[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Magazyny jugosłowiańskiej armii nie były przeznaczone na pierwszorzędne hotele.
- Na pewno nie - zgodził się Mallory.
Na jego znak ponaglili kuce do wjazdu na polanę, a kiedy to zrobili, w ścianie fortów
widocznej z ich strony odsunęły się dwie metalowe listwy, odsłaniając dwa otwory strzelnicze
i sterczące z nich pistolety maszynowe. Siedmiu jezdzców, przy takiej osłonie, jaką mieli,
zdanych było całkowicie na łaskę ich złowieszczych luf.
- Ma pan czujnych żołnierzy - rzekł z uznaniem Mallory do Neufelda. - Niewielu ich
potrzeba do strzeżenia i utrzymania takiej fortecy. Ilu ich tam jest?
- Sześciu - odparł z wahaniem Neufeld.
- Będzie siedmiu, to koniec z panem - ostrzegł Andrea.
- Sześciu.
Kiedy podjechali bliżej, pistolety - prawie na pewno dlatego, że żołnierze rozpoznali
Neufelda i Drosznego - cofnęły się, otwory strzelnicze zamknęły, a ciężkie drzwi wejściowe
otworzyły. W progu pojawił się sierżant i z nieco zaskoczoną miną zasalutował z szacunkiem.
- Co za miła niespodzianka, panie kapitanie - powiedział. - Nie mieliśmy przez radio
żadnej wiadomości, że pan przyjedzie.
- Radio chwilowo nie działa. - Neufeld gestem zaprosił wszystkich do środka, lecz
Andrea z szarmancką stanowczością wskazał, by niemiecki oficer wszedł pierwszy, a
uprzejmość swą poparł groznym ruchem schmeissera. Neufeld wszedł do środka, a za nim
Droszny i pozostała piątka.
Okna były tu tak wąskie, że palące się lampy naftowe były bez wątpienia nieodzowne,
a siłę ich światła podwajało duże ognisko z kłód płonących na palenisku. Nie ma nic bardziej
ponurego od ścian z grubo ciosanych kamieni. Ale samo pomieszczenie było, o dziwo, niezle
wyposażone w meble: stół, kanapę, i dwa fotele z poręczami, a nawet w kilka kawałków
dywanu. Wychodziło z niego troje drzwi, jedne mocno zakratowane. Wliczając sierżanta,
który ich powitał, przebywało tam trzech uzbrojonych żołnierzy. Mallory spojrzał na
Neufelda, który z twarzą ściągniętą tłumionym gniewem skinął głową.
- Przyprowadz jeńców - rozkazał Neufeld jednemu ze strażników.
%7łołnierz skinął głową, zdjął ze ściany ciężki klucz i podszedł do zakratowanych
drzwi. Sierżant z drugim strażnikiem zasuwali właśnie metalowe osłony na otwory
strzelnicze. Andrea niedbałym krokiem podszedł do bliższego strażnika i znienacka
gwałtownie pchnął go na sierżanta. Obaj oni padli na strażnika, który przed chwilą włożył
klucz do zamka. Strażnik zwalił się ciężko na podłogę, ale pierwsi dwaj. chociaż mocno się
zataczali, zdołali odzyskać pozory równowagi, a przynajmniej utrzymać się na nogach. Cała
trójka z gniewnymi, zdezorientowanymi i wystraszonymi minami obróciła się, by spojrzeć na
Greka, a wówczas wszyscy trzej zamarli - i całkiem słusznie. Mądrzy ludzie zawsze
zamierają, kiedy z odległości trzech kroków mierzy się do nich ze schmeisserów.
- Jest jeszcze trzech żołnierzy. Gdzie oni są? - spytał Mallory sierżanta.
Nie było odpowiedzi - strażnik wyzywająco utkwił w nim wzrok. Mallory powtórzył
pytanie, tym razem w płynnej niemczyznie, ale strażnik zlekceważył je i spojrzał pytająco na
Neufelda, który tak szczelnie zacisnął wargi, że wyglądały, jakby były z kamienia.
- Oszaleliście? - spytał Neufeld sierżanta. - Nie widzicie, że ci ludzie to mordercy?
Odpowiedzcie mu.
- To nocna zmiana. Zpią. - Sierżant wskazał drzwi. - Za nimi.
- Otwórz je. Każ im wyjść. Tyłem i z rękami na karku.
- Wykonajcie dokładnie rozkaz - polecił mu Neufeld.
Sierżant wypełnił dokładnie rozkaz, podobnie jak trzej strażnicy odpoczywający w
środkowym pomieszczeniu, którzy wyszli jak im nakazano, z pewnością nie myśląc o
stawianiu oporu. Mallory obrócił się w stronę strażnika z kluczem - zdążył on już nieco
chwiejnie wstać z podłogi - i wskazał głową zamknięte drzwi.
- Otwórz - rozkazał.
Strażnik przekręcił klucz w zamku i pchnięciem szeroko otworzył drzwi. Czterech
angielskich oficerów wyszło stamtąd wolno i niepewnie do pierwszego pomieszczenia. Długi
pobyt w zamknięciu sprawił, że byli bardzo bladzi, ale poza więzienną bladością i
wychudzeniem bez wątpienia nic złego ich nie spotkało. Pierwszy z nich w randze majora i z
wąsem typowym dla wojskowych z akademii w Sandhust, który - jak się okazało - mówił
również z tamtejszym akcentem, zatrzymał się jak wryty i z niedowierzaniem wytrzeszczył
oczy na Mallory ego i jego żołnierzy.
- Boże święty! A co wy, ludzie, u licha...
- Przepraszam - przerwał mu Mallory. - Przykro mi, ale o tym pomówimy pózniej.
Wezcie płaszcze, cokolwiek ciepłego macie, i zaczekajcie na zewnątrz.
- Ale... ale dokąd nas zabieracie?
- Do domu. Do Włoch. Dziś wieczorem. Pośpieszcie się, proszę!
- Do Włoch. Mówi pan...
- Prędzej! - Mallory z niejakim rozdrażnieniem zerknął na zegarek. - Już jesteśmy
spóznieni.
Tak szybko, jak pozwalało im na to oszołomienie, czterej oficerowie zabrali ciepłą
odzież i rzędem wyszli na zewnątrz.
- Na pewno macie tu kuce, stajnię - powiedział Mallory do niemieckiego sierżanta.
- Na tyłach fortu - odparł prędko sierżant. Niewątpliwie bardzo szybko przystosował
się do nowej rzeczywistości.
- To ci się chwali - pochwalił go Mallory. Spojrzał na Reynoldsa i Grovesa. -
Potrzebujemy jeszcze dwóch kucy. Osiodłajcie je, dobrze?
Sierżanci wyszli. Pod czujnymi lufami pistoletów Mallory ego i Millera Andrea [ Pobierz całość w formacie PDF ]