[ Pobierz całość w formacie PDF ]

czerwonymi klonami i dereniami. Ziemia pokryta
była wyschniętym igliwiem oraz szeleszczącymi
pod stopami liśćmi. Odgłosy jej kroków wypłoszyły
zająca i kilka wiewiórek, które błyskawicznie uciek-
ły. Z konaru tuż nad jej głową rozległo się skrzecze-
nie kruka. Przez moment zdawało jej się, że ptaszys-
ko ostrzega ją, by nie zapuszczała się w głąb lasu.
Wpadam w paranoję, pomyślała z dezaprobatą.
Nic dziwnego, wydarzenia ostatniego tygodnia mu-
siały odcisnąć na niej swoje piętno. Powinna jednak
starać się zachować spokój, by wreszcie powrócić do
równowagi. Znajdowała się w lesie, otoczona pięk-
nymi drzewami i zwierzętami  cóż mogło jej się
stać? Zwłaszcza że do domu Connera miała zaled-
wie kilkadziesiąt metrów.
Uspokojona, kontynuowała wędrówkę. Była tak
zatopiona w myślach, że nie bardzo wiedziała, co się
wokół niej dzieje. Już tęskniła za Connerem, choć
jeszcze się nie rozstali. Zdawała sobie jednak spra-
wę, że najprawdopodobniej więcej go nie zobaczy.
Zdecydowała, że nie wyzna mu swoich uczuć, bo
wyglądałoby to tak, jakby w ostatniej chwili próbo-
wała wywrzeć na niego presję. Była wdzięczna
losowi za tych kilka dni, które spędzili razem, lecz to
musiało jej wystarczyć. Bądz co bądz, skoro własna
Cienie przeszłości 111
matka jej nie chciała, czemu ktokolwiek inny miał-
by ją zechcieć?
Zatrzymała się. Powinna wreszcie przestać myś-
leć w taki sposób o sobie! Nie była przecież już
dawną, przerażoną i nieśmiałą Jessicą. Wreszcie
zaczęła się czuć jak dorosła kobieta, świadoma
swych potrzeb i pragnień, gotowa dążyć do ich
spełnienia. Pragnęła i potrzebowała Connera Hayde-
na. Jeśli mu się do tego przyzna, musi liczyć się
z odrzuceniem, lecz jeśli tego nie uczyni, straci
jedyną w swym życiu szansę na szczęśliwy, udany
związek. Na związek, który począł się z prawdziwej
miłości i dla tej miłości będzie trwać przez jak
najdłuższe lata. Tyle miała do zyskania. A do
stracenia  wszystko. Muszę więc zaryzykować,
powiedziała sobie w duchu.
 No, no, co za niespodzianka. Mała Jessica
Lewis. Jak ty wydoroślałaś.
Zaskoczona, odwróciła się w kierunku, z którego
dobiegł ją piskliwy damski głos. Parę metrów za nią
stała jakaś kobieta.
 Nie poznajesz mnie, prawda?  zapytała zjad-
liwym tonem nieznajoma.
Jessica wpatrywała się intensywnie w jej twarz,
próbując dociec, dlaczego mgliście kogoś jej przypo-
mina. Kobieta była drobna, miała ładne, sięgające
ramion jasne włosy, na głowie zaś kapelusz, idealnie
dobrany kolorystycznie do długiego futra z norek.
Dłonie miała schowane w kieszeniach.
 Nie, nie poznaję pani  przyznała w końcu.
 A powinnam?
112 Joanna Wayne
 Powinnaś. Zwłaszcza że dobrałaś się do moje-
go męża.
Do jej męża. Jessica poczuła, jak krew jej odpływa
z twarzy. Nic dziwnego, że Conner nie wspomniał
nic o dalszym podtrzymywaniu znajomości, a tym
bardziej nie poprosił, by z nim została. Był żonaty.
Ona zaś okazała się skończoną idiotką.
 Nie wiedziałam... Nie wspomniał, że ma żonę.
 Daj spokój, Jessico. Może udało ci się nabrać
Connera i szeryfa na tę piękną buzkę, ale ze mną tak
łatwo ci nie pójdzie. Zawsze były z tobą kłopoty.
Z tobą i tymi dwiema paskudnymi dziewczynami,
z którymi się prowadzałaś w sierocińcu.
 Skąd pani zna moją przeszłość?
 Wiem o tobie wszystko. Także to, że specjalnie
uwiodłaś Marcusa, żeby się na mnie odegrać.
 Marcusa?
 Tak, Marcusa. Mojego męża, a twojego ko-
chanka.
Jessica odetchnęła z ulgą. A więc Conner jej nie
okłamał. To nie była jego żona.
 Pani Hayden... Sheila Hayden, prawda?
