[ Pobierz całość w formacie PDF ]

snu, wreszcie o życie.
Zamknęła oczy i pomyślała o guzie w mózgu. Mogła go wyczuć,
naciskając pewne miejsce w czaszce. Modliła się o wyzdrowienie i
Bóg ją wysłuchał. Tyle w życiu otrzymała, czemu nie miałaby dostać
jeszcze tego jednego? Chętnie oddałaby swoje zdrowie za to, by Will
uratował jej syna. %7łycie Mike'a za swoje życie.
Teraz już miała pewność, że skoro Bóg oddał jej Mike'a wtedy w
120
Bostonie, teraz też odda. Otworzyła oczy, głęboko odetchnęła i
spojrzała na staw. To musi się stać. Bóg nie może odebrać jej
ukochanego dziecka.
Snow wciąż płakała.
- Wszystko będzie dobrze, Snow - szepnęła.
- Och! To trwa zbyt długo.
- Zaczekaj - powiedziała, czując, jak wraca jej nadzieja i tęsknota
za tym, co wkrótce ją czeka.
Powierzchnia wody zafalowała i ukazała się najpierw jedna
głowa, potem druga. Will i Mike, spleceni w uścisku, oddychali
spazmatycznie, chwytając powietrze w płuca z siłą wielorybów. Will
torował drogę do brzegu, rozbijając lód potężnymi uderzeniami pięści.
- Tato! -wrzasnęła Snow. -Och, tato!
Will i Mike, mokrzy, ociekający wodą, z włosami, które
natychmiast zaczęły zamarzać, zwalili się na śnieg. Mike pluł wodą,
krztusząc się i gwałtownie chwytając powietrze. Will pociągnął go
dalej, na bezpieczniejszy grunt, gdy tymczasem Snow starała się
odpiąć mu rakiety.
- Uratowałem go - powiedział Will, patrząc Sarze w oczy.
Policzki błyszczały mu od lodu, a może od łez.
Sara przykucnęła, pocałowała najpierw syna, potem Willa. Mieli
białe twarze i sine wargi. Przycisnęła policzek do ich policzków, teraz
już zupełnie spokojna.
- Uratowałem go dla ciebie - powtórzył Will.
Azy płynęły mu po policzkach.
- Wiem -odparła, patrząc na niego z radością, nieskończoną
wdzięcznością i rodzącym się uczuciem. -Nigdy ci tego nie zapomnę.
W domu ciocia Bess przygotowała gorącą czekoladę, a George
wyjął z dębowej skrzyni ciężkie wełniane koce. Przyniósł je do
kuchni, gdzie przy kominku leżał Mike. Tuż przy nim przycupnęła
Snow.
- Musimy zawiezć go do szpitala -powiedziała Sara.
- Do jakiego szpitala? -warknął George.
- Na kontynencie -odparła.
- Z hipotermią nie ma żartów - dodała drżącym głosem ciocia
121
Bess.
- Podróż statkiem tylko mu zaszkodzi - stwierdził George. Sara
siedziała przy Mike'u i rozcierała lodowato zimne
dłonie syna. Will stał obok niej. Sam był przemarznięty do szpiku
kości, lecz za nic nie zostawiłby jej samej. Praktycznie przez całą
drogę do domu musieli Mike'a nieść. Will powiedział Sarze, że kiedy
do niego dotarł, Mike był bliski utraty przytomności. Młócąc rękami
wodę, trafił Willa w oko.
- Mogę go zawiezć samolotem -zaproponował, starając się
opanować szczękanie zębami.
- Bzdura - odrzekł George i rzucił mu koc. - Musisz się wysuszyć
i ogrzać.
- Nie pod tymi szorstkimi kocami - jęknęła ciocia Bess. -Przynieś
im miękkie ciepłe kołdry.
- Daj spokój, Bess - powiedział George, otulając Mike'a kocami.
-Kołdry są zbyt puszyste, a tu potrzebne są ciężkie wełniane koce,
które zatrzymają ciepło i rozgrzeją ciało. Jak tam, chłopcze?
- Dobrze, dziadku - wykrztusił z trudem Mike. Spojrzał mu w
oczy z taką miłością i oddaniem, że Sarze aż serce się ścisnęło. Tak
patrzył syn na ojca.
- Kochanie -powiedziała, starając się zwrócić jego uwagę. -
Dzięki Bogu jesteś cały i zdrów. Tak bardzo...
- Mamo. -Pokręcił głową. -Już dobrze.
- Pozwólmy chłopcu się rozgrzać -powiedział dziwnie łagodnym
tonem George. -Może byś się zajęła Willem? Niezle oberwał w oko.
- Ale ja... - Urwała, bo nie była w stanie dokończyć zdania.
Poczuła dłonie Willa na ramionach. Jego długie palce były zimne
nawet przez sweter. Podtrzymał ją delikatnie i pomógł wstać. Chciała
wyrazić wzrokiem wdzięczność za uratowanie syna, lecz w sercu czuła
rozpacz. W tej wyjątkowej chwili, kiedy o włos uniknął śmierci, Mike
zwrócił się do jej ojca, a nie do niej.
- Nic mu nie będzie -powiedział Will.
- Dziękuję - powtórzyła po raz kolejny. - Naprawdę jestem ci
wdzięczna.
- Nie ma za co.
- Masz sine wargi - zauważyła.
122
Kiwnął głową i dreszcz wstrząsnął jego ciałem.
Wzięła jeden z leżących na podłodze koców i zarzuciła go
Willowi na ramiona, na wierzch tego, którym okrył go ojciec.
Uśmiechnął się, kiwając z zadowoleniem głową. Sięgnęła po trzeci.
- Lepiej? - spytała.
- Znacznie lepiej.
- Chcesz jeszcze jeden?
Pokręcił przecząco głową. Włosy mu już odtajały, nadal jednak
były mokre. Poszła do pralni, przyniosła stamtąd ręczniki i zabrała się
do wycierania głowy. Musiała stanąć blisko niego, tak że ich nogi i
piersi się stykały. Popatrzyła mu w oczy.
- Cześć - szepnął.
- Cześć - odszepnęła.
Działo się to w obecności innych. Ojciec, Snow i ciocia Bess
krzątali się przy Mike'u, sprawdzając, czy wracają mu kolory,
rozcierając jego dłonie i stopy.
- Masz podbite oko - zauważyła. [ Pobierz całość w formacie PDF ]