[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Hartman spojrzał na Sarah, siedzącą po prawej stronie Johna.
- Co to było, pani Rourke?
- Myślę, że Natalii chodzi o operację, w której brałam udział podczas powstania.
Aresztowano wtedy wielu mężczyzn z ruchu oporu. Część kobiet znajdowała się wówczas na
przybrzeżnych wyspach. Tego dnia szalała burza. Zorganizowałyśmy grupę, która opanowała
więzienie. Udało nam się wówczas ocalić tych mężczyzn na chwilę przed egzekucją. Nie
ponieśliśmy strat. Chodzi o to, że czasem nie wystarczą racjonalne działania. Potrzeba
odrobiny szaleństwa, żeby zrobić to, co w danej chwili konieczne. I to pomaga utrzymać
nerwy na wodzy.
John objął żonę ramieniem. Wolfgang Mann zaczął się śmiać. Akiro Kurinami
powiedział:
- W Japonii krążyły legendy o samurajach. Porywali się z motyką na słońce i
zwyciężali.
- Musimy wziąć pod uwagę obie strony medalu - odezwała się Elaine Halwerson. - To
jest przede wszystkim walka o wolność. Nic nowego dla ludzi mojego koloni. Wolność
ciężko jest zdobyć. Mam nadzieję, panie pułkowniku, panie Hartman, że wy swoją
wywalczycie. A wtedy i my zdobędziemy naszą. Wspaniale byłoby żyć w świecie, gdzie
wszyscy ludzie mogą cieszyć się wolnością, gdzie nie ma ani tyranów, ani niewolników.
Stary świat umarł pięć wieków temu. Nie możemy pozwolić, żeby historia się powtórzyła.
- Amen - zakończył Sarah.
Rourke pomyślał o wyższości ogniska nad kuchenką. Nie było płomienia, do którego
mógłby wrzucić niedopałek cygara.
Ludzie Manna ustawili osobny namiot dla Johna i Sarah. Rourke'a ogarnęło dziwne
uczucie. Miał wrażenie, jakby w ten sposób zdradzał Natalię.
Od ostatniej wojny nie spędził nocy ze swoja żoną. Teraz leżeli obok siebie na
dmuchanych materacach. John wpatrywał się w sufit. Słyszał oddech Sarah.
- John...
- Tak?
- Cokolwiek się zdarzy, cieszę się, że jestem z tobą.
- Ja też się cieszę - odpowiedział.
- Chyba wreszcie zrozumiałam, dlaczego tak postąpiłeś z dziećmi. Ciągle nie umiem
się z tym pogodzić, ale to stwarzało im szansę przeżycia. Gdyby  Eden nie powrócił...
- Zrobiłem to, co uważałem za słuszne i konieczne.
- John, dlaczego... Dlaczego ty i Natalia nigdy...
- Nigdy się nie kochaliśmy? - Uhm.
- Jesteś moją żoną, Sarah. Nie wiedziałem, czy cię kiedykolwiek odnajdę, ale dopóki
istniała najmniejsza szansa, że żyjesz, to nie byłoby w porządku. A teraz... Też nie czułbym
się z tym dobrze. Trzeba być w porządku wobec siebie.
- Czy nadal... Czy nadal pragniesz mnie choć trochę? John patrzył w górę.
- Mój problem polega na tym, że od samego początku kocham was obie. Sama to
powiedziałaś. Pragnę cię... Ale skłamałbym mówiąc, że nie pragnę Natalii. Natomiast nie
podoba mi się pomysł...
- ...posiadania dwóch żon - dopowiedziała Sarah. -Właśnie.
Sarah wybuchnęła śmiechem.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie kochaliśmy się od pięciu wieków?
John przysunął się do niej bliżej i objął ramieniem.
- To szaleństwo. Urodziliśmy się w dwudziestym wieku, a teraz jest dwudziesty piąty.
Nie trzeba o tym myśleć.
W ciemności nie mógł dostrzec jej twarzy.
- Udawajmy, John - wyszeptała. Czuł oddech Sarah, jej palce wplątane we włosy na
jego piersi. - Udawajmy, że nic się nigdy nie wydarzyło.
Przyciągnął żonę do siebie, pochylając się nad jej ciałem. Nawet jako chłopiec nie
potrafił udawać. Rzadko umiał utożsamić się z bohaterami dziecięcych książek.
