[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Arilli jak kot, który właśnie spijał śmietankę.
- A co więcej - powiedział Harry, gdy Watkins wyszedł - nie pozwolę ci
dłużej siedzieć przy mnie i udawać siostry miłosierdzia! Jakie zaproszenia
otrzymałaś na dzisiaj?
Nie powiem ci - odparła Arilla. - Bo jeśli zamierzasz wstać, to zjemy razem
obiad w buduarze. Nie będziesz musiał pokonywać schodów.
- Skąd wiesz, że chcę zjeść obiad sam na sam z tobą? - zapytał Harry. -
Może wolałbym wystawne przyjęcie z co najmniej tuzinem gości? - Przerwał
na chwilę i uśmiechnął się. - Potem moglibyśmy zagrać w karty, albo może
potańczyć.
Arilla krzyknęła przerażona, zanim zrozumiała, że tylko się z nią droczy.
- Możesz wstać na obiad - powiedziała. - Ale mam wrażenie, że chętnie
wrócisz potem do łóżka.
- Pozwolę ci zjeść ze mną - rzekł wyniośle Harry - jeśli obiecasz, że jutro
wrócisz do pracy. Ile zaproszeń już odrzuciłaś?
- Nie tak dużo - powiedziała Arilla. - Szczerze mówiąc, wolę być z tobą.
- Wiesz równie dobrze jak ja - powiedział Harry, a Arilli wydawało się, że
jego głos zabrzmiał twardo - że tracisz czas i pieniądze. A na dodatek będziemy
musieli zapłacić lekarzowi.
- Czy on jest... bardzo drogi? - zapytała cicho.
- Bardzo! - odparł Harry. - A teraz idz na dół i przyjmij wszystkie
zaproszenia, jakie otrzymałaś na jutro, kiedy nie będziesz zajęta.
Arilla popatrzyła prosząco.
- Nie... znęcaj się nade mną. Wiesz, że... za nic nie poszłabym na bal... bez
ciebie.
- Musisz to zrobić - powiedział ostro Harry. - Przynajmniej, sądząc z tego,
co opowiada Charles, masz małe szanse wpaść na Rochfielda. Popełniłabyś
błąd, pozwalając innym adoratorom przestać się sobą interesować.
Arilla nie odpowiedziała. Pomyślała tylko z desperacją, że Harry ma rację i
im szybciej wróci do pracy, tym lepiej.
Lunch podano na tacy i zjadła go z Harrym. Potem, mimo protestów,
Watkins przygotował go do snu. Arilla poszła do salonu przejrzeć wielką stertę
zaproszeń, jakie jej przysłano.
Był też stos korespondencji do Harry'ego, której część Watkins przyniósł z
jego mieszkania, a część przyszła bezpośrednio tutaj.
Po przyjezdzie do Londynu była pod wrażeniem, ile wybitnych osobistości
poświęca jej uwagę. Teraz jedyne, czego pragnęła, to zostać sam na sam z
Harrym, rozmawiać z nim, słyszeć jego śmiech i czuć, jak jej miłość do niego
rośnie z każdą chwilą spędzoną razem.
W końcu, z rozsądku i ponieważ on tego chciał, przyjęła kilka zaproszeń na
resztę tygodnia i na następny tydzień.
Miała zamiar poprosić Rose, żeby znalazła kogoś, kto dostarczy odpowiedzi
pod wskazane adresy. Wtedy drzwi się otworzyły.
Arilla obejrzała się niecierpliwie. To najpewniej jakiś gość do Harry'ego,
który zajmie czas, jaki mieli spędzić razem.
- Lord Rochfield, milady! - usłyszała tymczasem nerwowy głos Rose.
Przez chwilę zamarła w bezruchu. Potem, kiedy wszedł do pokoju, z ręką na
temblaku, podniosła się. Nie mogła uwierzyć, że on naprawdę tu był.
