[ Pobierz całość w formacie PDF ]

powtórzył się, po czym zgrzytnęły otwierane drzwi, a
cichy tupot nóg szybko ucichł w oddali. I znów zapadła
cisza.
Conan nasłuchiwał przez chwilę, która zdała mu się
bardzo długą, choć może wcale taką nie była, gdyż światło
księżyca nadal wpadało przez ukryty szyb, lecz nie
doczekał się żadnego dzwięku. W końcu poruszył się lekko,
szczękając kajdanami. Wtedy usłyszał inne, lżejsze kroki,
dobiegające zza pobliskich drzwi, przez które wniesiono
go do celi. W następnej chwili w szarym świetle
zamajaczyła wiotka postać.
 Królu Conanie!  powiedział niespokojny, miękki
głosik.  Och, mój panie, jesteś tam?
 A gdzie mam być?  odparł ostrożnie, wykręcając
głowę, żeby spojrzeć na przybyłą.
Jakaś dziewczyna stała przy drzwiach, ściskając kraty
smukłymi palcami. Słaby blask z szybu za nią prześwietlał
jedwabną chustę spowijającą jej biodra i migotał matowo
na wysadzanych klejnotami napierśnikach. Jej czarne oczy
lśniły w mroku, a białe ciało lekko błyszczało jak
alabaster. Miała włosy jak czarne, spienione fale,
połyskujące nawet w tym nikłym świetle.
 Oto klucz od kajdan i tamtych drzwi!  szepnęła, po
czym smukła, biała dłoń wysunęła się spomiędzy krat i
trzy przedmioty upadły z brzękiem na kamienną posadzkę
przy Conanie.
 Co to za gra?  zapytał.  Mówisz po nemedyjsku, a
ja nie mam przyjaciół w Nemedii. Cóż za nowe diabelstwo
szykuje twój pan? Czy przysłał cię tu, żebyś ze mnie
drwiła?
 To nie drwiny!  Dziewczyna trzęsła się ze strachu.
Strona 35
Howard Robert E - Conan zdobywca.txt
Bransolety i napierśniki stukały o kraty, które ściskała.
 Przysięgam na Mitrę! Ukradłam te klucze czarnym
strażnikom. To dozorcy podziemi, a każdy z nich ma klucz
otwierający tylko jeden zamek. Spoiłam ich. Tego, któremu
rozbiłeś głowę, zaniesiono do cyrulika i nie mogłam
zdobyć jego klucza. Jednak zabrałam pozostałe. Och,
błagam, nie zwlekaj! Za tymi lochami znajdują się
czeluści, które są wrotami piekieł.
Lekko poruszony Conan bez przekonania wypróbował
klucz, spodziewając się niepowodzenia skwitowanego
drwiącym śmiechem. Jednak zelektryzował go fakt, iż jeden
z kluczy istotnie otwierał kajdany i pasował nie tylko do
zamka łączącego je z pierścieniem, ale także do obręczy
na rękach oraz nogach. Po kilku sekundach wstał,
rozkoszując się odzyskaną swobodą. Szybko podszedł do
kraty i zamknął dłoń na pręcie oraz na przyciśniętym doń
smukłym nadgarstku. Uwięziona w ten sposób dziewczyna
dzielnie uniosła głowę, by napotkać jego płonące
spojrzenie.
 Kim jesteś, dziewczyno?  spytał.  Dlaczego to
robisz?
 Mam na imię Zanobia  wyjąkała, jakby śmiertelnie
przestraszona  i jestem tylko dziewczyną z królewskiego
seraju.
 Jeśli to nie jest jakaś przeklęta sztuczka  mruknął
Conan  to nie pojmuję, dlaczego przynosisz mi te klucze.
Pochyliła ciemną główkę, a potem podniosła ją,
napotykając jego podejrzliwe spojrzenie. Azy zaiskrzyły
się jak perły na jej długich, czarnych rzęsach.
 Jestem tylko dziewczyną z królewskiego seraju 
powtórzyła z dumą i pokorą zarazem.  On nigdy na mnie
nie spojrzał i pewnie nigdy nie spojrzy. Jestem gorsza od
psów, co ogryzają kości w jego biesiadnej sali. A ja nie
jestem malowaną zabawką, lecz istotą z krwi i kości.
Oddycham, nienawidzę, boję się, raduję i kocham. I
pokochałam ciebie, królu Conanie, od kiedy zobaczyłam cię
jadącego na czele twych rycerzy ulicami Belverusu, kiedy
przed laty odwiedziłeś króla Numę. Serce wyrywało mi się
z piersi, by paść w uliczny pył pod kopyta twego rumaka.
Kiedy mówiła, rumieniec wypłynął na jej policzki, lecz
ciemne oczy spoglądały śmiało. Conan nie odpowiedział od
razu; jakkolwiek był dziki, gwałtowny i nieokiełznany, to
jedynie największy grubianin nie dozna uczucia wzruszenia
lub podziwu, gdy kobieta obnaża przed nim swą duszę.
