[ Pobierz całość w formacie PDF ]

znali. Nie powiedziałem im o tym i nie zamierzam tego zrobić.
Meredith spojrzała mu prosto w oczy.
- Czego jeszcze dowiedziałeś się o mnie? - zapytała.
Wzruszył ramionami.
- Wszystkiego - rzekł. Zrobiła głęboki wydech.
- I nie podzieliłeś się tą wiedzą z Reyem?
- Wolałabyś, \ebym zachował to dla siebie, prawda? Ale w swoim czasie Rey dowie
się prawdy i tak i mo\e mieć \al, nie uwa\asz?
- Nie zamierzałam tworzyć wokół siebie nimbu tajemniczości. Wszystko jest jeszcze
zbyt świe\e i po prostu trudno mi o tym mówić.
- Colter opisał mi okoliczności. To nie była twoja wina. Ani twojego ojca. Moim
zdaniem, on dlatego się rozpił, \e całą winę wziął na siebie, choć nie miał po temu \adnych
podstaw.
Skinęła głową.
- Zastanawialiśmy się potem oboje, co by było, gdyby... Niepotrzebnie, ale w takiej
sytuacji trudno przestać mówić o tym, co boli.
- Nie wolno zadręczać się tym, co nale\y ju\ do przeszłości - stwierdził Leo.
- Wiele rzeczy nie wolno - mruknęła.
- Inne sprawy się teraz liczą - powiedział Leo. - Po pierwsze, kuracja odwykowa
twojego ojca. Po drugie, co ju\ się stało - wyrwałaś się z codzienności. Widzę, jak przez ten
tydzień się zmieniłaś. Zupełnie inna z ciebie dziewczyna...
- Chyba tak. Nigdy dotąd nie mieszkałam na ranczu. Podoba rai się tu. Tu panuje
zupełnie inny rytm \ycia.
- Kiedy całkiem wydobrzejesz, postaramy się, \ebyś tutaj znalazła dla siebie jakąś
pracę.
- Chcesz się mnie pozbyć ze swojej siedziby? - zapytała ze śmiechem. - A zresztą...
nie zamierzam opuszczać Houston. - Nie dodała, \e przede wszystkim nie zamierza być tak
blisko Reya, który wyraznie ją lekcewa\y. - Jestem tu dopiero tydzień.
- Nigdy w \yciu - odparł. Krzywiąc się, dotknął ramienia. - Cholerne byczysko -
szepnął.
- Dali ci jakieś środki przeciwbólowe?
- Nie. Mam w domu proszki, które za\yję w razie czego. Na razie nie muszę.
- Według statystyki najwięcej wypadków jest na farmach i ranczach.
- Ka\da praca związana jest z pewnym ryzykiem - powiedział.
Wypiła łyk kawy.
- Wydaje mi się - rzekła - \e działam na nerwy twemu bratu. Wolałby nie widzieć
mnie tutaj.
- Znam jego podejście do kobiet, ale mam nadzieję, \e nie bierzesz tego do siebie.
- Staram się. Mo\e niedługo humor mu się poprawi.
- Oby... On nie mo\e się pozbierać po tych prze\yciach.
- Bardzo ją kochał?
- Jego zdaniem, bardzo - rzekł Leo z westchnieniem. - Ale według mnie bardziej
ucierpiała jego duma ni\ serce. - Umilkł na chwilę. - Nie miałem wyjścia. Specjalnie
zaaran\owałem tę sytuację, \eby przekonał się, z kim naprawdę ma do czynienia. I to był
błąd. Fatalny! Nigdy mi tego nie wybaczył. A teraz, ilekroć zwracam uwagę na jakąś kobietę,
usiłuje mi ją odbić...
Głos mu się załamał i Meredith spojrzała w inną stronę.
- Miałam okazję się o tym przekonać - rzekła.
- Nie, nie chodzi o ciebie. Uśmiechnęła się z przymusem.
- Wiem, mną się nie interesuje. I mo\esz być spokojny, z mojej strony te\ nic mu nie
grozi. Stałam za drzwiami i słyszałam, co mówił do ciebie. Nie podsłuchiwałam, ale mówił
podniesionym tonem, nie sposób było nie słyszeć. Musiałabym być ostatnią idiotką, \eby w
kimś takim się zakochać.
Leo dostrzegł smutek w jej oczach.
- Jak mogłem do tego dopuścić? - rzekł z poczuciem winy.
- Dobrze się stało. Wiem przynajmniej, \e nie mo\na traktować go powa\nie. A poza
tym nie przyjechałam tu, by szukać mę\a.
- Rey to nie materiał na mę\a. Kocham go, ale muszę to stwierdzić. Biedna będzie ta,
która straci dla niego głowę. - Spojrzał na Meredith uwa\nie. - Nie daj się oczarować.
- To mi nie grozi - oświadczyła. - Nawet gdybym miała u niego szanse.
Wypił do końca kawę i wstał.
- Przebiorę się i wrócę do roboty. Dzięki za pomoc.
