[ Pobierz całość w formacie PDF ]

spoczął na szafce, w której wisiało jego stare ubranie. W
tym momencie wpadł mu do głowy pewien pomysł.
118
Do składu żywności mógł pójść dopiero nazajutrz - o
jeden dzień bliżej ostatecznego terminu odlotu z planety.
Krannon nawet nie oderwał wzroku od pracy, kiedy wszedł
Jason.
- Chcesz to? - spytał Jason, wręczając wyrzutkowi
płaskie złote puzderko z wprawionym weń wielkim
brylantem. Krannon chrząknął i zaczął obracać w dłoniach
puzderko.
- Zabawka - rzekł. - Na co to się może przydać?
- Jak naciśniesz ten guziczek, to zapali się ogieniek. - W
otworze ukazał się płomyczek. Krannon zwrócił puzderko
Jasonowi.
- A po co mi ten ogieniek? Masz, zabierz to sobie.
- Zaczekaj chwilę - powiedział Jason. - To jeszcze nie
wszystko. Jeśli naciśniesz ten brylant w środku, wtedy
wypada coś takiego. - Z puzderka wypadła mu na dłoń
czarna kulka wielkości paznokcia. - To bomba zrobiona z
czystego ultraniku. Wystarczy ścisnąć ją mocno i rzucić.
Po trzech sekundach eksploduje z siłą zdolną rozwalić ten
budynek. _
Tym razem Krannon niemal się uśmiechnął i wyciągnął
rękę po puzderko. Wszystko, co niesie śmierć i
zniszczenie, działa na Pyrrusanina jak łakocie. Gdy
Krannon przyglądał się puzderku, Jason zaproponował mu
ugodę.
- Dam ci to puzderko i bomby, jeśli przesuniesz termin
następnej dostawy na jutro... i wezmiesz mnie ze sobą.
- Bądz punktualnie o piątej - przykazał Krannon. -
Wyjeżdżamy wczesnym rankiem.
119
. 15.
Samochód pancerny zajechał z łoskotem pod bramę
obwodu i stanął. Krannon pomachał ręką strażnikom zza
przedniej szyby, potem zasunął na nią metalową pokrywę.
Gdy brama się otworzyła, samochód - a właściwie
ogromny opancerzony czołg ruszył ze zgrzytem. Za tą
bramą znajdowała się następna, którą otwierano dopiero po
zamknięciu wewnętrznej. Przez drugi peryskop w kabinie
kierowcy Jason patrzył, jak się unosi zewnętrzna brama.
Automatyczne miotacze płomieni buchnęły ogniem w
powiększającą się szczelinę, wyłączając się dopiero, gdy
samochód się zbliżył. Wokół bramy był wypalony teren, a
tuż za nim zaczynała się dżungla. Patrząc na nią Jason
bezwiednie skulił się.
Wszystkie rośliny i zwierzęta, które znał dotąd z
pojedynczych obrazów, występowały tu w ogromnej
obfitości. Cierniste gałęzie i pnącza splatały się wzajem,
tworząc gąszcz nie do przebycia. Roiło się od dzikich
zwierząt. Otoczyła ich wściekła kakofonia, coś łomotało i
zgrzytało o pancerz samochodu. Krannon roześmiał się i
włączył prąd do kraty osłaniającej z zewnątrz samochód.
Zgrzyty ustały, gdy zwierzę zamknęło swym ciałem obwód
między kratą pod napięciem a uziemionym kadłubem
samochodu.
Jechali wolno, na najniższym biegu, przedzierając się
przez dżunglę. Krannon, z twarzą schowaną w maskę
peryskopu, w milczeniu operował dzwigniami. Z każdym
kilometrem jechało się coraz lepiej. W końcu Krannon
odsunął peryskop i zdjął płytę pancerną z przedniej szyby.
Dżungla była nadal gęsta i niebezpieczna., ale wcale już
nie przypominała obszaru bezpośrednio za obwodem.
120
Wyglądało na to, że większość śmiercionośnych mocy na
Pyrrusie skupiło się na obszarze wokół miasta. Czemu? -
zapytywał sam siebie Jason. Skąd taka intensywna i
ukierunkowana nienawiść planetarna?
Silniki umilkły i Krannon wstał przeciągając się.
- Jesteśmy na miejscu - rzekł. - Chodz, będziemy
rozładowywać.
Samochód stał na nagiej skale, na obłym szczycie
pagórka w dżungli, zbyt gładkim i stromym, aby roślinność
mogła się na nim rozwijać. Krannon otworzył ładownię i
zaczęli spychać z niej pudła i skrzynie. Kiedy skończyli,
Jason osunął się wyczerpany na stos przywiezionego
ładunku.
- Wsiadaj, odjeżdżamy - rzekł Krannon. - Wsiadaj sam,
ja tu zostaję.
Krannon obrzucił go zimnym spojrzeniem.
- Wsiadaj, bo cię zabiję. Nikt tutaj nie zostaje. Po
pierwsze, nie wyżyłbyś tu sam ani godziny. Ale co gorsza,
mogliby cię złapać karczownicy. Zatłukliby cię od razu,
oczywiście, ale nie to jest najważniejsze. Masz na sobie
ekwipunek, który w żaden sposób nie może się dostać w
ich ręce. Chciałbyś zobaczyć karczownika z pistoletem?
Podczas gdy Pyrrusanin mówił, Jason myślał
intensywnie. Pokładał całą nadzieję w tym, że Krannon ma
równie ospały umysł, co szybki refleks.
Jason spojrzał na drzewa, pobiegł wzrokiem pomiędzy
grube konary. Krannon, chociaż wciąż mówił, zdał sobie
machinalnie sprawę z nagle napiętej uwagi Jasona. Gdy
oczy Jasona rozszerzyły się i w dłoń wskoczył mu pistolet,
Krannon, też z bronią w ręku, spojrzał w tę samą stronę.
- O, tam... na czubku! - krzyknął Jason i wypalił w
gąszcz gałęzi. Krannon strzelił również. W tej samej chwili
121
Jason fiknął kozła przez plecy, zwinął się w kulę i potoczył
w dół po pochyłej skale. Strzały zagłuszyły odgłosy tej
ucieczki i nim Krannon zdążył się odwrócić, siła grawitacji
zdołała ściągnąć Jasona ze skały w gęstwinę. Aamane
ciężarem ciała gałęzie sprawiały ból, ale zwolniły tempo
spadania. Kiedy się zatrzymał, był ukryty w zaroślach.
Krannon za pózno zaczął strzelać, żeby móc go trafić.
Leżąc tak, zmęczony i potłuczony, słyszał, jak [ Pobierz całość w formacie PDF ]