Potem pochyliła głowę i przycisnęła czerwone usta do
palców, które więziły jej smukłą dłoń, lecz zaraz
drgnęła, jakby nagle przypominając sobie swoje położenie,
i w jej ciemnych oczach zabłysło przerażenie.
Strona 36
Howard Robert E - Conan zdobywca.txt
 Spiesz się!  ponagliła szeptem.  Już po północy.
Musisz iść.
 A nie obedrą cię żywcem ze skóry za to, że skradłaś
klucze?
 Nigdy się nie dowiedzą. Jeśli czarni będą rano
pamiętać, kto dał im wina, to nie ośmielą się przyznać,
że skradziono im klucze, gdy leżeli pijani. Klucz,
którego nie zdołałam zdobyć, otwiera te drzwi. Musisz
wyjść na wolność przez te podziemia. Nie mam pojęcia,
jakie niebezpieczeństwa czyhają za drzwiami, lecz większe
grożą ci, jeśli pozostaniesz w celi. Wrócił król
Tarascus&
 Co? Tarascus?
 Tak! Powrócił w wielkim sekrecie i niedługo potem
zszedł do podziemi, po czym wyszedł, blady i drżący, jak
człowiek, który odważył się na wielkie niebezpieczeństwo.
Słyszałam, jak szeptał do swego giermka, Arideusa, że
mimo zaleceń Xaltotuna powinieneś umrzeć.
 A co z Xaltotunem?  mruknął Conan. Poczuł, jak
zadrżała.
 Nawet o nim nie mów!  szepnęła.  Demony często
przybywają na dzwięk jego imienia. Niewolnicy powiadają,
że leży w swojej komnacie, za zaryglowanymi drzwiami,
śniąc sny czarnego lotosu. Myślę, iż nawet Tarascus lęka
się go w duchu, inaczej zabiłby cię otwarcie. Jednak dziś
w nocy zszedł do lochów i jeden Mitra wie, co tu robił.
 Zastanawiam się, czy to nie Tarascus majstrował
niedawno przy drzwiach do mojej celi?  mruknął Conan.
 Masz sztylet!  szepnęła, wsuwając coś między kraty.
Jego palce chciwie zacisnęły się na znajomym przedmiocie.
 Wyjdz szybko tamtymi drzwiami, skręć w lewo i idz
wzdłuż cel, aż dojdziesz do kamiennych schodów. Nie
zbaczaj z drogi, jeśli ci życie miłe! Wejdz po schodach i
otwórz drzwi na ich szczycie; jeden z kluczy będzie do
nich pasować. Jeśli Mitra pozwoli, tam się spotkamy.
Potem zniknęła, z cichym tupotem nóg obutych w miękkie
ciżemki.
Conan wzruszył ramionami i skierował się ku
przeciwległej kracie. Mógł wpaść w jakąś szatańską
pułapkę zastawioną przez Tarascusa, lecz skok na oślep na
spotkanie niebezpieczeństwu mniej sprzeciwiał się naturze
Conana niż pełne rezygnacji oczekiwanie na śmierć.
Obejrzał otrzymaną od dziewczyny broń i uśmiechnął się
ponuro. Kimkolwiek była, okazała się osobą niezwykle
praktyczną. Nie był to wąski sztylecik, wybrany dla
wysadzanej klejnotami rękojeści lub złotego jelca, który
nadawałby się jedynie do wykwintnego morderstwa w
Strona 37
Howard Robert E - Conan zdobywca.txt
buduarze damy, lecz solidny puginał, broń wojownika, o
szerokim, czterdziestocentymetrowym ostrzu, zwężającym
się w ostry jak igła koniec.
Wydał pomruk zadowolenia. Dotyk rękojeści poprawił mu
samopoczucie i dodał pewności siebie. Jakiekolwiek
zarzucano by nań sieci intryg, jakiekolwiek szykowano
podstępy i zdrady, ten nóż był prawdziwy. Potężne mięśnie
prawego ramienia barbarzyńcy stężały, szykując się do
morderczego ciosu.
Podszedł do przeciwległych drzwi celi i spróbował
kluczy. Krata nie była zamknięta. A przecież pamiętał, że
czarny ją zamknął. Zatem ta tajemnicza, zgarbiona postać
nie była strażnikiem sprawdzającym rygle. Wprost
przeciwnie, odsunęła je. Fakt, iż furta była otwarta,
miał złowrogą wymowę. Jednak Conan nie wahał się. Pchnął
kratę i wyszedł z celi w ciemność.
Tak jak przypuszczał, nie znalazł za drzwiami
kolejnego korytarza. Kamienna posadzka biegła w dal wraz
z rzędem cel po prawej i lewej stronie, lecz nie mógł
dojrzeć jej kresu w pozostałych kierunkach. Nie widział
ani sklepienia, ani ścian. Księżycowy blask sączył się do [ Pobierz całość w formacie PDF ]