Ale teraz - teraz było rzeczywiście tak, jakby nigdy nie nastała Noc Wojny. Przycisnął
usta do ust Sarah. Jego ręka wśliznęła się pod koc, napotykając ciało żony. Okrywała je
cienka koszulka. Uniósł tkaninę. Najpierw dłoń, a potem usta odnalazły piesi. Wykarmiła
nimi dwoje dzieci. On sam także kosztował jej mleka. Pieścił Sarah, na nowo poznając jej
ciało. Ręka kobiety błądziła wokół zamka jego spodni. John czuł narastające pożądanie.
Nakrył ją swoim ciałem, wsuwając się między jej rozchylone uda. Nie było już miejsca na
pozory.
ROZDZIAA XVIII
Przybycie myśliwców z Podziemnego Miasta uchroniło ich od zguby. Na szczęście
wyruszyły, by połączyć się z Karamazowem, natychmiast po otrzymaniu wiadomości o
wstrzymaniu działań przeciw dzikim plemionom Europy.
Dzięki eskadrom odrzutowców udało się przemienić klęskę w zwycięstwo, niestety,
kosztowne. Osiem helikopterów zostało kompletnie zniszczonych, trzy inne wymagały
poważnych napraw. Ekipy techniczne pracowały bez wytchnienia. Karamazow spojrzał na
zegarek. Druga rano.
W walce straciły życie lub odniosły ciężkie obrażenia sześćdziesiąt trzy osoby.
Mechanicy naprawiali właśnie jeden z odrzutowców, który został lekko uszkodzony.
Zdołano nie tylko odeprzeć nazistów, ale i zadać im znaczne straty. Według
szacunków Karamazowa zniszczono dziewięć helikopterów i dwanaście tankietek. Straty w
ludziach pułkownik oceniał na około dwadzieścia procent
Doniesienia o stratach nazistów nie poprawiały mu humoru. Mimo wszystko czuł się
rozgoryczony. I właśnie wtedy otrzymał zaszyfrowany raport Antonowicza o odnalezieniu
głównej kwatery nazistów w równikowych lasach Argentyny.
Władymir Karamazow przemierzał obóz wzdłuż i wszerz. Miał już sprecyzowane
plany. Niedługo przybędzie Krakowski. Ale nie będzie czekał na jego helikoptery i piechotę.
Odwołał odrzutowce ścigające Niemców. Rozkazał Antonowiczowi przygotować
lądowiska do przerzutu żołnierzy i tankowania paliwa.
Karamazow zatrzymał się obok skleconego naprędce hangaru, gdzie naprawiano
helikoptery. Ludzie pracowali wydajnie . Był z nich dumny.
Gdy zdobędzie kwaterę główną nazistów w Argentynie, powróci do Georgii. I do
 Projektu Eden . Nie zostanie po nim nawet ślad.
Raz jeszcze pułkownik popatrzył na zegarek. Ekipy techniczne nie skończą przed
świtem. Zaraz potem odbędzie się szybki pogrzeb poległych. A potem...
Zwycięstwem należy się rozkoszować. Władymir Karamazow chciał raz jeszcze
poczuć jego smak.
ROZDZIAA XIX
- Nie ma go?!
- Nie, Helmut
- Więc gdzie jest? - Helmut Sturm patrzył twardo na sturmbanfuhrera Axela Kleista,
nie zważając na to, że rozmawia ze starszym rangą oficerem.
Był brudny, zniechęcony i zmęczony, a musiał jeszcze wystosować listy
kondolencyjne do rodzin poległych.
- Standartenfuhrer Mann - Kleist starał się ukryć zmieszanie - był zmuszony powrócić
do Nowej Ojczyzny.
Sturm zapalił papierosa, wpatrując się w swoje zabłocone buty. Po drodze musieli
zatrzymać się w jakiejś dziurze w Luizjanie, żeby opatrzyć rannych.
- Dlaczego, henr sturmbannfuhrer?
- Te sprawy nie dotyczą młodszych oficerów. Nie muszę panu o tym przypominać,
herr hauptsturmfuhrer.
Helmut Sturm oderwał wzrok od butów i rozejrzał się po obozie. Zniknęło dwanaście
maszyn i cała kompania ludzi. Dalsze dwadzieścia cztery helikoptery szykowały się do
odlotu.
- I potrzebny był mu cały legion?
- Helmut, standartenfuhrer wie, co robi.
- Sowieci nie zaatakują teraz Complexu. Nie są jeszcze przygotowani. A ci
Amerykanie? Na swoich przedpotopowych promach kosmicznych? To śmieszne! Jest tylko
jeden powód, dla którego Standartenfuhrer pozwoliłby wrócić takiej liczbie ludzi do Nowej
Ojczyzny. [ Pobierz całość w formacie PDF ]