- Musiałem się z panią zobaczyć, czarująca damo - powiedział, kiedy Rose
wyszła. - A dziś po południu po raz pierwszy pozwolono mi opuścić łóżko.
Arilla pomyślała, że wygląda blado. Ale była tak wzburzona jego
nieoczekiwanym przyjściem, że podeszła do niego.
- Jestem pewna - powiedziała - że to... za wcześnie, żeby pan... gdzieś się
wybierał. Proszę... usiąść i... może miałby pan ochotę... czegoś się... napić?
- Jeśli można prosić kieliszek szampana! - odpowiedział.
Arilla pociągnęła za sznureczek dzwonka. Drzwi otworzyły się prawie
natychmiast i, jak Arilla przypuszczała, Rose czekała na zewnątrz,
prawdopodobnie słuchając, co mówili. Watkins oczywiście zrelacjonował
służbie przebieg pojedynku. Rozumiała więc ich zaskoczenie pojawieniem się
lorda Rochfielda.
Zamówiła butelkę szampana. Potem, czując zdenerwowanie, usiadła w
pewnej odległości od niego.
- Dochodziły mnie informacje o postępach pani pacjenta - powiedział z
lekkim skrzywieniem ust. - Rozumiem, że ma się lepiej.
- To prawda - rzekła Arilla. - Zgadzam się też z hrabiną Jersey, która
uważa... że ten pojedynek... nigdy nie powinien... mieć miejsca.
- Frances Jersey może sobie mówić takie rzeczy - powiedział sarkastycznym
tonem lord Rochfield. - O nią również toczyło się kilka pojedynków. A mimo
że była bardzo atrakcyjną kobietą, nie była tak piękna jak pani!
- Wszystko, co mogę powiedzieć - odparła Arilla cicho - to... nie życzę
sobie... żeby coś takiego... zdarzyło się ponownie. Kosztowało mnie to... wiele
nerwów.
- Obawiałem się tego.
Powiedział to tak miło, że Arilla spojrzała na niego zdumiona.
W tej chwili powróciła Rose, niosąc szampana. Arilla odmówiła, wręczając
kieliszek lordowi Rochfieldowi. Rose postawiła tacę na małym stoliczku i
wycofała się.
- Przyznaję, że czuję się nieco niepewnie - powiedział - lecz nie mogłem się
już doczekać, kiedy panią ujrzę.
Widocznie jeszcze raz zamierzał prawić jej przesadne komplementy i
patrzeć na nią w sposób, który zawsze uważała za impertynencki i
nieprzyjemny. Odwróciła więc głowę i popatrzyła w okno wychodzące na
ogród.
- Milordzie - powiedziała cicho - powinnam być z panem szczera...
Uważam, że... nie powinien pan tu przychodzić.
- Jeśli o mnie chodzi, uważam, że powinienem to zrobić. Nie mogłem już się
doczekać, kiedy poproszę panią, by zechciała uczynić mi zaszczyt zostania
moją żoną!
Przez sekundę Arilla myślała, że chyba się przesłyszała. Potem odwróciła
głowę i patrzyła na niego całkowicie zaskoczona.
- Udawało mi się unikać małżeństwa od czasu śmierci mojej pierwszej żony
- powiedział. - Byłem bardzo nieszczęśliwy w tym związku i przysiągłem sobie
nigdy się nie żenić ponownie. Ale zakochałem się i nie jestem w stanie myśleć
o nikim innym poza panią. - Uśmiechnął się krzywo. - Mam nadzieję, że
przebaczy mi pani moje dotychczasowe zachowanie - dodał. - Możemy być
bardzo szczęśliwi razem. Dam pani wszystko na świecie, czego tylko pani
zapragnie.
Arilli przemknęła przez głowę myśl, że to, czego potrzebuje, to konie dla
Harry'ego, pieniądze dła niego, żeby mógł żyć, jak przystało dżentelmenowi i
wiele innych rzeczy. [ Pobierz całość w formacie PDF ]