[ Pobierz całość w formacie PDF ]

mordercy. Trzon ekspedycji wlókł się przez dziki kraj, zagubiony, oszołomiony, bezbronny, z
ciągle gnębiącym go niewidzialnym horrorem wyłapującym maruderów, niszczącym pół
śpiące stra\e i pogrą\onych we śnie mę\czyzn. Na ciałach, które znajdowano martwe,
odkrywano ślady kłów, które powodowały rany wykrwawiające ofiary i tym sposobem \ywi
wiedzieli, jakiego rodzaju zło ich prześladuje. Ludzie zataczając się wlekli się, wzywając na
pomoc świętych, albo w potwornym strachu bluzniąc, walcząc szaleńczo ze snem, aby w
końcu paść ze zmęczenia i wówczas spadała na nich groza i sen, a wraz z nim śmierć.
Wreszcie podejrzenia skupiły się na wielkim Murzynie, niewolniku, który był kanibalem z
Caiabar. Zakuli go w łańcuchy. Jednak wkrótce młody Juan Zavilla zginął tak jak inni, a po
nim ksiądz. Jednak ksiądz walczył z tym przera\ającym mordercą i \ył na tyle długo, aby
wykrztusić de Estradzie imię tego szatana. A Brill, cały trzęsąc się, czytał z szeroko
otwartymi oczami:
 & i teraz było dla de Estrady jasne, \e ten dobry ksiądz mówił prawdę, a mordercą jest
Don Santiago de Valdez, który był wampirem i nieumarłym szatanem, istniejącym dzięki
krwi \yjących. Wtedy Estrada przypomniał sobie jakiegoś niegodziwego szlachcica czającego
się w górach Kastylii w czasach panowania Maurów i karmiącego się krwią bezbronnych
ofiar, które dały mu upiorną nieśmiertelność. Ale ten szlachcic gdzieś zniknął; nikt nie
wiedział, gdzie się ukrył, jednak było wyrazne, \e on i Don Santiago  to jeden i ten sam
człowiek. Uciekł z Hiszpanii na okręcie i Estrada wiedział, \e ludzie na tym okręcie nie
umarli na skutek zarazy, tak jak twierdził ten potwór, ale zginęli od kłów wampira.
De Estrada, Murzyn i kilku pozostałych jeszcze przy \yciu i \ołnierzy poszli go szukać i
znalezli pogrą\onego we śnie wśród karłowatych dębów, gdzie le\ał nasycony krwią ostatniej
ofiary. Teraz dobrze wiemy, \e wampir, niczym wielki wą\, zapada w głęboki sen i mo\na go
zniszczyć bez ryzyka. Jednak de Estrada nie wiedział, jak pozbyć się tego potwora, bowiem
jak mo\na zabić kogoś, kto ju\ nie \yje? Poniewa\ wampir jest człowiekiem, który umarł
dawno temu i jest szybki w tym swoim nie\yciu.
Ludzie namawiali caballero, aby wbił w serce potwora drewniany kołek i uciął mu głowę,
wymawiając przy tym słowa modlitwy, co spowoduje, \e dawno nie\yjące ciało rozpadnie się
Strona 66
Howard Robert E - Conan. Cień bestii
w proch, jednak ksiądz ju\ nie \ył i de Estrada bał się, \e w czasie tego aktu monstrum mo\e
się przebudzić.
Tak więc delikatnie unieśli ciało Don Santiago i przenieśli je do starego, indiańskiego
kurhanu, który znajdował się w pobli\u. Otworzyli grób, wyjęli z niego kości, zło\yli
wampira w krypcie i zakryli ją cię\kim kamieniem, mając nadzieję, \e będzie tam spoczywał
do dnia Sądu Ostatecznego.
To miejsce jest przeklęte i wolałbym raczej umrzeć z głodu ni\ przyjść do tej części kraju
w poszukiwaniu pracy  poniewa\ od dzieciństwa wiedziałem o istnieniu tej ziemi, tego
strumienia i kurhanu kryjącego przera\ającą tajemnicę. Teraz widzi pan, senior Brill,
dlaczego nie mo\e pan rozkopywać i otwierać kurhanu& Mógłby pan w ten sposób obudzić
tego szatana& 
W tym miejscu rękopis urywał się zamazanym zygzakiem i przedarciem wywołanym
nagłym szarpnięciem ołówka,
Brill wstał z dziko bijącym sercem, pobladłą twarzą i przyschniętym do podniebienia
językiem.
Dlatego w kurhanie znalazł ostrogę  nale\ała do jednego z Hiszpanów zakopujących
potwora.  Powinienem był pojąć, \e ktoś ju\ przede mną kopał, sądząc po sposobie, w jaki
porozrzucane były resztki węgla drzewnego. Ale& dobry Bo\e&  .
Skurczył się ze zgrozy przed przera\ającą wizją nieumarłego monstrum, wstającego z
mrocznego grobu, unoszącego cię\ki kamień obluzowany przez jego głupotę i ignorancję 
przemykającej się w stronę światła cienistej postaci, którą wziął za ludzką ofiarę  długie,
wyciągnięte ramię na tle słabo oświetlonego okna&
 To szaleństwo!  wykrztusił.  Lopez miał kompletnego fioła! Wampiry nie istnieją!
A jeśli istnieją, to dlaczego ten nie dopadł mnie przed Lopezem& chyba, \e rozglądał się
dookoła, aby nabrać pewności, a potem zaatakował? Do diabła! Wszystko to są jakieś
wymysły&
Ale dalsze słowa uwięzły mu w gardle. W oknie pojawiła się jakaś twarz i tkwiła niemo
wpatrując się w niego. Dwoje zimnych oczu przenikało go na wskroś. Z jego gardła wydobył
się przerazliwy krzyk i twarz znikła. Jednak całe otoczenie przesycone było przerazliwym
smrodem, jaki czuł rozkopując kurhan i teraz od strony drzwi rozległ się trzask i ujrzał, jak
drzwi powoli wybrzuszają się do środka. Brill cofnął się pod ścianę, z rewolwerem w
trzęsącej się ręce. Nie przyszło mu do głowy, aby strzelić przez drzwi; chaotycznie myślał
tylko o jednym  od wydobytej z mroków przeszłości grozy oddzielają go zaledwie cienkie
drzwi. Oczy niemal wyszły mu z orbit na widok poddających się drzwi i usłyszał, jak pęka
zasuwa.
Drzwi wpadły do środka. Brill nie mógł nawet krzyczeć. Jego język był jak z drewna.
Błyszczącymi z przera\enia oczami ujrzał wysoką, podobną do sępa postać  zimne oczy,
długie, czarne paznokcie  potwornie stary, rozpadający się strój  wysokie buty z
ostrogami  szeroki, stary kapelusz z pogniecionym piórem  spływający luzno,
postrzępiony płaszcz. Obramowany czarną futryną odra\ający kształt z przeszłości pochylił [ Pobierz całość w formacie PDF ]