Meredith zamierzała udać się do kurnika, by pozbierać jajka. Nie ma prostszego
zajęcia - sięga się do kurzych gniazd i wyciąga jajka, jeszcze ciepłe.
Ale stało się inaczej. Zatrzymała się najpierw pośrodku kurnika, by oczy przywykły
do panującego tam mroku, po czym ruszyła w stronę kurzych gniazd. I wtedy wzrok jej padł
na coś długiego, dropiatego, o błyszczącym języku.
Meredith, dziewczyna z miasta, wrzasnęła, rzuciła koszyk w stronę gada i wybiegła z
kurnika.
Annie porzuciła pranie i wybiegła przed dom, \eby zobaczyć, co spowodowało taki
tumult.
- Tam jest wielki... czarno - biały wąąą\! - krzyknęła Meredith, która cała się trzęsła ze
strachu.
- Przy jajkach, jak się domyślam - powiedziała Annie i wytarła ręce w fartuch. - Zaraz
wezmę kij i załatwię sprawę.
- Sama nie mo\esz tam iść. To zwierzę ma chyba z półtora metra!
- To nie jest grzechotnik - rzekła Annie. - I nie zamierzam go zabić. Wezmę go na ten
kij i zaniosę do stodoły. To po\yteczne stworzenie, które zjada szczury i \mije jadowite. Ale
w naszej okolicy sporo jest grzechotników, te są grozne i musisz na nie uwa\ać.
I właśnie wtedy zatrzymała się tu\ obok cię\arówka.
- Co się tu dzieje? - zapytał Rey, wyładowując skrzynki z przyczepy.
- Wą\ jest w kurniku! - wykrzyknęła Meredith.
- Tak? - zapytał obojętnie.
- Przeniosę go do stodoły - powiedziała Annie.
- Ja się nim zajmę - rzekł Rey. - Boisz się wę\y? - zapytał kpiąco Meredith.
- Pierwszy raz w \yciu widziałam takiego wielkiego!
- Zawsze musi być ten pierwszy raz - stwierdził aluzyjnie, zatrzymując wzrok na jej
biuście.
Gdyby spojrzenia podpalały, to spłonąłby na pył - Tymczasem, zdrowy i cały,
skierował swe kroki do kurnika.
Wyszedł po paru minutach - z wę\em owiniętym wokół obydwu jego ramion.
- Spójrz, nasz znajomy! - wykrzyknął do Annie. - Widzisz tę szramę po ranie, gdy
dostał się do kombajnu?
- Faktycznie - przyznała Annie. - Cześć, stary. - I pogłaskała go pod obrzydliwym
pyskiem.
- Jak mo\esz go dotykać? - jęknęła Meredith. - Taką paskudę!
- Trzeba jej chyba powiedzieć - zaczęła Annie, spoglądając na Reya pytająco - \e on
zwykł mieszkać w naszym domu.
- Nie bój się - rzekł Rey, widząc bladą jak płótno twarz Meredith. - Zaniosę go na
strych.
- Nie bój się, dziewczyno. Jeśli go nie sprowokujesz, nic ci złego nie zrobi. Jest
naprawdę łagodny - uspokajała ją Annie. - I dokończ zbierać jajka.
Meredith westchnęła głęboko, przesłała Annie rozpaczliwe spojrzenie i wkroczyła do
kurnika. Skóra jej cierpła, gdy zbierała jajka, szczególnie te, po których ślizgał się wą\.
Zawsze ju\ kurnik budził w niej będzie lęk. To śmieszne, mówiła sobie w duchu, patrzyła
przecie\ na rannych od pocisków ludzi, na ofiary wypadków, na ró\ne straszne rzeczy, a
zwykły wą\ budzi w niej takie przera\enie. Wez się w garść, dziewczyno!
Wyszła na światło słoneczne z koszem pełnym jaj. Starała się przybrać na twarz
spokojny, łagodny wyraz.
Rey czekał na nią oparty o błotnik cię\arówki, ze skrzy\owanymi na piersi ramionami,
z kapeluszem nasuniętym na oczy.
Przez dłu\szą chwilę nie miała odwagi spojrzeć na niego. A gdy uniosła wzrok,
stwierdziła, \e on wygląda bardzo atrakcyjnie.
- Przemogłaś się, wskoczyłaś ponownie na grzbiet konia, który cię poniósł - rzekł. -
Jestem z ciebie dumny.
- Ucieczka niczego nie załatwia - powiedziała.
- A od czego ty uciekasz?
Obiema dłońmi przygarnęła koszyk do piersi.
- Nie musisz się tym interesować - odrzekła z godnością.
- Muszę. Pracujesz u mnie.
- Niedługo przestanę. Tydzień, dwa i wracam do domu.
- Czy\by? - Odszedł od samochodu i stanął tu\ przed nią, wysoki, kuszący. Dotknął
delikatnie palcami jej ust. - Te blizny są jeszcze całkiem świe\e. Wzięłaś miesiąc urlopu, o ile
się nie mylę?
- Tak, ale nie muszę tu siedzieć przez cały czas. [ Pobierz całość w formacie PDF ]