[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ojca na stadion.
Nie dowierzała własnym uszom.
- Przyjechałeś po mojego ojca? W tym samym czasie jest mecz krykieta.
R
L
T
- Będą następne. - Machnął ręką. - Potem idę na przyjęcie. Może byś ze mną
poszła?
Nie mogła się otrząsnąć. Zrezygnował z krykieta, żeby zrobić coś dla jej ojca,
człowieka, którego nawet nie zna. Serce jej rosło.
- Nie mogę. Nie mam stosownej kreacji. Poza tym jestem potrzebna w domu. -
Nie do końca była to prawda, bo ojciec odzyskiwał formę i coraz rzadziej wyma-
gał pomocy. Ale ona na przyjęciu z Jonathanem? Nigdy w życiu. O czym będzie
rozmawiać z jego znajomymi albo oni z nią? To absurd.
Jednak zrobiło się jej trochę przykro. Dawno nie była na żadnej imprezie. Poza
tym zaczęła dręczyć ją ciekawość, jak wygląda takie przyjęcie. Byłoby to cał-
kiem nowe doświadczenie.
Nagle przypomniała sobie o obowiązkach pani domu.
- Zapraszam do pokoju. Wprowadziła go do ciasnego saloniku.
- Tato, to jest doktor Cavendish. Przyjechał zapytać, czy chciałbyś pojechać na
dzisiejszy mecz.
Jonathan uścisnął ojcu dłoń.
- Miło mi pana poznać - powiedział. - Wiem od pańskiej córki, że jest pan ki-
bicem Arsenału. Tak się złożyło, że mam bilety na ten mecz, więc pomyślałem,
że chciałby go pan obejrzeć.
- Bardzo to ładnie z pana strony. - Rose zaniepokoiła się, czy Jonathan rozu-
mie ojca, bo ten nadal mówił niewyraznie. - Ale mam problem z nogą. Nie wejdę
po schodach.
Ojciec już sam się mył i ubierał, ale nie ruszał się bez laski, więc Rose miała
wątpliwości, czy poradzi sobie bez wózka.
- Mam pewien plan - oznajmił Jonathan. Najwyrazniej niesłusznie podejrzewa-
ła, że Jonathan nie zrozumie bełkotliwej mowy ojca. - Powiem panu tyle, że ra-
zem z Rose bez trudu pana tam zawieziemy i posadzimy na miejscu. Co pan na
to?
R
L
T
Ojcu oczy się śmiały. Przypomniała sobie, jak w dzieciństwie zabierał ją na
mecze, jak sadzał ją sobie na barana, żeby lepiej widziała.
- No nie wiem, młody człowieku... Niech pan jedzie z naszą Rose. Lepiej bę-
dziecie się bawić.
- Bez ciebie, tato, nie pojadę. A doktor nie zamierza tu siedzieć, ma inne pla-
ny.
- Nic takiego nie powiedziałem - bronił się Jonathan. -Nie mam nic ciekaw-
szego do roboty, więc zróbcie mi tę przyjemność i jedzcie ze mną.
- No, Rose... - odezwała się matka. - Nigdzie nie wychodzisz od... - To słowo
nie przechodziło jej przez gardło. - Od kiedy ojciec zachorował. Zwieże powie-
trze dobrze ci zrobi. A ja też odetchnę, jak ojciec przestanie zawracać mi głowę -
zażartowała.
- W takim razie z przyjemnością pojadę na ten mecz.
Gdy zajechali pod stadion, Jonathan machnął ochroniarzowi jakąś kartą, po
czym wpuszczono ich głównym wejściem. Potem windą pojechali prosto do lo-
ży.
- Zawsze chciałem obejrzeć mecz z takiej wytwornej loży - powiedział ojciec,
sadowiąc się na miejscu - ale nigdy nie było mnie stać.
- Może najpierw zjemy lunch? - zaproponował Jonathan.
Ojciec pokręcił głową.
- Wy idzcie na ten lunch. Mnie tu dobrze.
