[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- I myśli pan, że lecieli do nas przez cały ten czas? - spytał z podejrzliwym
zainteresowaniem. - Młodo wyglądają, jak na te tysiące lat.
- No, ewentualnie Zredniowiecze - zreflektował się historyk. - Jednak rok to rok, z tym się
zgadzam... Ale przelecieć mogli w ciągu jednej sekundy!
- Wydaje mi się, że pan przesadza. Schodzili do lądowania ładne parę minut.
- Do lądowania tak, to już w naszej atmosferze. Ale odległość od siebie mogli przebyć na
zasadzie przemiany energii w materię i odwrotnie...
Sekretarza redakcji płomienne, acz nieco mętne wypowiedzi historyka zainteresowały do
głębi trzewi. Prawie poczuł emocje w śledzionie, a już jego przysadka mózgowa zgoła strzeliła
iskrami. Otworzył usta, żeby zadać tysiące pytań równocześnie, wchłonąć w siebie obce, a tak
bliskie mu poglądy, ale w tym momencie dotarł do niego fotoreporter, chwycił za łokieć i
odciągnął na ubocze.
- Jadą prawdziwi naukowcy! - wysyczał mu w ucho. - Wysłani przez brzmwtysm...
Podobno na siłę. Cynk poszedł z ambasady...
Sekretarz redakcji wzdrygnął się silnie i po raz pierwszy przyszła mu do głowy myśl o
reperkusjach politycznych. Jego rozognione wnętrze poczuło jakiś mrozny powiew. Zawahał się,
bo z jednej strony dzika namiętność nie chciała opuścić stanowiska, z drugiej zaś realna grozba
zaryczała mu nad głową posępnym głosem. Mignęła mu jeszcze krótka ponętna wizja ucieczki, w
razie czego, przez zieloną granicę, ale niedostateczna znajomość języków obcych zgasiła ją w
zarodku. Dogadać się mógł, pisać wykluczone, a ostatecznie był dziennikarzem i nie miał chęci
zmieniać zawodu. Z głębokim żalem zrezygnował z historyka, zawistnie spoglądając na
architekta, człowieka o profesji międzynarodowej, który na języki obce mógł pluć i kichać.
- Skąd wiesz? - spytał szeptem.
- Twój człowiek doniósł. Ten miejscowy z krótkofalówką, to fakt, trąbi jak gigantofon,
chłopak przed chwilą się dogadał...
Sekretarza redakcji ogarnęła determinacja.
- Dobra, to tym bardziej... Niech startują. Nagrać, ile się da, z biglem!
Fotoreporter zrozumiał jego uczucia. Kiwnął głową i znów ruszył w tłum.
- ...a ja bym chciał zobaczyć, jak to wygląda gołe - upierał się hydraulik z budowy. -
Przecież w te całe podróż poleciały chyba ubrane, nie?
- Myślisz, że wzięli jaką babę? - zaciekawił się cieśla.
- A kto ich tam wie? Może wszystkie są baby?
- Iiiii - skrzywił się stojący obok nich pomocnik kominiarza. - To co z nimi gadać...?
Hydraulik miał przy sobie nożyce do cięcia stali. Po krótkiej naradzie z cieślą i przybyłym
właśnie betoniarzem zdecydował się na dokonanie próby. Podkraść się do któregoś i ciachnąć,
diabli ich wiedzą, co mają na sobie, ale nożyce to wykażą. Albo się opsną, albo złapią.
- I wtenczas wyjdzie na jaw. Coś tam się w środku pokaże...
- A jak taki nadcięty zdechnie? - zaniepokoił się pomocnik kominiarza.
- E tam, zdechnie! Jak poleciały na wycieczkę, znaczy mają twarde zdrowie. Byle z
daleka od autobusu, bo faktycznie to powietrze z rury może ich zadusić...
Podsłuchujący i nagrywający naradę sekretarz redakcji poczuł, że zaczyna być
kłopotliwie. Społeczeństwo przystosowało się do sytuacji i wykazywało nadmiar inicjatywy,
musiał temu jakoś przeciwdziałać. Zarazem tkwiły w nim wypowiedzi historyka, może dziwne,
ale otwierające jakby nowe horyzonty, chciał się tym zająć, równocześnie musiał tu trzymać rękę
na pulsie. Przejawy inwencji narodu dobiegały go ze wszystkich stron.
