[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Panie Joe Fernwright, pomyślał Glimmung, nie zostanie pan?
Nie, pomyślał Joe.
Spacerował zacienionym brzegiem bagna, gdzieś na dzikich pustkowiach planety Plowmana. Od jak dawna tu
jestem? Nie wiedział. Jakiś czas temu był jeszcze we wnętrzu Glimmunga. Teraz, samotny, posuwał się z trudem po
gruncie, a ostry piasek kaleczył mu stopy.
Czy jestem sam, zastanawiał się. Przystanąwszy, spojrzał w mrok w poszukiwaniu jakiejś formy życia.
Podbiegł do niego wielonogi gastropoid.
- Wyszedłem z tobą - oznajmił.
- Ktoś jeszcze? - zapytał Joe. Gastropoid powiedział:
- Wyszliśmy tylko my. Wszyscy inni zostali. Uważam, że to niesamowite, ale tak się stało.
- Mali Yojez też została?
- Tak - stwierdził gastropoid.
89
A więc jednak. Joe czuł na sobie wiekowy ciężar. Najpierw Podniesienie katedry, a teraz utrata Mali. To za wiele.
- Czy wiesz, gdzie jesteśmy - zapytał gastropoi-da. - Nie dam rady iść dalej.
- Ja też nie - odparł gastropoid. - Na północy widać jakieś światło. Mam je na azymucie i zmierzamy w tym
kierunku. Za godzinę powinniśmy być na miejscu, jeśli dobrze obliczyłem naszą szybkość.
- Nie widzę tego światła - powiedział Joe.
- Mam lepszy wzrok niż ty. Zobaczysz je za dwadzieścia minut. Jest bardzo słabe. Pewnie to kolonia spiddlerów.
- Spiddlerów? - zapytał Joe. - Czy przez resztę życia zostaniemy wśród spiddlerów? Czy tak skończymy po
opuszczeniu Glimmunga?
- Możemy się stamtąd udać poduszkowcem do hotelu  Olimpia" - powiedział gastropoid. - Tam znajdziemy swoje
rzeczy i będziemy mogli wracać na nasze planety. Odwaliliśmy kawał dobrej roboty. Zrobiliśmy to, po co nas
wezwano. Powinniśmy się cieszyć.
- Tak - rzekł sucho Joe. - Powinniśmy.
- To była wielka rzecz - upierał się gastropoid. - Widzisz już, że legendy o Fauście nie muszą się sprawdzać w
rzeczywistości, a w dodatku...
- Porozmawiamy o tym - przerwał mu Joe - po dotarciu do hotelu.
Ruszył dalej. W chwilę potem wielonogi stwór ruszył za nim.
- Czy na twojej planecie jest bardzo zle? - zapytał gastropoid. - Ziemia, tak ją nazywacie?
- Na Ziemi - powiedział Joe - jest jak w niebie.
- No to jest zle.
- Tak - oznajmił Joe.
- To może wybierzesz się ze mną - zaproponował gastropoid. - Mogę znalezć ci robotę... jesteś druciarzem, prawda?
- Zgadza się - powiedział Joe.
- Na Betelguezie Dwa mamy dużo ceramiki - rzekł gastropoid. - Twoje usługi byłyby w cenie.
- Mali - powiedział Joe do siebie. Gastropoid usłyszał to.
- Rozumiem. Ale ona nie wyszła. Została z Glim-mungiem. Tak jak inni, bała się powrotu do nieudanego życia.
- Chyba polecę na jej planetę - oznajmił Joe. - Z tego co opowiadała... - na chwilę przestał mówić. - W każdym razie
- kontynuował - będzie tam lepiej niż na Ziemi. - I nadal będę wśród humanoidów, pomyślał. Może spotkam tam
kogoś takiego jak Mali. Przynajmniej mam szansę.
Szli dalej w milczeniu. Szli ku odległej kolonii spiddlerów, którą było już widać na horyzoncie.
- Chyba wiem, na czym polega twój problem - powiedział gastropoid. - Powinieneś zrobić jakiś nowy dzban zamiast
naprawiać stare.
- Ale przecież mój ojciec był druciarzem, nie garncarzem - powiedział Joe.
- Popatrz, na czym polegał sukces Glimmunga. Naśladuj tego, kto swą postawą walczył przeciw Księdze Kalendów i
pokonał ją, pokonując zarazem tyranię przeznaczenia. Bądz twórczy. Pracuj przeciw przeznaczeniu. Spróbuj.
- Spróbuję - powiedział Joe. Nigdy o tym nie myślał.
Nigdy nie chciał robić dzbanów, choć technicznie wiedział jak.
- W warsztacie, który przygotował ci Glimmung - rzekł gastropoid - masz cały niezbędny do tego sprzęt i materiały.
Z twoją wiedzą i zdolnościami powinieneś dać sobie radę.
90
- Okay - przyznał Joe. - Spróbuję.
Stał w nowym, lśniącym warsztacie. Spojrzał na główną ławę, trzy zestawy naprawcze, samoogniskują-ce soczewki,
dziesięć igłowych topników i masę glazur we wszystkich możliwych kolorach i odcieniach. Anty-grawitator. Piec.
Pojemniki z mokrą glinką. I koło garncarskie, napędzane elektrycznie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]