[ Pobierz całość w formacie PDF ]

konie.
- Pański przyjaciel Wenkins powiedział mi, że będzie tu dzisiaj - oświadczył van
Huren.
- O Boże!
Van Huren roześmiał się.
Na padoku Arknold właśnie podsadzał swojego dżokeja.
- Ile waży sztaba złota? - zapytałem.
- Przeciętnie trzydzieści dwa kilo. Ale łatwiej jest podrzucić dżokeja ważącego mniej
więcej tyle samo.
Przy ogrodzeniu stał Dan i uważnie obserwował konie. Kiedy pogalopowały na start,
odwrócił się, zobaczył nas i ruszył w naszą stronę.
- Cześć, Link. Rozglądałem się za panem. Może byśmy się napili piwka?
- Quentinie - powiedziałem (nie dwie godziny, a dziesięć minut!) - to jest Dan
Cavesey, bratanek Nerissy. Dan, pozwoli pan, że przedstawię pana Quentinowi van Huren.
Jego szwagierka, Porcja van Huren, była siostrą Nerissy.
- Coś takiego! - krzyknął Dan i szeroko otworzył oczy. Był naprawdę bardzo
zaskoczony.
- Mój ty Boże - zdumiał się van Huren - a ja nawet nie wiedziałem, że Nerissa ma
bratanka.
- No, bo de facto nie widziała się ze mną od czasu, gdy miałem sześć lat - wyjaśnił
Dan. - Jako dorosły człowiek odwiedziłem ją po raz pierwszy tego lata, kiedy przyjechałem
ze Stanów do Anglii.
Van Huren powiedział, że zaledwie dwa razy w życiu zetknął się z mężem Nerissy, a
jego brata, czyli ojca Dana, w ogóle nie znał. Dan z kolei oświadczył, że nie znał Porcji.
Kiedy koligacje rodzinne zostały ku obopólnemu zadowoleniu rozwikłane, rozmowa
potoczyła się jak wśród starych znajomych.
- Co za zbieg okoliczności - cieszył się Dan. - To naprawdę nadzwyczajne.
Po pierwszej gonitwie Vivi, Sally i Jonatan przyłączyli się do nas. Byli bardzo
ożywieni i głośno rozprawiali, gestykulując i wydając wesołe okrzyki.
- Więc jesteś naszym przyszywanym kuzynem - oświadczyła Sally z entuzjazmem. -
Czy to nie przezabawne?
Nawet Jonatan nieco się rozchmurzył na widok sympatycznego nowego członka
rodziny. Po chwili rodzeństwo oddaliło się wraz z nim. Odchodząc Dan rzucił mi przez ramię
spojrzenie, które wydało mi się dziwnie dojrzałe jak na jego wiek, a w każdym razie
poważniejsze niż najbardziej nawet afektowane miny Jonatana czy Sally.
- Co za sympatyczny młody człowiek - odezwała się Vivi.
- Nerissa bardzo go lubi - potwierdziłem.
- Quentinie - powiedziałem (nie dwie godziny, prosić? Ale zobacz, kto tu jest... Janet
Frankenllots... nie widziałam jej od wieków. Przepraszam pana na chwileczkę, Link... -
Ogromny kapelusz Vivi niemalże pofrunął na spotkanie z przyjaciółką.
Van Huren miał niestety rację, kiedy oświadczył, że Wenkins będzie na wyścigach.
Gdybym powiedział, że szef dystrybucji podszedł do nas w sposób tak naturalny i
bezpośredni, jak Dan, skłamałbym: ruchem kraba zatoczył półkole i potykając się o własne
nogi wylądował wreszcie - cały spocony - u mojego boku.
- Ach to pan... Link... jakże mi miło... hm, czy to pan van Huren? Co za zaszczyt...
hm... proszę pana.
Wyciągnął rękę do van Hurena, a ten - dając tym dowód dobrego wychowania - zdołał
powstrzymać się od wytarcia dłoni o spodnie.
- No cóż... Link... właśnie... próbowałem pana kilka razy złapać, ale jakoś nie mam
szczęścia... to jest, chciałem powiedzieć, że zawsze dzwonię wtedy, kiedy pana nie ma... więc
pomyślałem sobie... to znaczy... no, że chyba pana tutaj zastanę.
Słuchałem go dość niecierpliwie. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął
pospiesznie plik papierów.
- Więc chciałem powiedzieć, że urządziliśmy... to znaczy nasza firma urządziła...
ponieważ zgodził się pan na konferencję prasową... więc, rozumie pan, oni chcieliby, żeby
pan... jak to panu powiedzieć... w przyszłym tygodniu odbędzie się konkurs piękności... w
środę... naMiss Johannesburga... no i we czwartek jest pan honorowym gościem na obiedzie
Klubu Filmowego Pań... w piątek odbędzie się przyjęcie na cel dobroczynny... urządzane
przez tę samą organizację, która patronuje premierze pańskiego filmu... to znaczy przez firmę
Hau-Miau, która produkuje konserwy dla psów i kotów... w ramach ich kampanii
reklamowej...
- Nic z tego - odparłem krótko. Trzymaj się, stary - mówiłem sobie w duchu - nie daj
się ponieść nerwom.
- Widzi pan - powiedział Wenkins zachęcony moją łagodną reakcją. - My... to znaczy
Worldic... myśleliśmy, że... to znaczy uważamy, że powinien pan się zgodzić...
- Czyżby? - Panowałem nad sobą z wielkim wysiłkiem. - Niech mi pan powie, jak pan
myśli, dlaczego nie zgodziłem się na to, żeby Worldic opłacił moje koszty pobytu? Dlaczego
pokrywam wszystko z własnej kieszeni?
Wenkins zasępił się. Firma naciskała na niego z jednej strony, a ja z drugiej. Był
naprawdę bardzo nieszczęśliwy. Wielkie krople potu wystąpiły mu na czoło.
- No tak. - Jąkał się niemiłosiernie. - Rozumiem... ale, widzi pan, wszystkie te
organizacje na pewno... no na pewno... zgodzą się wypłacić panu... no cóż... sumy...
Policzyłem do pięciu. Zacisnąłem mocno powieki. Dwa razy. A kiedy zdawało mi się,
że już panuję nad swoim głosem, powiedziałem:
- Panie Wenkins, niech pan przekaże firmie Worldic, że nie mogę i nie chcę przyjąć
żadnej z tych propozycji. Będę na premierze i na małym przyjęciu albo przedtem, albo potem.
Taka była urnowa i niech tak pozostanie.
- Ale... myśmy już przyrzekli tym wszystkim ludziom, że mogą na pana liczyć.
- Mój agent ostrzegł was jeszcze przed moim przyjazdem, żebyście się w nic nie
angażowali.
- No tak, ale firma...
Niech szlag trafi tę całą twoją firmę, pomyślałem, a powiedziałem tylko:
- Krótko mówiąc, odmawiam.
- Ależ, proszę pana... nie może ich pan... nie może im pan wszystkim zrobić takiego
zawodu... oni zbojkotują pańskie filmy, jeżeli pan im teraz odmówi... przecież... hm...
przecież myśmy się już zobowiązali. [ Pobierz całość w formacie PDF ]