- ...przydział! - szeptał w napięciu badylarz spod Grójca, który akurat przyjechał tu do
kuzyna po eternit, uzyskany na pokrycie podpalonej obory. - Jakby tak na ten przykład u nas
zostali, przydziały muszą dostać, nie? Na materiały budowlane jak leci, nie? Przecie w tej
gablocie mieszkać nie będą, nie...? - A co ten kierownik lubilera tak się tam przymierza? - pytała
głośno i podejrzliwie jakaś baba obok. - Już za handel się bierze? O, jak to ręcamy majta...
Kierownik sklepu jubilerskiego rozpaczliwie usiłował skłonić swojego szwagra do
podejścia bliżej ku satyrykowi i otwarcia przed nim dłoni. Szwagier bał się panicznie zarówno
istoty z obcej planety, jak i własnych rodaków. Czynił niepewne wypady ku istocie i wracał w
tłum. Satyryk na wszelki wypadek obrócił w jego stronę gruszkę do lewatywy, co jeszcze
bardziej utrudniło porozumienie.
Pragnienie wiedzy kwitło i objawiało się niepokojąco. Praktykant ze spółdzielni
ślusarskiej pertraktował z chłopem na wozie.
- E! Panie furman! Podjedz pan bliżej, niech zobaczą żywe stworzenie!
- Ale...! - zaprotestował chłop. - Jeszcze mi znowuż konie spłoszą!
- Jakie tam spłoszą, pan widzisz, że niemrawe. No podjedz pan, podjedz, chociaż z
kawałek!
Zgromadzone wokół towarzystwo poparło go żywo. Po krótkim wahaniu chłop ruszył
końmi. Z tupotem kopyt wjechał w głąb rynku i zbliżył się do zaziemskiego pojazdu.
Istoty okazały niezdecydowanie. Oręż na ziemi zaklekotał krótko i umilkł, srebrzysty drąg
uniósł się i opadł, bez błysków i furkotania.
- %7ładne takie - mówił gorączkowo satyryk do pilota. - Niech Bóg broni, koniom nie damy
rady, jak się spłoszą, rozniosą wszystko. Z końmi łagodnie...
- Wjedzie mi ten kmiot w helikopter...
- To w ostatniej chwili, ale jakoś tak, żeby poszły w bok...
- Patrz pan, jakie mało strachliwe - dziwiła się ekspedientka sklepu mięsnego, w którym
personel już dawno nie miał nic do roboty na skutek całkowitego braku towaru. - Nie uciekły,
tylko się gapią.
- Przecie konie to nie tygrysy!
- Hej, a jakby im kota pokazać...? Niech kto złapie kota!
Chłop na wozie nie zamierzał szarżować na obcych przybyszów. Podjechał ostrożnie i nie
za blisko, konie okazały całkowitą obojętność. Postał chwilę, po czym na wszelki wypadek znów
ruszył i oddalił się w kierunku drugiego końca rynku.
Kontakt zaziemskich istot z końmi rozczarował widzów, nikt nie zareagował atrakcyjnie,
ani istoty, ani zaprzęg. Dwóch młodzieńców skoczyło w zakamarki w poszukiwaniu innej
zwierzyny.
- ...aby ruskie nie wjechały - mówił z troską dyżurny mechanik PKS. - Nie daj Boże,
czołgami ruszą, co by tu zrobić, żeby tym patafianom powiedzieć, jaki u nas ustrój...
- Jaką mapę im pokazać - podsuwał kierownik stacji benzynowej. - To nie ma siły, na
mapach muszą się znać. Drogową najlepiej...
- A masz?
- Mam, ale całkiem poszarpaną.
- To niechby chociaż powiatu. W Radzie Narodowej powinna być.
- A tam, powiatu, tu Europa potrzebna! I Azja...
Koty w Garwolinie nie stanowiły stworzeń egzotycznych, łatwo było je znalezć. Dwaj [ Pobierz całość w formacie PDF ]