[ Pobierz całość w formacie PDF ]

pędu.
W chwilę pózniej szybujący stopami naprzód z rozwianymi włosami i odzieniem
Cymmerianin upadł bokiem na wierzchołek trzykrotnie odeń wyższego muru. Gdy tylko
zwalił się na kamienie, podbiegł do niego głośno przeklinający strażnik ze wzniesioną
włócznią. Conan podstawił mu stopę. Gdy mężczyzna runął, rzucił się na niego i parokrotnie
rąbnął jego głową o skraj muru, krzycząc:
 Durniu, nie jestem koczownikiem! Jestem przyjacielem, psie!
Wartownik zaczął ociężale dzwigać się na nogi. Conan poderwał upuszczoną przez
niego włócznię i ruszył stawić czoło napastnikom.
Strażnicy po obydwóch stronach walczyli już z chudymi, żylastymi koczownikami,
pnącymi się tłumnie na mury po drabinach, drzewcach włóczni i linach z hakami. Obsada
murów była niewielka; jeden strażnik wypadał na odcinek długości dwudziestu kroków.
Niektórzy padali, trafieni strzałami i włóczniami napastników, pozostali zażarcie odpierali
atak. Słychać było, iż z miejskiego garnizonu ruszyły posiłki, lecz na dotarcie na mury
potrzeba im było dłuższego czasu. Niespodziewany, błyskawicznie przeprowadzony atak
koczowników miał duże szansę powodzenia.
Conan biegał w tę i z powrotem wzdłuż skraju muru, strącając gwałtownymi
uderzeniami napastników. Nadepnął na rękę grabieżcy o poznaczonej bliznami twarzy,
sprawiając, iż Szemita osunął się po swej włóczni. Cymmerianin dzgnął kolejnego napastnika
w kark, gdy ten pokonywał wzniesione przedpiersie. Koczownik z wrzaskiem runął w dół.
Trzeciego zepchnął w tył, gdy ten prostował się po wdrapaniu na kamienny parapet. Mimo to
dwóch napastników zdołało równocześnie wspiąć się na mur poza zasięgiem broni
Cymmerianina.
Strażnik, który wpierw próbował przeciwstawić się Conanowi, stanął teraz do walki
przeciwko koczownikom z wyciągniętym rapierem. Nim zdołał dotrzeć do skraju muru,
ciśnięta z dołu lina z kotwiczką owinęła się mu wokół szyi i powaliła na kolana. Wartownik
szarpał się rozpaczliwie, ślizgając po kamiennych płytach, podczas gdy Szemita zaczął
wspinać się po sznurze. Conan doskoczył do strażnika i dzgnął koczownika bosakiem w
twarz. Napastnik spadł z liny, lecz wspinali się już po niej kolejni. Wartownik nie zdołał
utrzymać ich ciężaru i zwalił się z muru z koszmarnym wrzaskiem.
Na szczycie pozostała zaledwie kilkuosobowa, ciasno zbita grupka koczowników.
Drogę do Bramy Celniczej zagradzał im tylko Conan i para znękanych strażników. Szemici
zwrócili się przeciwko Conanowi, nie zważając na wbiegających na plac karawan i
wspinających się po rampach na mury nowych obrońców. Napastnicy liczyli niewątpliwie, iż
zdołają dostać się do bramy i otworzyć ją swoim towarzyszom. Na szczęście wąski szczyt
murów umożliwiał zaatakowanie Cymmerianina najwyżej dwóm z nich naraz. Conan
przerzucił bosak w lewą rękę, chwycił rapier nieszczęsnego strażnika i przygotował się na
spotkanie nacierających koczowników. Jeden z nich nadział się na zataczające młyńca ostrze
broni Conana. Miecz Szemity spadł ze szczękiem u podnóża muru; w chwilę pózniej on sam
dołączył do niego, brocząc krwią z rozpłatanej gardzieli.
Jego miejsce zajęło dwóch kolejnych koczowników, trzeci zaś usiłował wspomóc
towarzyszy, dzgając między nimi długą włócznią z zębatym grotem. Conan uskoczył w bok,
chwycił za drzewce włóczni i wykorzystał je, by błyskawicznie i bezlitośnie zepchnąć za mur
jednego z przeciwników. Szemita runął na piasek, łamiąc sobie najwyżej parę kości. Drugi
rzucił się na Cymmerianina  i nadział na wystawiony w przód bosak. Grot przebił mu
brzuch i wynurzył z jego pleców. Gdy kolejny koczownik próbował wyminąć nieszczęsnego
towarzysza, Conan zręcznym ruchem zdołał nadziać na bosak również i jego. Dwaj
wojownicy, przypominający nabite na oścień ryby, zwalili się z muru wśród wrzasków bólu i
agonalnych drgawek.
Rzez trwała nadal. Conan powalał kolejnych przeciwników, spodziewając się w
każdej chwili, iż poczuje trafiające go z tyłu wrogie ostrze czy więznącą w ciele strzałę. Z
niespożytą energią bez przerwy zmieniał pozycję, by uczynić z siebie trudniejszy cel. Dając
pokaz oszałamiającej szybkości ruchów, ugodził śmiertelnym, gwałtownym ciosem jednego
koczownika, a po chwili następnego. Niespodziewanie ostatni pozostały przy życiu Szemita
wydał krzyk zgrozy i rzucił się do panicznej ucieczki.
Koczownik przebiegł najwyżej pięć kroków, gdy został ponownie zaatakowany 
tym razem przez przeciwnika w szarym stroju, walczącego w precyzyjnym, oszczędzającym
siły stylu, charakterystycznym dla wojowników ze świątyni Sadity. Szemita wyprowadził
pchnięcie w lewo  i ostrze jego oręża ześlizgnęło się po mieczu nieprzyjaciela z sykiem [ Pobierz całość w formacie PDF ]