[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Willoughby przestała go zauważać, nie oddalił się, lecz stojąc j w cieniu, obserwował, co
nastąpi.
Claire podkasała spódnicę kostiumu jezdzieckiego i pobiegła do Harry ego. On jednak
przyspieszył konia natychmiast, gdy ją zobaczył, i zeskoczył przed nią na ziemię, choć rumak
jeszcze się nie zatrzymał.
Położył ręce na ramionach Claire, a ona pochyliła się ku niemu. Po rozmowach z
Trevelyanem Harry wydał jej się taki tchnący świeżością, taki nieskomplikowany. Zaraz
jednak skorygowała tę myśl. Harry wcale nie był nieskomplikowany, tylko inny.
 Gdzie byłaś?  Z jego głosu biło szczere zatroskanie.  Nikt nie wiedział, co się z tobą
stało. Martwiłem się o ciebie.  Przyjrzał jej się na odległość wyciągniętego ramienia.  Cała
przemokłaś.
Uśmiechnęła się do niego i otarła policzkiem o jego rękę.
 Nie mogłam zasnąć. Było mi zimno i nabrałam ochoty na przejażdżkę. A potem
spadłam z konia i stłukłam sobie ramię.
Harry ją objął. Zdziwiona przytuliła się do jego ciepłego ciała, a on zacisnął palce na jej
ramieniu. Zagryzła zęby z bólu.
 Chyba nie ma złamania. Myślę, że to tylko stłuczenie.  Pocałował ją w czubek nosa. 
Gdybym wiedział, że masz chęć na przejażdżkę, pojechałbym z tobą.
Wtuliła się w niego jeszcze mocniej.
 Jesteś taki ciepły.  I taki prosty, taki dobry, pomyślała. Całkiem inny niż ten
Trevelyan.
Roześmiał się.
 Zabieram cię z powrotem do domu. Wezwiemy lekarza, żeby obejrzał to ramię, a potem
poleżysz w łóżku do wieczora. Nie chcę, żebyś się przeziębiła.
 Czy będzie można napalić w kominka?
 Dopilnuję, żeby trzaskał ogień. A łóżko przykryjemy mnóstwem koców, żeby tylko
było ci ciepło.
 Harry, kocham cię.
Pochylił się, żeby ją pocałować, ale Claire się odsunęła. Doskonale pamiętała, że są
obserwowani.
Harry zachichotał, podniósł ją i wsadził na grzbiet swojego konia, a potem usiadł za nią.
%7ładne z nieb nie usłyszało kroków Trevelyana, oddalającego się przez las.
3
Z głębokiego snu zbudziło Harry ego ciche pojękiwanie. Z wysiłkiem otworzył oczy.
Pokój był zalany złowieszczym czerwonawym blaskiem, a w nogach jego łoza stał potwor.
Stworzenie miało ze dwa i pół metra wzrostu, było spowite w czerń i miało wyjątkowo
odrażającą mordę.
Półprzytomny Harry usiadł i pochylił się do przodu, żeby lepiej zobaczyć to pojękujące
coś, które wyglądało tak. jakby zostało niedawno zabite i wróciło na ziemię straszyć żywych.
Ziewnął.
 Wujku Cammy, jeśli to ty, wróć lepiej do łóżka, bo spóznisz się na śniadanie.
Na te słowa potwór przestał jęczeć, zszedł ze stołeczka, podszedł do krawędzi łóżka i
zdjął maskę. To zrobiło na Harrym znacznie większe wrażenie niż dotychczasowe
przedstawienie. W jednej chwili się ocknął.
 To ty?  spytał szeptem.  Trevelyan?
Gość odrzucił czarne okrycie i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
 A któż by inny?
Harry oparł się o tapicerowane wezgłowie.
 Nalej mi trochę whisky, dobrze? Karafka stoi tam, na stole.
Trevelyan podszedł do stołu i nalał dwie prawie pełne szklaneczki szkockiej, podał jedną
bratu, a potem usiadł na wielkim, rzezbionym krześle przy łożu.
 I to cale powitanie? Nie spytasz:  Czy to naprawdę ty? Nie będzie zabijania cielca ani
świątecznego pochodu?
Harry pociągnął duży łyk whisky.
 Czy matka wie, że tu jesteś?
Trevelyan wypił całą zawartość szklaneczki i dolał sobie trunku do pełna.
 Nie.  Niejeden człowiek pisał już o jego niezwykle przenikliwym spojrzeniu. To było
najczęstsze wrażenie, jakie  wynosiło się ze spotkania z Trevelyanem. W bardzo ciemnych
oczach miał nie tylko skupienie, lecz również złość.
Harry dopił whisky. Nienawidził burzliwych scen, nienawidził konfliktów, a wiedział, że
powrót brata ze świata umarłych zwiastuje zażartą walkę.
 Powinna wiedzieć  stwierdził, wyciągając przed siebie pustą szklaneczkę.
Trevelyan nie skomentował tej odpowiedzi.
 Nie zamierzam długo tu zostać. Muszę tylko odzyskać siły i już mnie nie ma.
Harry zaczynał pojmować pełne konsekwencje tego, że starszy brat jednak żyje. W
czerwonym blasku lampy patrzył na Trevelyana jak na obcego człowieka. Miał dwa lata, gdy
brata wyrzucono z domu, i potem widział go tylko kilka razy. Określenie  rodzinna czarna
owca byłoby wobec Trevelyana stanowczo nie dość dobitne.
 Naturalnie wiesz, że w tej sytuacji to tobie należy siej książęcy tytuł  wycedził Harry.
Trevelyan parsknął pogardliwie.
 Chyba nie sądzisz, że zamierzam tu osiąść i zarządzać tym piekielnym miejscem, a przy
okazji paroma innymi? Czy w ogóle wiesz, ile właściwie ich jest?
 Cztery  odrzekł szybko Harry, uważniej przyglądając się swojej szklaneczce niż bratu.
Trevelyan zawsze potrafił odgadnąć najbardziej skryte myśli rozmówcy. A jeśli nawet niej
potrafił odgadnąć, to dociekał ich, stawiając bardzo kłopotliwe: pytania. [ Pobierz całość w formacie PDF ]