[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Właśnie tego pragnę - wymamrotał, ale z chęcią skorzystał z zaproszenia.
Całował ją namiętnie, zachłannie, bez końca. Przerwał tylko po to, żeby ściągnąć
jej sweter. Potem zaniósł ją na łóżko. Kiedy zaczął rozpinać jej dżinsy, poprosiła, żeby
zgasił światło, ale odmówił.
- Chcę cię widzieć całą, udowodnić, za jak piękną cię uważam.
I tak też zrobił. Rozbudzał ją powoli, z czułością, tak długo, aż błagała o dalszy
ciąg. Kiedy nastąpił, przypominał nie tyle miłosne zapasy, co namiętne argentyńskie
tango. Przepiękny taniec dwojga partnerów, pragnących dać z siebie wszystko drugiemu,
trwał bez końca. Lecz oni, nienasyceni, wciąż chcieli więcej.
Powietrze drgało, niemal iskrzyło, jakby przez pokój przebiegał prąd elektryczny.
- Warto było czekać, mi gatta? - zapytał, gdy wrócili z nieba na ziemię.
- O tak - zapewniła bez wahania. - Ale co znaczy to słowo?
- Nazywam cię moją kotką, bo przypominasz mi słodką, dziką koteczkę.
Mimo wcześniejszych postanowień zachowania dystansu serce Franceski
podskoczyło z radości. Popatrzyła na ćmę fruwającą w świetle lampy. Czy spłonie od
gorąca jak ona?
- Jesteś myślami gdzieś daleko - wyrwał ją z zadumy Marcos. - Myśl tylko o mnie.
O nas.
Powtórzył to jeszcze raz, a chwilę pózniej znów sprawił, że świat poza nim przestał
dla niej istnieć.
Siedział w ciemnym pokoju. Słyszał skrobanie małych gryzoni za ścianą.
Skrępowane nadgarstki kilka godzin temu przestały boleć. Spuchły, gdy próbował je
uwolnić. Nie wiedział, do czego go przykuli. Nic nie widział w ciemnościach. Słyszał
R
L
T
tylko szczury, czuł odór własnego potu i krwi. Nie wiedział, od jak dawna tu tkwił. Stra-
Stracił poczucie czasu wśród okropności ostatnich kilku lat.
Zaalarmował go syk. Nie zważając na ból, szarpnął więzy. Na podłodze znów coś
zasyczało. Pełzła ku niemu zygzakowata bestia. Wąż. Krzyknął z przerażenia.
- Marcosie!
Zamrugał powiekami. W pokoju nadal panowały ciemności, ale nie był sam.
- Marcosie, nic ci nie grozi. Jestem przy tobie - uspokajał damski głos.
Potem oplotły go ciepłe ramiona. Ktoś wtulił policzek w jego szyję. W pierwszym
odruchu chciał ją odepchnąć, lecz równocześnie przytrzymać, żeby przegnała zły sen.
- Francesca! - wydyszał.
- Tak, to ja. Jesteś rozpalony. Przyniosę ci wody - zaproponowała, lecz zatrzymał
ją, chwytając za ramię.
- Nie. Zostań. Proszę.
Po chwili wahania położyła się z powrotem i przytuliła do niego. Jej bliskość
podziałała kojąco. Marcos patrzył w sufit. Jak to możliwe, że usnął przy niej?
Powinien wrócić do siebie, ale nie miał siły.
- Może ulżyłoby ci, gdybyś opowiedział, co cię dręczy? - zaproponowała niemal
szeptem.
- Stary sen, wciąż ten sam: ciemnica, szczury i wąż.
- Czy to ślad przeżyć z dzieciństwa, kiedy mieszkałeś na ulicy?
Marcos przełknął ślinę. Jak miał jej powiedzieć, że to coś znacznie gorszego?
- Coś w tym rodzaju - mruknął wymijająco.
Francesca przesunęła dłoń wzdłuż jego tułowia, ku bliznie.
- Skąd ją masz? Czy śnią ci się okoliczności, w których zostałeś ranny? - drążyła
dalej.
Marcos położył się na niej.
