[ Pobierz całość w formacie PDF ]

nawet nie wiem jak dobry, nie powinien ilustrowad, przynajmniej nie w dosłownym sensie,
może z wyjątkiem bardzo ograniczonych edycji przeznaczonych dla specyficznych gustów i
nie mogących wpaśd w rękę początkującym czytelnikom.
W tej klasie jednak pojawiają się opowiadania, które, chod nie mogą tolerowad żadnego
dosłownego przedstawiania postaci, scen i epizodów, mogą byd wzbogacone umiejętną
ilustracją oddającą charakterystyczny nastrój ich tematyki lub czasów, a nawet w
indywidualną reakcję artysty na ich treśd. Jako przykład mogę tu podad wspaniałe ilustracje
Keitha Hendersona do Węża Uroborosa i Styrbjorna Silnego i, niemalże z przeciwnego
bieguna, Pauline Diane Baynes i jej radosne obrazki bajecznej, polującej na smoki,
średniowiecznej Anglii do uroczego Rudego Dżila i jego psa Tolkiena. Do tej samej kategorii
należą rysunki Borisa Artzybasheffa do oryginalnego wydania The Circus of Dr. Lao (Cyrku
doktora Lao). By podad przykład z całkowicie innego pola, podobny efekt uzyskano dzięki
zastosowaniu scenerii z francuskiej wsi i zamków, które tak bardzo przyczyniły się do
stworzenia szczególnej atmosfery w filmie Oliviera Henryk V. Nie siląc się na realizm, biorąc
zamki wprost z ilustrowanych rękopisów z tego okresu, produkcja ta odniosła sukces w
scenerii znanej już każdej oczytanej publiczności, i tym samym osiągnęła stopieo
różnorodności, którego nigdy nie osiągną miliony ładowane w produkcje Hollywood.
Z jednego ekstremum przenosimy się do drugiego, gdzie znajdziemy klasę utworów 
bardzo zresztą liczną  które albo są niczym bez swych ilustracji, ponieważ stanowią one ich
integralną częśd, albo mimo swych naturalnych cech zostały tak silnie zidentyfikowane z
zestawem rysunków, że trudno o nich myśled nie wyobrażając sobie ilustracji. Wiele książek
dla dzieci (z których częśd jest zaprojektowana głównie po to, by zabawiad dorosłych) należy
do pierwszej kategorii  słynny Ferdinand Lawsona i Leafa jest tego głównym przykładem.
Jeśli chodzi o te, które przeznaczone są dla dorosłych czytelników, jednym z najlepszych
przykładów, przynajmniej w moim pojęciu, jest książka niemalże nieznana The Clan of
Munes (Klan Munów) Fredericka J. Waugha. Munowie mieli z grubsza  bardzo z grubsza
 ludzkie kształty. Stworzył ich indiaoski czarownik z północno  zachodniego wybrzeża z
takich materiałów, jak pokręcone drewno wyrzucone przez morze, tak więc motywy
północno zachodnich plemion dominują w ilustracjach. Szczególnie chodzi tu o wspaniałe
kolorowe tarcze. Waugh był bardzo znanym malarzem, a to była jego jedyna książka, ale w
niej jednej udało mu się to, do czego powinien dążyd każdy pisarz fantasy i science fiction 
stworzył całkiem nowy, ale zarazem spójny świat i to z materiałów obecnie dostępnych.
Niestety, Klan Munów dawno już przestał byd drukowany, a Scribner, u którego wydano tę
książkę w 1916 roku, poinformował mnie, że sprzedano tylko kilkaset egzemplarzy i że
barwne tarcze już nie istnieją.
Druga kategoria jest nieco bardziej zawiła, gdyż czasem opowieśd i ilustracje mogą byd tak
nierozerwalnie połączone, że jest niemal niemożliwe określenie oryginalnego nastroju historii
bez udziału rysunków, i nie jesteśmy w stanie stwierdzid, czy rzeczywiście były one
pomocne, czy nie. Dlatego też z trudem wyobrażam sobie Alicję w Krainie Czarów bez
rysunków Sir Johna Tenniela. Nie widzę też Ropucha z %7łabiego Pałacu i reszty kompanii z
The Wind in the Willows (O czym szumią wierzby) inaczej, niż oczami Arthura Rackhama.
Wszystkie te przykłady ilustracji, w jakiś sposób istotnych dla odpowiednich im
opowieści, są oczywiście wyjątkowe, ale mogą służyd do zademonstrowania, że istnieją trzy
rodzaje udanych ilustracji: te, które stanowią echo zamysłów autora tak wierne, że nie
kolidują z wizjami, wywoływanymi przez jego słowa; takie, które spełniają funkcję, jakiej nie
spełnia, chod powinno, samo opowiadanie oraz takie, które przez czysty geniusz
nieoczekiwanie łączą się z opowieścią i razem z nią tworzą coś nowego i lepszego.
Szczególnie w ilustracjach science fiction często niemożliwe jest dla artysty stworzenie
echa zamiarów pisarza z tak doskonałą wiernością, że nie pojawi się konflikt między wizją na
papierze a tą w umyśle czytelnika. Często dzieje się tak dlatego, że, jak już wspomniałem,
obie wizje będą zbyt różne. Raz, na przykład, napisałem opowiadanie, w którym wielka
przyjazna bestia podbiegła w podskokach, by akompaniowad gitarowemu solo gwiżdżąc
przez swój długi rzymski nos. Była czerwona, obrośnięta futrem i miała olbrzymie stopy. W
moim pojęciu  i, jak sądziłem, w pojęciu reszty świata  taki zwierzak byłby niczym
więcej, jak tylko czworonogiem, a czy wyglądałby jak łoś, czy jak wielki spaniel,
pozostawało tylko kwestią gustu. Ale gdy opowiadanie zostało w koocu wydane, byłem
zaskoczony widząc, że na ilustracjach wygląda ona jak przerośnięta, człekokształtna małpa z
twarzą strażnika w metrze.
Nawet jeśli zostawimy istoty pozaziemskie, to pisarz science fiction może i tak popełnid
wystarczająco dużo błędów charakterystycznych dla tego gatunku. Jeden z przypadków
dotyczy kobiet. Czasem podejrzewam, że przynajmniej osiemdziesiąt procent naszych
okładek typu WOPek+kobieta jest rysowana przez młodych artystów, którzy (podobnie jak
ich średniowieczni przodkowie, gdy chodziło o lwy) słyszeli o nagich kobietach, ale nigdy
żadnej nie widzieli (może powinniśmy powoład jakąś fundację?). Innym powszechnym
błędem jest nieprzeczytanie opowiadania przed zilustrowaniem go, a owocuje to szczególnie
ciekawymi dziełami sztuki. Jest to dośd znana sprawa na wszystkich polach literatury, ale
nieco bardziej poważna w przypadku science fiction. Trzeci błąd polega na braku nie tylko
wiedzy technicznej ze strony artysty, ale jakiejkolwiek świadomości zmiennej natury [ Pobierz całość w formacie PDF ]