 Ale domyślna... Prawdziwy okaz bystrości
 zadrwiła... i nagle wyjęła z kieszeni dłoń, w której
trzymała mały, srebrzysty pistolet. Krótką lufę
wycelowała prosto w serce Jessiki.
Ogarnęło ją przerażenie. Czuła, jak dreszcz bieg-
nie jej po plecach. Musiała czym prędzej wytłuma-
czyć Sheili, że popełniła błąd.
 Pani mnie z kimś myli. Nie miałam romansu
z pani mężem.
Cienie przeszłości 113
 Aha, nie miałaś... To jakim cudem byliście
w jednym hotelu? I jakim cudem znalazł sie w two-
im pokoju, gdzie został zamordowany?
 Przypadkiem spotkałam go w barze. Nie wi-
działam go od czasu, gdy opuściłam sierociniec.
Rozmawialiśmy trochę, ale przysięgam, że nie mia-
łam pojęcia, kim jest.
 Pojechał do hotelu, żeby się z tobą spotkać.
Mam ten czuły liścik, który mu wysłałaś. Nie
przyszło ci jednak do głowy, że też się tam zjawię.
Ani tobie, ani Marcusowi.
 Nie wysłałam mu żadnego listu. Musi mi pani
uwierzyć. To nie ja go zabiłam.
 Oczywiście, że nie ty. Czemu miałabyś to
zrobić? To nie od ciebie chciał odejść.
Sheila roześmiała się głośno, jakby opowiedziała
właśnie najlepszy dowcip. Wjej śmiechu pobrzmie-
wała nuta szaleństwa. Jessica przeraziła się jeszcze
bardziej. Z osobą normalną, choćby najbardziej
zdesperowaną, miałaby szansę się porozumieć, ale
tak...
 A więc to pani zabiła Marcusa, prawda? Bar-
man był niewinny...
 Marcus chciał się ze mną rozwieść. Po tym, co
przez te wszystkie lata dla niego zrobiłam, po tych
niezliczonych skokach w bok, na które przymyka-
łam oko... I dla kogo chciał mnie zostawić? Dla
takiego marnego śmiecia jak ty? Zasłużył na śmierć.
Tak samo jak ty.
Przerażenie dławiło Jessicę w gardle. Ledwie
mogła oddychać, a co dopiero wołać o pomoc.
114 Joanna Wayne
Absurdalna pomyłka mogła pozbawić ją życia, które
tak naprawdę dopiero się dla niej zaczęło. Przed
oczami miała wycelowany w siebie pistolet, wystar-
czyło, że Sheila drżącym palcem pociągnie za
spust...
Nie wiedziała, co robić. Krzyk mógłby zdziałać
więcej złego niż dobrego. Connera wciąż nie było
w domu, więc nikt by jej nie usłyszał. Wdodatku
mogłaby w ten sposób wystraszyć Sheilę, a ta
odruchowo nacisnąć spust...
Pod wpływem impulsu puściła się biegiem przed
siebie, klucząc między drzewami, byle tylko
umknąć śmierci.
Z tyłu dobiegł ją odgłos wystrzału, który za-
brzmiał donośnie w ciszy chłodnego poranka. Kolej-
ny strzał. I jeszcze jeden. Biegła dalej, nie za-
trzymując się, pędząc ku życiu. Jeden z pocisków
trafił w drzewo, które właśnie mijała. Odłamki kory
prysnęły jej w twarz. Przyspieszyła kroku. Poszycie
leśne było gęstsze, przez co biegło jej się coraz
trudniej. Naraz but utknął jej w grząskiej ziemi. Nie
chcąc tracić czasu, wysunęła zeń stopę i pobiegła
dalej boso. Gałęzie, szyszki i kolczaste krzewinki
raniły ją niemiłosiernie. Zacisnęła zęby. Niemal
straciła oddech, postanowiła więc na moment za-
trzymać się i odpocząć. Oparła się o drzewo, by nie
upaść. Nie minęło jednak kilkanaście sekund, nim
dał się słyszeć jeszcze jeden strzał. Rzuciła się przed
siebie, ale bosa stopa utkwiła w dziurze. Ból w wy-
kręconej kostce był tak nieznośny, że upadła na
kolana. Siłą woli powstrzymała głośny jęk. Niepo-
Cienie przeszłości 115
trzebnie, bo Sheila i tak już ją znalazła. Po chwili
stała nad nią, z pistoletem wycelowanym w sam
środek jej czoła.
Jessica zdawała sobie sprawę, że już nic nie
uchroni jej od śmierci, więc postanowiła przynaj-
mniej pozbyć się ciężaru, który nosiła w sercu przez
tyle lat. Usiadła z trudem.
 To nie ja miałam romans z Marcusem i to nie ja
zabiłam tamto dziecko. Sama jeszcze byłam wtedy
dzieckiem, a pani zrzuciła winę na mnie. Chciała [ Pobierz całość w formacie PDF ]