otrzymuje od niego
poufne informacje i anonimowo przekazuje je Grinowi. Dlaczego się
nie ujawnia, można zrozumieć. Z powodu konspiracji, nie chcąc
poszerzać kręgu wtajemniczonych (Grin zawsze tak samo się
zachowywał). Albo osłania swojego informatora, związany słowem
honoru, takie przypadki już się zdarzały.
A jeśli to jednak jest prowokacja?
Nie, wykluczone. Ciosy, zadane przez Grupę władzy
państwowej przy udziale TG, są zbyt poważne. Nie da się uzasadnić
tej rangi zamachów żadnym celem taktycznym. Ale najważniejsze - w
ciągu ostatnich miesięcy ani razu nie było ogona. Grin miał do tego
szczególnego nosa.
Dwa skróty: GB i TG. Za pierwszą ukrywa się organizacja. A co
za drugą - imię?
Po co w ogóle potrzebny był podpis?
Trzeba się tym poważnie zająć po powrocie do Pitra. Zrobić spis
osób, które miały dostęp do miejsc, gdzie podrzucano zapiski. Jeśli
wykluczy się tych, którzy nie mogli trafić do wszystkich czterech
miejsc po kolei, wykaz bardzo się skróci. Oprócz członków grupy
pozostanie tylko kilka osób. Przyjrzeć się każdemu, określić kto - i
wezwać na szczerą rozmowę. Oko w oko, udzielając gwarancji
pełnego zachowania tajemnicy.
Już kwadrans po dwunastej. Chyżo upłynęły dwie godziny. Czas
budzić Rachmeta. Grin przeszedł przez bawialnię do ciemnej sypialni.
Usłyszał miarowe posapywanie Sniegira, cichutko zachrapał Jemiela.
- Rachmet, wstawaj - szepnął Grin, nachylając się nad łóżkiem, i
wyciągnął rękę. Pusto. Przykucnął, przesunął ręką po podłodze -
butów nie ma. Rachmet, chabrowy człowiek, uciekł. Albo wyprawił
się na poszukiwanie przygód, albo zbiegł definitywnie.
Rozdział trzeci,
w którym demonstruje się mankamenty podwójnej
subordynacji
- D-długo jeszcze będzie się nam przyglądać? - spytał
znudzonym tonem Erast Pietrowicz, oglądając się na Burlajewa.
Odkąd radca stanu i podpułkownik (który zmienił niebieski
mundur na cywilne ubranie) weszli przez furtkę skromnej willi na
Arbacie i pociągnęli za dzwoneczek, minęło już pięć minut.
Wprawdzie zrazu obiecująco zachwiała się zasłonka w okienku
facjatki, ale ciąg dalszy nie następował.
- Uprzedzałem pana - powiedział półgłosem naczelnik ochrany. -
Osóbka z charakterem. Gdyby nie moja obecność, nieznajomemu w
ogóle by nie otworzyła. - I zadarłszy głowę, krzyknął już nie po raz
pierwszy: - Diano, to ja, proszę otworzyć! Ze mną jest ten pan, o
którym mówiłem pani przez telefon!
%7ładnej odpowiedzi.
Fandorin już wiedział, że ten domek, wynajęty przez
podstawioną osobę, jest konspiracyjnym lokum Oddziału Ochrany,
udostępnionym do wyłącznego rozporządzenia cennej
współpracownicy. Wszystkie spotkania odbywają się tylko tutaj i po
uprzednim uzgodnieniu; dlatego w willi specjalnie zainstalowano
aparat telefoniczny.
- Aaskawa pani! - podniósł głos Erast Pietrowicz. - Z-
zamarzniemy przez panią! Przecież to po prostu niegrzecznie! Chce
pani przyjrzeć mi się lepiej? Można było od razu powiedzieć.
Zdjął cylinder, uniósł nieco twarz, pokazał lewy profil, następnie
prawy - i zdarzył się cud: lufcik się uchylił, przez szparkę wysunęły
się szczupłe białe paluszki i wprost pod nogi gościom upadł maleńki
kluczyk.
- Uff - westchnął z ulgą podpułkownik, schylając się. - Pan [ Pobierz całość w formacie PDF ]