- Dość gadania. Znam przyjemniejsze sposoby spędzania czasu.
Francesca nie miała ochoty wstawać, kiedy Marcos leżał obok niej. W końcu głód
wygnał ją z łóżka. Wciąż przyjemnie zmęczona po szalonej nocy, wzięła prysznic. Po
R
L
T
cichu liczyła na to, że Marcos wstanie i do niej dołączy, ale wtedy nieprędko zjadłaby
śniadanie.
Wróciła myślami do jego nocnych koszmarów. Nie znalazła innego sposobu, żeby
ukoić jego ból, jak oddać mu siebie. Ale to jej nie wystarczało.
Chciała, żeby zawierzył jej swoje troski jak komuś naprawdę bliskiemu.
Nazywając ją swoją kotką, sprawił jej wielką przyjemność. Lecz czułe słówka wypo-
wiedziane w chwilach intymnej bliskości niewiele znaczyły wobec faktu, że zawarli
tylko tymczasowy układ. Wciąż sobie przypominała, że po jego zakończeniu musi
odejść. Cóż, kiedy serce nie chciało przyjąć do wiadomości niechcianej prawdy.
Włożyła śliczną kremową bluzeczkę z jedwabiu i żółte, letnie spodnie. Ku
swojemu zaskoczeniu stwierdziła, że w strojach, które wybrał dla niej Marcos, wygląda
znacznie lepiej niż w dotychczasowych dżinsach i obszernych bluzach.
Czuła się świetnie. Nie wnikała, czy z powodu nowego wizerunku, czy po nocnych
pieszczotach. Po wyjściu z łazienki z rozczarowaniem stwierdziła, że Marcos już opuścił
pokój.
Prawdopodobnie wrócił do siebie. Czy gdyby go zatrzymała, dzieliliby sypialnię
jak prawdziwe małżeństwo, czy chciał, żeby do końca spali osobno jak potajemni
kochankowie? Pytanie pozostało bez odpowiedzi, jak wiele innych. Nie potrafiła wyczuć
jego intencji.
Z kuchni dobiegały hałasy. Zaciekawiona, zajrzała do środka. Armando siedział na
wysokim krzesełku i bębnił w tacę. Ingrid opowiadała coś innej kobiecie, żywo
gestykulując. Na jej widok obydwie odwróciły głowy.
- Buenos tardes, Seora Navarre! - powitała ją Ingrid po hiszpańsku. - Jeżeli chce
pani zjeść śniadanie na zewnątrz, zaraz je przyniosę.
Sprawiła jej przyjemność, nazywając ją nazwiskiem męża.
- Dobrze, ale co się stało? Czy mogę w czymś pomóc?
Ingrid westchnęła i wymieniła spojrzenia z nieznajomą.
- Ana Luis poznała nowego chłopaka. Uciekła z nim.
Francesca zerknęła na Armanda. Nieświadomy nieobecności matki, grzebał w
płatkach śniadaniowych na tacy.
R
L
T
- Zostawiła synka? - spytała z niedowierzaniem.
- Tak.
- Czy Marcos już wie?
- Zawiadomiliśmy go. Wysłał ludzi na poszukiwania.
- Kiedy wyjechała?
- W nocy. Rano zastałam Armanda samego. Biedny chłopczyk - westchnęła,
mierzwiąc mu włosy.
Mały zachichotał. Nie zdawał sobie sprawy że swego położenia. Francesca
posmutniała. Czemu los obdarowywał dziećmi ludzi, którzy ich nie chcieli, podczas gdy
ją pozbawił wymarzonej szansy? Zabroniła sobie podobnych rozważań. Nie przynosiły
odpowiedzi, tylko ból.
Ingrid złapała się za głowę.
- Mam dziś mnóstwo pracy! Nie wiem, jak sobie poradzę, pilnując małego.
- Zaopiekuję się nim - zaproponowała Francesca bez namysłu, ku własnemu
zaskoczeniu,
- Nie mogę na to pozwolić. Podczas podróży poślubnej powinna pani spędzać czas
z mężem, w przyjemny sposób. Dziecko będzie przeszkadzać. [ Pobierz całość w formacie PDF ]