- Zostanę z tobą - pospieszyła Rose. - Ale ty, Jonathan, nami się nie przejmuj.
- W takim razie przyniosę lunch tutaj. Nie będę jadł sam. Na co macie ochotę?
Kilkanaście minut pózniej wrócił z tacą. Uwadze Rose nie uszło, że wybrał ta-
kie dania, które ojciec mógł jeść jedną władną ręką. Po raz kolejny ujęła ją jego
troskliwość.
R
L
T
Czekając na początek spotkania, Jonathan i ojciec dyskutowali o wcześniej-
szych meczach. Rose tymczasem dziękowała w duchu Jonathanowi za to, że po
raz pierwszy od udaru miała okazję widzieć ojca tak ożywionego. Tego nie ocze-
kuje się od pracodawcy.
Domyślała się, że jest to rewanż za to, że podjęła się opieki nad lordem Hilto-
nem. Czuła też, że jest o krok od zakochania się w swoim szefie.
Mimo że faworyci ojca przegrali w ostatnich minutach spotkania, wyprawa
bardzo się udała.
Jonathan wiózł ich do domu, przez cały czas drobiazgowo analizując wraz z
ojcem każdą minutę meczu, więc Rose, na tylnym siedzeniu, mogła oddać się
rozmyślaniom. Zakochała się w człowieku skrajnie innym niż ona. Dlaczego te-
raz? Bo nawet gdyby on coś czuł do niej, to dla niej nie ma przyszłości.
A może wydaje jej się, że go kocha, właśnie dlatego, że nie wie, co ją czeka?
Jeżeli to miłość. Na pewno pożądanie. Zadurzenie.
Wbrew opinii podrywacza Jonathan jest dobry i delikatny. Czy osoba pozba-
wiona tych cech charakteru zmieniłaby swoje plany, żeby jej chorego ojca zabrać
na mecz? Wątpliwe.
W domu Jonathan pomógł ojcu usadowić się w fotelu przy oknie, ale ona bała
się spojrzeć mu w twarz, by nie domyślił się, co czuje.
- Pytałem Rose, czy pójdzie dzisiaj ze mną na przyjęcie - odezwał się nagle -
ale dała mi kosza. - Rzucił matce uwodzicielskie spojrzenie.
- Rose? Odmówiłaś?
- Mamo, nie mogę, jestem ci potrzebna.
- Nie żartuj. Damy sobie radę. Należy ci się jakaś rozrywka. Ostatnio mizernie
wyglądasz. - Matka była wyraznie zmartwiona.
- Nie życzę sobie, żeby mój personel mizernie wyglądał - rzekł Jonathan. -
Obiecuję, że jeśli ci się nie spodoba, odwiozę cię do domu. Wcale nie musimy
iść na tę imprezę, możemy robić coś innego.
R
L
T
Skapitulowała. Prawdę mówiąc, o niczym innym nie marzyła jak o tym, by
gdzieś z nim pójść. Kto wie, ile jeszcze razy trafi się taka okazja? Jeżeli zostało
jej niewiele czasu, chciałaby go spędzić z Jonathanem.
- Okej... Pod jednym warunkiem. Dzisiaj to ja zabieram ciebie, żebyś poznał
moich przyjaciół. - Wstrzymała oddech, czekając na odpowiedz.
- Zgoda. - Uśmiechnął się szeroko. - Prowadz.
W pubie czuł się mocno skrępowany, bo znajomi do tego stopnia obiegli Rose,
że zniknęła mu z oczu co najmniej na dziesięć minut. Ktoś, nawet nie zapamiętał
tej twarzy, wetknął mu do ręki kufel piwa i polecił je wypić.
U licha, co on tu robi? I co ważniejsze, dlaczego tak bardzo mu zależy, by do-
wiedzieć się czegoś więcej o Rose Tylor?
Jest tyle kobiet, z którymi mógłby się spotkać, i żadna z nich nie kazałaby mu [ Pobierz całość w formacie PDF ]