[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ludzkie kości; Jerry rozpoznał je węchem, uświadamiając sobie, czym są  symbolem nicości życia.
Czaszek nie znalazł, albowiem czaszki, należące niegdyś do tych rozrzuconych kości, zdobiły teraz
chaty czarowników w położonych na wyżynie puszczańskich wioskach.
Słona woń morza uradowała jego nozdrza, prychnął też z zadowolenia czując odór moczarów
porosłych mangrowcami. Ale  niczym nowy Robinson, natrafiający na ślad stopy Piętaszka 
drgnął jakby tknięty iskrą elektryczną, kiedy nos, a nie oczy, powiedział mu, że ziemi dotykała tu
niedawno stopa człowieka. Stopa ta należała do Murzyna, ale była żywa, bliska; kiedy zaś przeszedł
po. tropie kilkanaście jardów, natrafił na ślad innej stopy, tym razem niewątpliwie stopy białego
człowieka.
Gdyby w pobliżu znajdował się jakiś widz, pomyślałby, że Jerry nagle oszalał. Począł biegać
opętańczo tu i tam, zawracać, kręcić się w kółko z nosem to przy ziemi, to znowu w powietrzu,
skomlał zapamiętale, raptownie dawał susa pod prostym kątem w bok, gdy dolatywał go nowy wiatr,
skakał tam i sam, jak gdyby grając w berka z niewidzialnym towarzyszem zabawy.
Ale przez cały ten czas odczytywał dokładne sprawozdanie, które liczni ludzie wypisali na ziemi.
Dowiedział się, że był tu biały człowiek i wielu czarnych. Tam Murzyn wdrapał się na palmę
kokosową i postrącał orzechy. wdzie obrano drzewo bananowe z kiści owoców, a dalej widniały
ślady świadczące, że to samo przydarzyło się drzewu chlebowemu. Ale jedna rzecz go zaskoczyła:
nowy dlań zapach, który nie pochodził ani od czarnego, ani od białego. Gdyby Jerry posiadał
niezbędną wiedzę i zdolność obserwacji, zauważyłby, że ów trop był mniejszy od męskiej stopy, a
ślady palców różniły się od tych, jakie pozostawiały Murzynki, gdyż były nie tak szeroko rozstawione
i płyciej odciśnięte na ziemi. W węszeniu przeszkadzała mu nieznajomość talku. Drażnił on
wprawdzie nozdrza, ale Jerry nigdy nie spotkał podobnego zapachu, odkąd po raz pierwszy w życiu
zwietrzył ślady stóp. Oprócz niego wyczuwał jeszcze inne, słabsze wonie, równie dlań obce.
Ale niedługo zastanawiał się nad tą tajemnicą. Zwęszył przecie trop białego człowieka i wskroś
wikłaniny wszystkich innych śladów pobiegł za nim jednym poprzez lukę w nadbrzeżnym wale aż na
zmielony przez morze, obmywany falami piasek koralowy. Tutaj zbiegały się najświeższe ślady
wielu stóp, w miejscu, gdzie dziób łodzi wspierał się na piasku i gdzie ludzie wysiedli z niej, a
potem wsiedli na powrót. Węchem odczytał cały przebieg wydarzeń, a potem stanąwszy przednimi
łapami w wodzie, tak że sięgała mu barków, popatrzył na lagunę, w której gubił się trop.
Gdyby zjawił się o pół godziny wcześniej, zobaczyłby mknącą po spokojnej wodzie łódz bez
wioseł, napędzaną benzyną. Teraz ujrzał tylko drugi  Arangi". Co prawda był on znacznie większy
niż tamten, którego Jerry znał, ale był również biały, długi, z masztami, i unosił się na powierzchni
morza. Miał trzy wystrzelające w niebo maszty, wszystkie tej samej wysokości; jednakże Jerry nie
posiadał na tyle wyrobionego oka, by zauważyć różnicę między nimi a wysokim i niskim masztem
 Arangi". Jedynym znanym mu światem nawodnym był biało malowany  Arangi". A ponieważ bez
najmniejszej wątpliwości miał teraz przed sobą  Arangi", więc też na pokładzie winien był
znajdować się jego ukochany Kapitan. Jeżeli mogły zmartwychwstawać  Arangi", to mogli
zmartwychwstawać i Kapitanowie. Toteż w bezwzględnym przeświadczeniu, że na pokładzie biało
malowanego, nawodnego świata zastanie ową unicestwioną głowę, którą widział na kolanach
Basztiego, znów połączoną z tułowiem i dwiema nogami, Jerry pobrodził głębiej i rzucił się śmiało
wpław.
Było to ogromne zuchwalstwo, albowiem puszczając się na wodę łamał jedno z największych i
najdawniej poznanych tabu, W swoim słowniku nie miał określenia na  krokodyla", lecz w jego
myślach, równie wyraznie jak wszelkie dające się wypowiedzieć słowa, trwał obraz straszliwy 
obraz pływającej kłody, która kłodą nie była, która żyła, umiała pływać po powierzchni, pełzać po
lądzie, miała potężne kły, ogromną paszczekę i groziła niechybną śmiercią psu, który znalazł się w
wodzie.
Miano to dalej nieulękłe łamał tabu. W przeciwieństwie do człowieka, który może jednocześnie
doświadczać dwóch różnych stanów ducha i który płynąc czułby zarazem strach i wielką odwagę,
pozwalającą mu ten strach pokonać  Jerry płynąc myślał tylko o jednym, a mianowicie o tym, że
płynie do  Arangi" i do Kapitana. Zanim po raz pierwszy zagarnął wodę łapami i utracił grunt,
uprzytomnił sobie całą straszliwość owego tabu, które świadomie łamał. Ale kiedy już puścił się
wpław, powziął decyzję i obrał linię najmniejszego oporu  opanowała go tylko jedna myśl, jedno
uczucie: że płynie do Kapitana.
Choć nie był doświadczonym pływakiem, płynął ze wszystkich sił, zawodząc cichym skomleniem
pieśń żarliwej miłości do Kapitana, który niezawodnie musiał znajdować się na białym jachcie
stojącym o pół mili. Ta cicha pieśń miłości, stopionej z dojmującym niepokojem, dotarła do uszu
mężczyzny i kobiety, którzy odpoczywali na leżakach pod markizą. Bystrooka kobieta pierwsza
dostrzegła złotą głowę Jerry'ego i obwieściła to krzykiem.
 Każ spuścić szalupę, Panie Mężu  powiedziała.  Tam płynie jakiś psiak. Nie dajmy mu
utonąć.
 Psy tak łatwo nie toną  brzmiała odpowiedz  Pana Męża".  Da sobie doskonale radę. Ale
co, u diaska, może tu robić pies?...  Podniósł do oczu lornetkę i patrzał chwilę.  I to pies białego
człowieka na dobitkę I
Jerry zagarniał wodę łapami i wciąż posuwał się naprzód, wpatrując się usilnie w rosnący jacht,
gdy wtem wyczuł bliskie niebezpieczeństwo. Poraziło go tabu. Podpływała doń owa kłoda, która [ Pobierz całość w formacie PDF ]