[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Chodzmy do szkółki.
Andrea skinęła głową. Minęło już kilka dni od wyjazdu rodziców
Kurta. Nastąpił przyjemny podział zajęć: Andrea doglądała Lynn, a
Kurt przygotowywał posiłki i zajmował się domem. Przed
południem wychodzili z małą na spacer i odwiedzali po drodze plac
zabaw. Po południu, w czasie drzemki dziewczynki, sprzątali w
domu i doglądali kaktusów pani Marlowe.
Andrea uwielbiała obserwować Kurta, gdy pielęgnował rośliny.
Wykazywał się tu taką sprawnością jak przy spływie Kolorado. Tego
dnia, jak zwykle, Andrea miała pokłute całe palce. Nie zwracała na to
jednak uwagi. Każda chwila spędzona z Kurtem była niezwykle
cenna.
- Twoje ręce przypominają poduszeczki do igieł! - zauważył. -
Mówiłem ci, żebyś nałożyła rękawice mamy.
- Tak też zrobiłam, ale igły przechodziły przez
materiał. - Przyglądała się ponuro krwawiącym palcom. - Wiele się
jeszcze chyba muszę nauczyć, jeśli chodzi o kaktusy.
- Idz do domu i przemyj ręce jakimś środkiem dezynfekującym.
Ja tu wszystko dokończę.
- Za chwilę - odparła, biorąc do ręki rydel.
- Nie, teraz - nalegał Kurt. - Sam się zajmę kaktusami.
- Wiem - powiedziała Andrea i spojrzała na niego z taką
miłością i tęsknotą w oczach, że ręka Kurta zastygła nieruchomo w
116
RS
powietrzu.
- Andreo, przestań - powiedział szorstko.
- Nie mogę - szepnęła.
Nagle narzędzia znalazły się na ziemi, a Kurt i Andrea padli sobie
w ramiona. Kurt zmiażdżył jej usta namiętnym pocałunkiem, poczuła
jego ręce na plecach i we włosach.
Wśród szaleńczych pocałunków próbowała coś powiedzieć, ale
nie pozwolił jej na słowa miłości. Raz po raz zakrywał jej usta
wargami, aż w końcu zaniechała prób. Dopiero wtedy odsunął ją
delikatnie od siebie. Przyglądali się sobie w milczeniu. Po chwili Kurt
wyszedł, zostawiając ją samą wśród kaktusów.
Wrócił po pewnym czasie i do końca tygodnia ich rozmowy
koncentrowały się głównie na Lynn. Kurt celowo unikał rozmów na
poważniejsze tematy. Atmosfera stała się nieco napięta, ale Andrea
nie zwracała na to uwagi. Pocieszała się, udając przed sobą, że są z
Kurtem małżeństwem. Przyjemność, jaką czerpała z tych snów na
jawie, skończyła się, gdy zdała sobie sprawę, że wkrótce przyjdzie im
się rozstać.
Kurt osobiście powiadomił ją o tym trzy dni pózniej.
- Lynn będzie za tobą tęskniła, gdy wyjedziesz -powiedział.
Znowu pracowali w szkółce. - Nieczęsto ma okazję spotkać nowych
ludzi. Cieszę się, że cię poznała.
- Twoi rodzice już wracają?
- Tak. Rozmawiałem z nimi wczoraj pózno wieczorem, gdy już
leżałem w łóżku. Mój dziadek ma się znacznie lepiej. Wypisano go
nawet ze szpitala.
- Dobra nowina - wydusiła z siebie Andrea. Kurt podniósł
ostrożnie ostatnią sadzonkę kaktusa i zaczął wkładać ją do doniczki.
- W istocie.
- Co teraz zamierzasz?
- Zacząć pracę w Zespole Ochrony Zrodowiska. Najpierw jednak
muszę znalezć jakieś mieszkanie dla siebie i Lynn, najlepiej w
pobliżu jej szkoły.
- Czy rozmawiałeś już o tym z rodzicami? - zapytała, próbując za
117
RS
wszelką cenę zachować spokój.
- Nie, ale wkrótce to zrobię. Tata zostanie jeszcze trochę z
dziadkiem, żeby zobaczyć, czy naprawdę wszystko w porządku, ale
mama powinna przyjechać już za dwa dni.
Dwa dni? Czy to wszystko, co im pozostało?
- Innymi słowy, nie jestem już potrzebna.
- Tego nie powiedziałem.
- Nie, ale to prawda. - Andrea odłożyła rydel i rękawice. -
Pozostaniemy w kontakcie?
Kurt nie miał gotowej odpowiedzi, co skwitowała westchnieniem.
- To śmieszne, prawda? Na początku naszej znajomości chciałeś
się mnie pozbyć, na końcu jest podobnie.
- To nieprawda, Andreo! Bardzo ci jestem wdzięczny za pomoc
przy Lynn. Nie możesz jednak spędzić tu reszty życia jako jej niańka.
Czeka na ciebie praca. Masz własne życie.
- Miałam nadzieję, że staniesz się jego częścią. Ty i Lynn.
Kurt zbliżył się do Andrei. Ujął ją delikatnie za ramiona, szukając
właściwych słów.
- Nie mogę powiedzieć, że mi to nie pochlebia, ba, nawet kusi.
Nie chcę jednak zaczynać wszystkiego od nowa. Wiele przeszedłem [ Pobierz całość w formacie PDF ]