[ Pobierz całość w formacie PDF ]

odznaczała się bez porównania większą rozmaitością gatunków. Na tych kilku kwadratowych
kilometrach ziemi spotkałem zaledwie trzy czy cztery krzewy znane mi skądinąd, ale za to
niezliczoną moc roślin, nie znachodzących się gdzie indziej. Wszystkie były dziwnie smutne i
skarlałe. Patrząc na nie, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że mam przed sobą resztki pokole-
nia zamarłego i zewsząd wypartego, które się tutaj jakimś cudem ostało jeszcze, świadcząc o
postaci życia na Księżycu przed wielu, wielu wiekami, kiedy tu, gdzie teraz jest morze, były
lądy, a woda zalewała inne okolice.
To samo myślałem, zobaczywszy zwierzęta żyjące na tej dziwnej wyspie. Niewiele ich
było, te jednak, które spotkałem, różniły się również od wszystkich mi znanych. Było coś
starczego i smutnego w ich wyglądzie i zachowaniu się. Gdy przechodziłem, wyłaziły z nor
niedołężne, karłowate potworki i patrzyły na mnie rozumnie i ostrożnie, ale bez obawy. Do-
piero pies, którego wziąłem był ze sobą, napędził im strachu: poczęty się kryć przed jego na-
paścią, wydając na poły gniewne, na poły żałosne sapanie, będące, jak się przekonałem, jedy-
nym głosem, jaki są zdolne wydać.
Tom był ze mną -jak zawsze. Dziwił się wszystkiemu i wciąż się zatrzymywał, zajęty to
jakimś barwnym kamykiem lub muszlą, to napotkaną wonną roślinką, która układem listków
przypominała ziemskie kwiaty. Odszedłem był właśnie od niego kilkadziesiąt kroków, gdy
posłyszałem wołanie:
- Wuju! wuju! chodz no i patrz, jakie ładne kije!
Zwróciłem się i zobaczyłem, że malec siedzi na ziemi wśród mnóstwa białych, cienkich a
długich kości. Zacząłem je oglądać; nie znam na Księżycu zwierzęcia, z którego by mogły
pochodzić.
Schyliwszy się spostrzegłem między nimi zastanawiający przedmiot: był to kawałek gru-
bej, z jednej strony mocno zdartej blachy miedzianej, przypominającej kształtem szeroki nóż.
57
Serce zabiło mi gwałtownie; jeślim się nie mylił, jeśli to istotnie był przedmiot sztucznie ob-
robiony, to na Księżycu kiedyś, dawno przed naszym przybyciem, żyły już istoty rozumne...
Przypomniało mi się owo Miasto Umarłych, spotkane przed laty na Mare Imbrium, a pa-
miętne strasznym wypadkiem, który spowodował śmierć Woodbella. Odjechaliśmy wówczas
od tych skał, tak łudząco podobnych do ruin, w których niegdyś może rozbrzmiewało życie, i
nie przekonaliśmy się, czym były właściwie: przedziwną igraszką przyrody czy tez upiorem
grodu, zamarłego przed wiekami - a oto teraz znalazłem znowu rzecz zdającą się świadczyć o
istnieniu tutaj rozumnych stworzeń na długo, długo przed naszym przybyciem.
Zabrałem się do skrzętnych poszukiwań.
Zwiedziłem całą wyspę wzdłuż i wszerz, wchodziłem do skalistych grot u stóp pasma
wzgórz, ale nie znalazłem niczego, co by mnie mogło niewątpliwie przekonać o słuszności
mych przypuszczeń. Wprawdzie zdawało mi się, że w tej i owej grocie spostrzegam ślady
celowej pracy; na wybrzeżu niewielkiego stawku znalazłem dwa czy trzy kawałki skamienia-
łego korzenia, które miały na sobie jakieś niby narznięcia, a grobla, zmuszająca strumyk dr
rozlania się w staw, wyglądała tak, jakby była sztucznie zbudowana, w innej znów stronie
leżały na sobie głazy, jakby szczątek zwalonego muru; ale to wszystko mogło być zarówno
dziełem przypadku albo nierozumnych, ale przemyślnych zwierząt. Wszakże na Ziemi bobry
na przykład wznoszą ciekawe budowle...
Nie rozwiązałem tedy najważniejszej zagadki, ale w każdym razie wskutek dokonywa-
nych poszukiwań upewniłem się w mniemaniu powziętym od samego początku, że wyspa ta
jest pozostałością większego, zaginionego w morzu lądu i daje przybliżony obraz świata księ-
życowego i rozwijającego się na nim życia w epokach zamierzchłych, poprzedzających okres
obecny.
Nazwałem ten kraj Wyspą Cmentarną. Lubiłem tutaj często zawijać i patrzyć ze szczytu
wzgórza na rozciągające się dookoła, słońcem posrebrzone morze, pod którego falami zagi-
nęła prawdopodobnie reszta tego lądu - i życie, kto wie jak dziwne i bogate?
Przede mną na widnokręgu widniały szczyty dalekich wulkanów, nad którymi panował
chmurny, prawie nieustannie łuną nakryty, olbrzymi stożek Otamora. Morze szumiało,
wzdymając się przypływem ku leniwie pełznącemu po niebie słońcu, a ja - kołysany tym
szumem wielkim i szerokim, mającym w sobie coś z szelestu skrzydeł przelatujących eonów,
coś z tajemniczego głosu ludzkiej duszy, pogrążony w pół śnie, pół jawie - marzyłem o tym,
co na tym globie przeszło, może bez świadka myślącego - a bezpowrotnie...
Kiedy się tutaj życie rozpoczęło? Może wtedy Ziemia, zawieszona w mroznych prze-
stworzach, stygła dopiero na powierzchni, a słońce z powodu szybszego ruchu obrotowego
księżycowej bryły, który z wiekami zwolnił dopiero, szło razniej nad tutejsze lądy i morza,
znacząc bujnemu, budzącemu się życiu dnie i noce krótkie, szybko po sobie następujące, bez
mrozu i bez nieznośnego skwaru? Wówczas - i Ziemia nie stała nad straszliwą pustynią
śmierci, lecz krążyła po księżycowym niebie, wschodząc i zachodząc... Wówczas- może nie
było jeszcze wcale bezpowietrznej i bezwodnej pustyni?
Wszak wieki długie, niesłychanie długie wieki martwoty mogły na tej półkuli, która
zwróciwszy się raz stale ku Ziemi, straciła powietrze, a z nim wodę, zatrzeć tak dalece wszel-
ki ślad dawnego życia, że dzisiaj tak się wydaje, jakby pustynią była od początku świata?
Tomasz niegdyś to przypuszczał.
Przymykałem oczy i wyobrażałem sobie, że w nieustannym i jednostajnym łoskocie fal [ Pobierz całość w formacie PDF ]