[ Pobierz całość w formacie PDF ]

stoją murowane budy nki, obrona będzie łatwiejsza. To jedy ny sposób, aby ocalić skórę. Jeśli mu
się uda  otrzy ma Order Zwy cięstwa.
Wdrapał się po schodach, wpadł do jednego z pomieszczeń, porwał za ciężki megafon.
Postanowił wy jść na dach, aby stamtąd obserwować rozwój sy tuacji. To, co ujrzał, nie
napełniało go by najmniej opty mizmem. W bazie zapanowała nieby wała anarchia. Mnóstwo
ludzi biegało bezładnie, rozlegały się jakieś komendy, ale wszy stko tonęło w ogólny m zgiełku. Atak
w lesie by ł druzgocący, zginęło wielu wy ższy ch rangą oficerów. Ten sprawnie działający
zazwy czaj aparat, pozbawiony części decy zy jnej przekształcił się w podry gującego
i wy machującego bezładnie szponami stwora. Każdy zdawał się my śleć przede wszy stkim
o sobie. Owszem, przy wrócono już oświetlenie, reflektory płonęły, na dachach rozmieszczono
stanowiska karabinów maszy nowy ch, umocnione workami z piaskiem. Brakowało jednak
koordy nacji, a on, Ulianow, nie by ł wojskowy m strategiem. Nie miał żadnego doświadczenia
w dowodzeniu bitwą.
Ty mczasem z zatrważającą prędkością znad lasu zbliżała się chmura ognia. Unosiła się
w powietrzu i agent znów nie mógł oprzeć się wrażeniu, że przy pomina ludzką postać. By ła coraz
bliżej. Gdzie są oficerowie? Czy żby poginęli? Jak dowodzić walką, jeśli nie ma się adiutantów lub
łączności radiowej? Wszy stko to działo się zby t szy bko, cios okazał się nieoczekiwany i nie sposób
by ło w krótkim czasie się po nim otrząsnąć, przy gotować obronę.
Chmura ognia by ła już blisko, może dwieście lub nawet sto metrów od miejsca, w który m
zaczy nał się teren bazy. Ogień ogarniał drzewa, lecz porzucał je po chwili i nadciągał coraz
spieszniej. Poniekąd dawało się to wy tłumaczy ć zacinający m deszczem, gałęzie musiały by ć
mokre, a jednak jakąś częścią swojego umy słu wy czuwał, że nie jest to trafna odpowiedz.
W działaniu płomieni by ła widoczna jakaś celowość& inteligencja. Nie by ł to jedy nie
bezmy ślny ży wioł, który zadowala się czy mkolwiek, co akurat znajdzie się na jego drodze.
Ulianow nie mógł oprzeć się wrażeniu, że płomienie są zachłanne, wy głodniałe, poszukują
kolejny ch ofiar, że wiedzą, czego pragną. Wiatr uderzy ł w dachy z taką siłą, jakby miał zaraz
poprzewracać wszy stkie budy nki niczy m zabawki. Pioruny cięły na oślep i momentami robiło się
jasno jak za dnia.
Słaniając się na nogach pod naporem wichury, uruchomił przenośny akumulator, w jakimś
zaślepieniu nie bacząc w ogóle na to, że bardziej niż inni narażony jest na uderzenie pioruna.
Przy tknął megafon do ust i wrzasnął:
 Ognia!
Strzelać. Walić na oślep, po lesie i po drzewach.
 Nisko ogień!
Nie by ł pewien, czy ktokolwiek posły szał jego głos w potępieńczy m wy ciu wiatru, ale
naty chmiast po prawej stronie, na dachu sąsiedniego budy nku, w który m znajdowała się pralnia
i świetlica, huknęła seria z ciężkiego karabinu maszy nowego Diegtiariewa. Zawtórowały mu serie
z kolejny ch dachów, rozgrzane do czerwoności pociski znaczy ły ciemność świetlisty mi smugami.
Lufy karabinów ziały ogniem. Gromy wy strzałów by ły jak muzy ka dla jego uszu.
