[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Na ścianie za nim dostrzegła plakat. Przedstawiał grupę niezwykle zdrowo się
prezentujących Arabów, wymachujących nad głowami karabinami. Słońce świeciło zza ich
pleców, a oni kroczyli z krwistoczerwonym hasłem wypisanym po arabsku u ich stóp.
 To wasze bractwo?  spytała Sabrina, wskazując plakat.
 Czego od nas chcesz?  warknął Maruf, zaplatając ramiona.
 Wiem o robocie Jakuba w Londynie  stwierdziła.
Maruf zdecydowanie pokręcił głową.
 Wykluczone. Jakub jest w Palestynie.
 Nie, był w Londynie. Przyjechał pod przybranym nazwiskiem. Podał się za Kamula
Haidara.
Maruf zmrużył oczy. Przechylił głowę w bok, potem znowu ją przekrzywił.
 Jeszcze raz pytam: czego tu szukasz?
 Muszę się dowiedzieć, dlaczego Jakub wyjechał do Londynu.
Była pewna, że ci ludzie wiedzą o śmierci Hishama. Jeśli słusznie ich oceniła, już mają
wobec niej plany. I świetnie. Tego sobie życzyła. %7łeby całą swoją uwagę i wrogość skupili na
niej, bowiem w ten sposób zdobędzie informacje. Szybko.
 Rozumiem  oświadczył Maruf.
Miał tak gęsty zarost wokół ust, że nie potrafiła określić wyrazu jego twarzy, ale teraz, gdy
się cofnął, wydawało jej się, że dostrzega na niej uśmiech.
 Zapraszamy na poczęstunek.
 Dziękuję, ale uważam za niestosowne przyjmowanie czyjejś gościny bez przyzwoitki.
Mężczyzna zmarszczył brwi. Och, oni po prostu nienawidzili, jeśli kobieta okazywała
zdecydowany charakter.
 Za to może mogłabym cię zaprosić na herbatę albo jakiś napój do kawiarni?
Maruf rozważał jej propozycję.
 Chwileczkę  powiedział i zniknął, przymykając za sobą drzwi.
Sabrina czekała, patrząc w szparę w drzwiach. Wydawało jej się, że słyszy muzykę. Potem
dobiegł ją odgłos kroków i gwałtownie się obejrzała, bowiem nagle były tuż za nią. Poczuła
ból, a przed oczami zobaczyła jasne, oślepiające światło, kiedy coś twardego wylądowało na
jej głowie. Pózniej pochłonął ją mrok.
Ocknąwszy się, poczuła w nozdrzach smród gnijących ryb. Głowę rozsadzał jej straszliwy
ból, była pewna, że cios uszkodził czaszkę. Próbowała dotknąć bolącego miejsca, ale coś nie
pozwalało jej ruszyć ręką.
Wiele czasu upłynęło, nim zdołała otworzyć oczy. Blade promienie światła zakłuły ją
niczym noże, głowę ponownie przeszył ból. Zacisnęła powieki, odczekała chwilę i znowu
wolno je uchyliła. Tym razem ból nie okazał się aż tak dotkliwy.
Leżała w brudnej klitce  ze ścian obłaził tynk, drewniana podłoga była dziurawa.
Panował tu nieznośny upał. Promienie światła zaglądały przez szpary w okiennicach, tańczyły
w nich cząsteczki kurzu. Najmniejszy ruch głową wywoływał kolejną falę bólu, więc długo
potrwało, nim Sabrina zorientowała się, gdzie właściwie się znajduje.
Po pewnym czasie udało jej się dopasować wszystkie widziane elementy. Wpółleżała na
podłodze, oparta ramionami o ścianę. Smród płynął z pękniętej rury kanalizacyjnej obok niej.
Nadgarstki miała skute kajdankami przerzuconymi przez rurę znajdującą się pod zlewem.
Sabrinie straszliwie chciało się pić.
Po następnych minutach zaowocowały lata treningu. Musi spokojnie przyjmować tę
sytuację. Spokój i opanowanie to jedyny sposób odzyskania umiejętności logicznego
myślenia. Musi wprowadzić się w stan gotowości, by móc wykorzystać najmniejszą szansę.
Najpierw stawiła czoło faktom. Znalazła się w poważnej sytuacji. Może wręcz krytycznej.
A stało się tak dlatego, że nie przedsięwzięła środków ostrożności. Cóż, teraz już za pózno na
robienie sobie wyrzutów. To tylko osłabia siłę ducha. Musi się skoncentrować na naprawieniu
sytuacji.
Jeśli zbyt długo będzie się tu znajdować w tym stanie, umrze z odwodnienia. Jeśli zawoła o
pomoc, ktoś może się i zjawi, ale ten ktoś może też ją zabić. Z drugiej jednak strony tylko
pojawienie się drugiego człowieka da jej szansę odmiany losu.
Sabrina spróbowała krzyknąć, krtań okazała się jednak tak wysuszona, że z jej ust dobył
się tylko skrzek.
Zaczęła poruszać nogami, napinać mięśnie ud. W ten sposób pobudzi krążenie krwi i
ożywi system limfatyczny, co z kolei zaowocuje odrobiną wilgoci w ustach. A z wilgotnym
gardłem będzie mogła przełknąć ślinę, dzięki czemu może uda jej się wezwać kogoś na
pomoc.
14
Telefon na biurku zadzwonił w chwili, gdy Philpott szykował się do wyjścia z biura.
Dopiął ostatni guzik płaszcza i podniósł słuchawkę
 Philpott.
Usłyszał elektroniczny sygnał, gdy włączyło się zagłuszanie ewentualnego podsłuchu.
 Dobrze, że cię złapałem  odezwał się Mike Graham.
 W ostatniej chwili. Dziś wieczorem mam przyjęcie w Radzie Nadzorczej.
 Biedaczek.
 Jedna z czarnych stron pracy na wysokim stanowisku. Gdzie jesteś, Michael?
 W Berlinie. W lokalu przy Husemannstrasse. Dostałem się tam dwie godziny temu.
Zadzwoniłem, żeby się zameldować.
 Dobrze. Wspomnę tylko, że coś ciekawego wydarzyło się dziś rano niedaleko miejsca,
w którym teraz jesteś. Obywatel amerykański usmażył się w wynajętym samochodzie parę
minut po zakończeniu transakcji w pobliskim banku.
 Miałem ci to samo powiedzieć  stwierdził Mike.  Nazywał się Harold Gibson i
pochodził z Waxahachie. Zrobił majątek na ropie i nieruchomościach, a pięć lat temu
odziedziczył sześć tysięcy akrów najlepszej ziemi wokół jeziora Texoma, jakieś sześćdziesiąt
mil od Dallas. To był bogacz całą gębą.
 Mimo to nie okazał się żaroodporny. Skąd wiesz o nim tak dużo?
 Dzięki interesującemu zbiegowi okoliczności. Dwa lata temu zbierałem na jego temat
informacje w związku z zabójstwem w Fossil Rim. Nawet z nim rozmawiałem.
Morderca czarnego oficera policji w rezerwacie w Glenrose, na południe od Fort Worth,
starał się tak je upozorować, by wyglądało na atak zwierząt. Wina miała spaść na
meksykańskie szare wilki, ale staranne dochodzenie przeprowadzone przez C.W. Whitlocka
kontynuowane przez Mike a Grahama wykazało, że zabójstwa dokonał biały rasista.
Połączono je z nie rozwikłanymi zbrodniami, które popełniono w ciągu ostatnich sześciu lat [ Pobierz całość w formacie PDF ]