[ Pobierz całość w formacie PDF ]

niecierpliwie machnal reka i zolnierz przyniósl krzeslo. - Podaj goraca kawe.
Przyniesiono kawe i Hasten saczyl ja powoli. Wreszcie odsunal filizanke i opadl na oparcie.
- Mozesz nam teraz powiedziec? - spytal Wood. - Moge.
- To prosze. - Wood usiadl naprzeciwko niego. Rozlegl sie szum magnetofonu, a w miare jak
Hasten mówil, kamera brala jego twarz. - No, smialo, co tam znalazles?
Kiedy skonczyl, zalegla cisza. Nikt ze strazy ani z techników sie nie odezwal. Wood wstal
dygocac na calym ciele.
- Boze, czyli ze zalatwily ich jakies zywe organizmy o wlasciwosciach trujacych. Podejrzewalem
cos takiego. Ale motyle? I to obdarzone inteligencja. Planujace swoje ataki. Prawdopodobnie
bardzo gwaltownie sie rozmnazaly i blyskawicznie przystosowywaly.
- Moze ksiazki i gazety cos wyjasnia.
- Ale skad one sie wziely? Czyzby to byla mutacja którejs z istniejacych form? A moze to
przybysze z innej planety? Albo efekt podrózy kosmicznych. Musimy to jakos wyjasnic.
- One atakowaly tylko ludzi - powiedzial Hasten. Krowy zostawialy w spokoju. Tylko ludzkie
istoty.
- Moze zdolamy je jakos unieszkodliwic. - Wood wlaczyl wideofon. - Zwolamy nadzwyczajna
sesje Rady. Przekazemy im twoja relacje i uwagi. Wdrozymy specjalny program, utworzymy
osrodki na calej planecie. Teraz, kiedy juz wiemy, co to jest, mamy szanse powodzenia. Dzieki
tobie, Hasten, moze nam sie uda je w pore powstrzymac!
Pojawil sie dyzurny operator i Wood dal mu numer Rady. Hasten patrzyl tepo. Wreszcie podniósl
sie i zaczal spacerowac po pokoju. Ramie pulsowalo mu niemilosiernie. Wreszcie wyszedl na
zewnatrz. Kilku zolnierzy z zaciekawieniem ogladalo pojazd. Hasten obserwowal ich z calkowita
obojetnoscia, a w glowie mial pustke.
- Co to jest? - spytal jeden z nich.
- To? - Hasten oprzytomnial, wolno podchodzac do zolnierza. - To wehikul czasu.
- Nie, mnie chodzi o to. - Zolnierz wskazal cos palcem. - Tego nie bylo, kiedy pojazd startowal.
Hastenowi zamarlo serce. Zblizyl sie wytrzeszczajac oczy. Poczatkowo nie widzial nic na
metalowej powloce, poza sladami korozji. Ale po chwili przejal go zimny dreszcz.
Na kadlubie pojazdu siedzialo cos malego, brunatnego i kosmatego. Dotknal tego reka.
Pochewka, sztywna, mala brunatna pochewka. Sucha - sucha i pusta. Nic w niej nie bylo i jeden
koniec miala otwarty. Podniósl wzrok. Cala kule pokrywaly male brunatne pochewki - niektóre
jeszcze pelne, ale wiekszosc juz pusta.
Kokony. [ Pobierz całość w formacie PDF ]