[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Nasze doborowe oddziały zawsze utrzymują najwyższą sprawność, bez dodatkowych
zachęt.  Furio był młodym, pełnym wigoru mężczyzną o kręconych włosach i starannie
przyciętych wąsach. W jego oczach czaiło się jednak zmęczenie spowodowane bezsennością. 
Maszerują niestrudzenie, bo są lojalnymi poddanymi króla Baalur.
Conan opuścił nieco kubek i spojrzał w twarz Furio.
 Mimo to potrzebują dowódcy! Jednego dowódcy, którego głosu będą słuchać bez pytań i
wahań. To będzie mój głos, kapitanie!
Furio skinął głową, a na jego wargach zagrał lekki uśmiech.
 To prawda, komendancie, na razie. Ludzie pozostaną ci posłuszni, dopóki będziesz im
dobrze przewodził.
Conan mógł cisnąć nim o ziemię, nawet go zabić  w to nikt z zebranych, nawet Caspius, nie
mógł powątpiewać. Uzbrojony czy nie, Cymmerianin miał przewagę wzrostu, masy, szybkości i
doświadczenia i mógł dać swemu oficerowi lekcję posłuszeństwa. Jednak z uwagi na szacunek
do Aphratesa przemówił tylko ponurym głosem:
 Jesteś uszami i oczami generała Shalmanezera. Nie wątpię więc, że mi nie ufasz i liczysz na
objęcie przywództwa, gdy nadejdzie właściwy czas.
Furio skłonił się po rycersku.
 Wierz mi  rzekł  że są inni, którzy myślą podobnie i zajmą moje miejsce, gdy coś mi się
przytrafi. Chcemy zakończyć tę misję tak szybko, jak to możliwe.
 Być może, kapitanie.  Conan spojrzał na otaczającą ich grupę oficerów, nie studiując
jednak zbyt uważnie wyrazów ich twarzy.  Ale ostrzegam cię: tam, gdzie idziemy, częściowe
posłuszeństwo nie wystarczy. Twój generał nic nie pomoże i gołębie, które zaniosą mu wieści,
również.  Wskazał gestem wóz, gdzie trzymano ptaki.  Twoje życie i życie nas wszystkich
będzie zależeć od mojego rozkazu i jego szybkiego wykonania.
 Może tak być  odparł Furio  gdy tam dotrzemy. A teraz, dowódco, jeśli mi wybaczysz,
oddalę się, by zrobić obchód wart.
Zasalutował, odwrócił się na pięcie i zniknął w mroku nocy.
Obóz pogrążył się w ciszy, jeśli nie liczyć szmerów skrzydeł nietoperzy przelatujących od
czasu do czasu. Potem zaś, kiedy pojawił się księżyc, można było usłyszeć tylko dobiegające z
namiotów pochrapywania i czasem jakiś jęk lub cichy krzyk, gdy kogoś jednak nawiedziły
koszmary. Conan spał czujnie, ale bez snów. I on, i większość jego żołnierzy wreszcie
wypoczęli tej nocy.
VI
SZAMAN
W swym śnie księżniczka Ismaia szła przez gęstą dżunglę. Szukała ścieżki przez zarośla;
wokół jej twarzy brzęczały natrętne owady, a nad głową świergotały różnobarwne ptaki. Z
grubych, mięsistych liści kapała woda, która szybko przemoczyła jej lekką nocną tunikę. Ku
dziewczynce nachylały się kielichy egzotycznych kwiatów, o wszelkich możliwych do
wyobrażenia kształtach, większe często niż głowa człowieka; były piękne, ale ich wąskie
łodygi lub kolce zawierały śmiercionośną truciznę. W górze zaś Ismaia widziała niesamowitą
plątaninę zielonych lian.
Przebijając się przez tę kipiącą życiem dżunglę, księżniczka stanęła nagle na skraju otwartej
polany i dostrzegła malutką chatkę. Z komina unosiła się blada smużka dymu, a z ciemnego
otworu wejściowego dobiegał śpiew. Tuż przy chacie rosło przedziwne bezlistne drzewo,
przypominające kształtem ludzki szkielet pozbawiony czaszki. Chociaż na widok
złowieszczego drzewa Ismaia wstrzymała oddech ze strachu, tajemniczy domek przyciągał ją
nieodparcie. Podczołgała się do chatki i zajrzała do środka.
Wnętrze ciasnej izdebki rozświetlał ogień, którego paliwem były kości i cienkie gałązki, przy
nim zaś siedziała wiedzma z jej snów, sypiąc w płomienie mieniące się różnymi barwami
proszki. Była prawie naga, jedynie na ramiona zarzuciła poszarpaną, łuskowatą skórę jakiegoś
nieznanego zwierzęcia. Jej czarne włosy, pozlepiane i ubrudzone żółtą gliną, opadały w
bezładzie, zaś szyję i przedramiona zdobiły bransolety ze zwierzęcych kłów i pazurów.
Zeriti pozdrowiła księżniczkę skinieniem głowy, najwyrazniej dobrze rozpoznając swego
gościa.
 A więc znowu mnie odwiedziłaś, moje dziecko. To wielki zaszczyt dla mnie. Wasza
Wysokość jest tu zawsze mile widziana.  Uśmiechnęła się szeroko a jej zęby błysnęły
drapieżnie w blasku ognia  mam ci wiele do pokazania i wiele możesz się ode mnie nauczyć,
nawet tu w tak nędznej chacie  wskazała szerokim gestem wnętrze i palenisko, nad którym
suszyły się nieznane zioła jak również kawałki mięsa.
 Nnie
głosu. Choć unikała spojrzenia czarodziejki, dostrzegła wielką, bladą bliznę na ciele kobiety,
tuż pod zielonkawą wężową skórą, która opadała z jej ramion.  Ja
dżungli, szukając drogi do domu  dokończyła szeptem.
 Och, dziecko, to dlatego, że jeszcze nie umiesz poruszać się w świecie snów.  Wiedzma
pogroziła Ismai brudnym palcem.  Gdy jesteś tu ze mną, przypatruj się wszystkiemu
uważnie i ucz się. Wtedy będziesz władać tym miejscem jak ja, a może kiedyś zawładniesz
całym światem snów.
 Nie chcę być tu panią i władać tym światem. Chcę do domu, do mojej mamy!  Mimo
wysiłków Ismaia nie mogła oderwać oczu od szerokiej, sinej blizny na ciele Zeriti. To musiała
być okropna rana, ktoś po prostu przeciął w poprzek jej korpus. [ Pobierz całość w formacie PDF ]