[ Pobierz całość w formacie PDF ]

nym centrum handlowym. Zbliżała się Gwiazdka,
więc należało pomyśleć o prezentach dla znajomych.
Krążąc wśród stoisk, zastanawiała się nad upomin-
kiem dla Markusa. Stosunkowo niewiele o nim wie-
działa, więc miała trudności z wyborem odpowied-
niego drobiazgu. Poza tym mężczyzna tak dobrze
sytuowany jak on zapewne miał wszystko, czego po-
trzebował.
Przeżyła ogromny zawód, gdy po powrocie wcis-
nęła guzik automatycznej sekretarki i usłyszała, że nie
ma żadnych wiadomości. Markus wyjechał z miasta
niedawno, i to w interesach. Tłumaczyła sobie, że
S
R
jest zapracowany, więc nie ma powodu, żeby odczu-
wać rozczarowanie.
W niedzielny poranek poszła do kościoła, a po na-
bożeństwie pojechała autobusem do Maeve i Willa.
Pan domu przygotował wspaniały obiad, a potem we
trójkę zasiedli do kart. Umyślnie została dłużej niż
zwykle, bo nie chciała upodobnić się do żałosnych
panienek, godzinami czekających na dzwonek telefo-
nu.
Ledwie otworzyła drzwi, mrugnęło czerwone świa-
tełko automatycznej sekretarki. Dostała trzy wiado-
mości, ale Markus się nie odezwał. Przez cały wieczór
telefon milczał. Sylwia położyła się spać trochę przy-
gnębiona.
Nie zadzwonił też w poniedziałek ani we wtorek.
Była na siebie wściekła z powodu jawnej niecierpli-
wości, bo tego południa niemal rzucała się do aparatu,
ilekroć słyszała dzwonek. Zaczynała się martwić.
Markus nie rzucał słów na wiatr. Może coś mu się
stało? Gdyby po prostu zapomniał, musiałaby dojść
do wniosku, że nie jest mężczyzną dla niej, choć teraz
nieustannie o nim myślała. Uważnie obserwowała ży-
cie uczuciowe najbliższych przyjaciółek i przekonała
się, że wzajemna czułość i troska to podstawa udane-
go związku. Jeśli tylko jedna strona potrafi je okazać,
taka znajomość do niczego nie prowadzi.
W środę służbowy telefon w jej gabinecie dzwonił
nieustannie. Gdy odezwał się znowu, odebrała machi-
nalnie i powiedziała oficjalnym tonem:
- Sylwia Bennett, słucham.
S
R
- I bardzo dobrze. Mam ci wiele do powiedzenia -
dobiegł ją niski, łagodny i boleśnie znajomy głos.
- Markus! Wszystko w porządku?
- Jasne. - Wydawał się zdziwiony. - U ciebie też?
- Nie. - Daremnie próbowała zapanować nad iry-
tacją. - Martwiłam się, że coś ci się stało. Unikam
ludzi, którzy obiecują zadzwonić i nie dotrzymują
słowa.
Zapadła cisza. Gdy Markus odezwał się znowu, był
wyraznie zaniepokojony.
- Przepraszam, że martwiłaś się z mego powodu,
ale nie mówiłem, kiedy zadzwonię.
- Owszem - przyznała mu rację. Zakładała, że ode-
zwie się do niej podczas weekendu. Z przerażeniem
uświadomiła sobie, że jest bliska łez. - Muszę koń-
czyć. Mam dużo pracy.
- Poczekaj! - Markus westchnął głęboko. - Na-
prawdę strasznie mi przykro. Byłem zawalony robotą.
Wiem, że jesteś na mnie zła. Zapraszam cię na kola-
cję. Spokojnie porozmawiamy...
- Nie, dziękuję - przerwała, odzyskując panowanie
nad sobą. - Nie warto się nad tym rozwodzić. Po pro-
stu zle zrozumiałam twoje słowa. Bardzo prze-
praszam.
- Zgoda. Nie musimy o tym mówić. A nasza ko-
lacja?
- Dzięki, ale nic z tego nie będzie. Ja... po prostu
tak nie mogę.
Przerwała połączenie. Nie wiedziała, co się właśnie
stało, ale jednego była pewna: za bardzo jej zależało
S
R
na mężczyznie, który niewiele o nią dbał, więc na
przyszłość nie powinna się tak angażować.
Markus wolno odłożył słuchawkę, a potem gwał-
townym ruchem odsunął od biurka swój dyrektorski
fotel. Cholera jasna! Naprawdę byłem strasznie za-
pracowany, bronił się w duchu przed zarzutami Syl-
wii. Przecież nic jej właściwie nie obiecywał.
Czyżby? Na odchodnym wyznał, że uczucia, które
wzbudziła, są dla niego zupełną nowością. I dodał, że
nie potrafi sobie z nimi poradzić. Z westchnieniem
przyznał sam przed sobą, że przez ostatnie cztery dni
bez przerwy o niej myślał i dlatego był poważnie za-
niepokojony. Nie dzwonił, bo chciał jej utrzeć nosa. Z
doświadczenia wiedział, że wystarczy chwila nieuwa-
gi, a kobieta zaczyna rządzić i stawiać warunki. Miał
nadzieję, że po tej próbie sił wystarczy zaproszenie na
kolację i Sylwia da się ugłaskać.
Zbyt pózno uświadomił sobie, że nie ma w niej nic
ze sprytnej manipulatorki. Mówiła to, co myślała.
Była prostolinijna. Jasno i otwarcie wyznała, że go
chce... ale musi być pewna.
Do diabła! Okropnie zdenerwowany wsunął palce
we włosy.
Szczerze polubił Sylwię. Różniła się od kobiet zna-
nych mu do tej pory. Pragnął jej niczym szaleniec, ale
zdawał sobie sprawę, że sprawa jest o wiele poważ-
niejsza. .. i dlatego okropnie się bał. W dorosłym ży-
ciu starannie unikał trwałych więzów, a tymczasem
S
R
Sylwia niepostrzeżenie stała mu się potrzebna jak
powietrze. Wcale nie był tym zachwycony.
Powinien o niej zapomnieć. To najlepsze rozwią-
zanie. Mimo woli wspominał, jak się zarumieniła,
mówiąc, że nie jest zabawową panienką szukającą
mocnych wrażeń. Całkiem go wtedy oczarowała. Pa-
miętał również swoje zdumienie, kiedy całowali się
po raz pierwszy. Oddała pocałunek, jakby nie miała
wprawy. Dziewczyny w jej wieku są zwykle bardziej
doświadczone. Czyżby stanowiła wyjątek?
Dopiero teraz zrozumiał swój błąd. Uważał tę po-
wściągliwość za swoistą grę, a tymczasem Sylwia
była po prostu mądra, ostrożna i przewidująca. Szyb-
kim ruchem obrócił fotel i popatrzył na widoczne za
oknem jezioro, dziś zasnute mgłą. Nie zamierzał się
poddać. Sądził... miał nadzieję, że Sylwia coś do nie-
go czuje, więc znajdzie w końcu drogę do jej serca,
chociaż poszukiwania będą trwały dłużej, niż plano-
wał.
Sylwia oczekiwała, że Markus zadzwoni po raz [ Pobierz całość w formacie PDF ]