Nie bez przy czy ny rozkazał kierować ogień nisko. Ktokolwiek operował tą niezwy kłą
maszy nerią, musiał znajdować się blisko, skry ty między drzewami. Istniały przecież urządzenia
zdolne do wy twarzania duży ch ilości ognia. I takie jak kinematograf  potrafiące wy świetlić na
ekranie lub na jakiejkolwiek przeszkodzie dowolny obraz. Na przy kład taki jak wieloręcznej
kobiety, widma uzbrojonego w dziesiątki sierpów. Przeszkodę taką, zastępującą ekran sali kinowej,
mogły stanowić niskie, gęste chmury. Wy magało to dobrego sprzętu, zródła światła o dużej mocy,
ale przecież  nie by ło niewy konalne.
Huraganowy ostrzał lasu nie przy niósł jednak obrońcom dawnej nazistowskiej
Regenwurmlager żadnego poży tku. Płomienie zstąpiły z nieba i z niespoty kaną furią zaatakowały
stanowiska ogniowe. W jedny m momencie całą bazę wy pełniły odbijające się szerokim echem
od ściany lasu potępieńcze wrzaski płonący ch ży wcem ludzi. Najstraszniejsze by ło jednak widmo
unoszące się ponad dachami. Liczne ramiona z nieby wałą szy bkością wy kony wały swoją
straszną pracę. Ludzkie głowy spadały odcinane nieludzko ostry mi sierpami, szy bowały w górę
z płonący mi oczy ma. Stanowiska karabinów maszy nowy ch w mgnieniu oka zmieniły się
w płonące ofiarne stosy.
Porażony ty m widokiem Ulianow zrozumiał, że jedy ny m ratunkiem dla niego samego jest
bły skawiczna ucieczka. Rzucił się w stronę włazu, spadł po szczeblach drabiny. Uciekać! Nie by ł
w stanie prowadzić dalej obrony. Ale dokąd? Pędem pokonał dwie kondy gnacje i wpadł do
piwnicy. Do budy nku wbiegli jacy ś ciężko poparzeni radzieccy żołnierze. Niektórzy z nich by li
oślepieni, wszy scy rozpaczliwie krzy czeli i wy machiwali rękoma. Wy minął ich, rozdając na
prawo i lewo ciosy za pomocą kolby pistoletu. Z drogi!
Zbiegł po prowadzący ch w dół wąskich betonowy ch schodach. W jedny m z pomieszczeń stał
duży ch rozmiarów zbiornik z wodą zgromadzoną na wy padek awarii. Bez namy słu wskoczy ł do
niego i zanurzy ł się aż po szy ję. Nawet tutaj dobiegały go słabnące odgłosy wy strzałów i krzy ki
świadczące o rozmiarach hekatomby. Ogień jednak by ć może nie zdoła go dosięgnąć. Niebawem
nadejdzie pomoc. Musi ty lko przetrwać do świtu.
16.
Kursko, niedziela 28 kwietnia 1957 roku, godzina 2.30
 Co się tam, do cholery, wy prawia?  pomy ślał major, nasłuchując odległy ch serii
wy strzałów dobiegający ch od strony bazy. Brzmiały one, jakby toczono tam regularną bitwę. Tak
zresztą w istocie by ło.
Siedzieli ukry ci w domu Wandy, jednak każde z nich zdawało sobie sprawę, że nie mogą
pozostać bezczy nni. Na własne oczy zobaczy li potęgę uwolnionej bogini Kali i jej niszczy cielską
siłę. Nie mogli zaprzeczy ć temu, czego stali się naoczny mi świadkami.
 Kali dobrała się ruskim do dupy  zawy rokował Czarny.  Zaatakowała wieś, a teraz
dopadła ich. Trudno powiedzieć, kiedy to się skończy.
 Może nie skończy ć się nigdy  powiedziała pobladła Wanda.  Zniszczy ich, a potem
będzie siała spustoszenie po okoliczny ch wsiach. Nikt nie zdoła się jej przeciwstawić. Zaatakuje
miasta. Mogą zginąć miliony ludzi. [ Pobierz całość w formacie PDF ]