[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Początkowo milczałem. Zapatrzyłem się w deszcz i ciemność przez szybę, po której błyskawicznie przesuwały się
wycieraczki.
- Jasne - odpowiedziałem wreszcie.
- Widzisz, Cavell, nie mam nic do stracenia - spokojnie odezwał się Scarlatti. - Kiedy deportowali mnie z Ameryki, to
myśleli, że jestem całkowicie skończony... że zupełnie się nie liczę. Wypędzając mnie drwili. Rozumiesz więc, że byłem i
jestem zdecydowany pokazać im, jak bardzo się mylili. kiedy wczoraj wieczorem zatrzymaliście nasz samochód tym moim
radiowozem, opowiadałem różne rzeczy. Wiele z nich nieprawda, ale jedno powiedziałem szczerze albo osiągnę swój cel
bez względu na koszty, albo zginę. Teraz nie udaję. Nic mnie nie powstrzyma, żadna siła na ziemi nie pokrzyżuje i planów
w ostatniej chwili. W tym momencie jestem absolutnie szczery. Wierzysz mi, Cavell?
- Wierzę.
- Bez wahania zrobię to, co powiedziałem. Musisz ich o tym przekonać.
- Mnie przekonałeś, ale trudno mi mówić za innych. Spróbuję.
- Lepiej, żeby ci się udało - rzekł spokojnie.
Udało mi się. Po kilku minutach kręcenia gałkami zdołałem odnalezć pasmo używane przez policję. Jeszcze jakiś czas zajęło
połączenie telefoniczne i wreszcie odezwał się komisarz Hardanger.
- Tu Cavell z pokładu helikoptera - powiedziałem. - Są tu ze mną...
- Helikoptera!? - wykrzyknął i zaklął.  Słyszę jego cholerny warkot prawie nad samą głową. Na Boga, co.
- Posłuchaj! Jestem tu z Mary i pilotem linii międzynarodowych, porucznikiem. . .- przerwałem i popatrzyłem na siedzącego
obok mnie mężczyznę.
- Buckley - przedstawił się obojętnie.
..porucznikiem Buckleyem. Scarlatti ma nas w ręku. Chce coś przekazać tobie i Generałowi.
- A więc wszystko spieprzyłeś, Cavell! - wściekał się Hardanger. - Bóg mi świadkiem, ostrzegałem cię...
- Zamknij się - rzekłem zmęczonym głosem. - Lepiej byś posłuchał tej wiadomości.
Powiedziałem mu to, co miałem do przekazania. Po chwili w słuchawkach odezwał się Generał, który nie robił mi
wymówek i nie tracił czasu.
- Czy on przypadkiem nie blefuje? - spytał.
- Nie ma mowy. To najszczersza prawda. Wytruje pół miasta, żeby dopiąć celu, A cóż znaczą te wszystkie pieniądze i
sztabki złota w porównaniu z życiem miliona ludzi?
- Mówisz, jakbyś się bał - cicho powiedział Generał.
- Bo się boję. Nie tylko o siebie.
- Rozumiem. Zgłoszę się za kilka minut
Zdjąłem słuchawki.
- Jeszcze parę minut. On musi to skonsultować.
- Ma się rozumieć - rzekł Scarlatti. Niedbale oparł się ramieniem o ścianę przy drzwiach, lecz mierzył do nas z pistoletów
pewniej niż dotychczas. On już nie wątpił, jaki będzie wynik. - Trzymam w ręku wszystkie atuty, Cavell.
Wcale nie przesadził. Rzeczywiście miał w ręku wszystkie atuty, a z takimi atutami nie mógł przegrać. Ale gdzieś głęboko
w zakamarkach mózgu błysnęła mi maleńka iskierka nadziei, że nie wezmie ostatniej lewy. Szansa jedna na milion, ale
przecież sytuacja była tak rozpaczliwa, że musiałem zaryzykować. Moje powodzenie zależało jednak od wielu trudnych do
przewidzenia czynników. Od stanu umysłu Scarlattiego, którego pewność siebie i przeświadczenie, że wreszcie ma swój
dzień, mogą, lecz nie muszą osłabić jego czujności od spostrzegawczości, inteligencji i pomocy porucznika Buckleya, a na
koniec od tego, czy potrafię szybko działać. To ostatnie było najbardziej wątpliwe, Scarlatti bowiem z łatwością poradziłby
sobie z chorym starcem, a ja właśnie tak się czułem.
W słuchawkach coś zatrzeszczało. Natychmiast je włożyłem i usłyszałem głos Generała.
- Powiedz mu, że się zgadzamy - rzekł bez żadnych wstępów.
- Rozkaz. Strasznie przepraszam za to wszystko.
- Zrobiłeś, co mogłeś. Stało się. Teraz musimy głównie myśleć o ratowaniu niewinnych, a nie o karaniu winnego.
Poczułem, że ktoś niezbyt delikatnie zrywa mi jedną słuchawkę.
- No i co? No i co? - dopytywał się Scarlatti.
- Zgadzają się - odparłem znużonym głosem.
- Znakomicie. Przyznam, że nie spodziewałem się innej odpowiedzi. Dowiedz się, jak długo potrwa zwalnianie moich ludzi i
kiedy policja opuści teren.
Zapytałem o to Generała, a potem przekazałem odpowiedz Scaclattiemu.
- Za pół godziny.
- Doskonale. Wyłącz radio. Będziemy sobie krążyć przez ten czas, a pózniej wylądujemy. - Wygodniej oparł się plecami o
framugę i po raz pierwszy pozwolił sobie na uśmiech.
- To tylko niewielka zwłoka w realizacji moich planów, Cavell, ale w ostatecznym rozrachunku wyjdzie na to samo. Nie
masz pojęcia, z jaką niecierpliwością czekam na jutrzejsze nagłówki w amerykańskich gazetach, które pisały o mnie tak
pogardliwie, że jestem zerem, że już się skończyłem, że moja sława minęła, kiedy zostałem deportowany dwa lata temu.
Ciekawe, w jaki sposób będą to odszczekiwać?
Bez entuzjazmu rzuciłem mu jakieś przekleństwo a on znów się uśmiechnął. Miałem nadzieję, że im więcej będzie się
uśmiechał, tym lepiej dla mnie. Oklapłem w -fotelu, zrobiłem przygnębioną minę i potulnie spytałem
- Czy mógłbym zapalić?
- Ależ proszę bardzo. - Wsadził jeden pistolet do kieszeni, potem podał mi papierosy i zapałki. - Służę uprzejmie.
- Nie noszę przy sobie wybuchających cygar - mruknął
- Tak też mi się wydaje. - Ponownie się uśmiechnął. Najwyrazniej był w świetnym humorze. - Wiesz, Cavell, to, że
mi się udało, sprawia mi ogromną satysfakcję. Ale niewiele mniej cieszy mnie świadomość, że przechytrzyłem takiego
przeciwnika jak ty. Z tobą miałem najwięcej kłopotów, jak jeszcze z nikim. I jak nikt byłeś tak blisko wygranej.
- Poza amerykańskimi inspektorami podatkowymi - rzekłem. - Niech cię diabli, Scarlatti!
Odpowiedział śmiechem. Zaciągnąłem się papierosem i w tym momencie śmigłowiec lekko zadrżał, wznosząc się na słupie
cieplejszego powietrza. To była odpowiednia chwila. Zacząłem niespokojnie kręcić się w fotelu i trochę zrzędliwie, trochę
nerwowo odezwałem się do Scarlattiego. [ Pobierz całość w formacie PDF ]