[ Pobierz całość w formacie PDF ]

prezencie zaręczynowym.
- Proszę, proszę. Jednak chcesz poślubić naszą piękność. Od razu wiedziałem, czym się to
skończy, kiedy wyraziłeś życzenie, by zaprosić ją wraz z wesołą wdówką na moje zaręczyny.
Pani Flynn wyszła za Howarda, nawiasem mówiąc. Wraz z jego siostrą wyjechali na jakiś czas
za granicę, ale pewno wiesz to już od panny Sommerton?
- Nie sądzę, aby Emma dostała list od pani Flynn, choć poczta może na nią czekać w posiadłości.
W takim wypadku Tom prześle listy, kiedy tam dotrze.
- Tom Sommerton? A więc oddałeś mu tę posiadłość, tak? Byłem pewien, że to zrobisz, i tak
nigdy jej nie chciałeś. Gdyby stary Sommerton nie upierał się wtedy jak osioł, nigdy nie
zgodziłbyś się, żeby postawił cały majątek, choć wszyscy wiemy, że i tak nie był wart ani
połowy tego, co znajdowało się w puli. Kto inny kazałby go wyrzucić z klubu za oszustwo.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy, prawda?
- Z całą pewnością - zgodził się Lytham. - Planowałem zajrzeć do jubilera, ale to może
poczekać. Wybierzemy się razem do klubu?
- Właśnie tam idę. Potem zamierzałem wpaść do hali sportowej. - Zadał mu żartobliwy cios
pięścią w ramię. -Tobie też przydałoby się parę rundek na ringu.
- Czemu nie? - mruknął Lytham, uśmiechając się blado.
- Szanowanie, Lytham. Miło cię widzieć. Toby, pamiętasz, że spodziewam się ciebie wraz z
uroczą panną Dawlish w przyszłym tygodniu na kolacji?
- Oczywiście, Hattersly. Lucy nie może się doczekać. Jest teraz z matką na wsi, ale za parę dni
wraca.
- Mam nadzieję, że u ciebie wszystko dobrze, Hattersly - wtrącił Lytham, dziękując w duchu
Bogu za przypadkowe spotkanie z Tobym. Dowiadywał się coraz więcej, i to nie mówiąc nic o
utracie pamięci, czego w miarę możliwości unikał.
- Byłeś niezwykle uprzejmy - zauważył Toby, kiedy pożegnali się ze znajomym. - Po raz
pierwszy odkąd cię znam, nie ograniczyłeś się do skinięcia głową.
- Widocznie łagodnieję z wiekiem - odparł kpiąco Lytham. - Pewno dlatego, że omal nie
przeniosłem się na tamten świat.
- Podobno ktoś do ciebie strzelał. Słyszałem pogłoski, że to ktoś, którego postawiłeś przed
sądem wojennym, kiedy służyłeś za granicą?
- Okazało się, że poprzysiągł mi zemstę i gdyby nie Tom Sommerton, już bym nie żył.
Zginąłbym od kulki albo utonął w morzu.
- Wielkie nieba! - wykrzyknął Toby. - Co za traf! I to po skandalu z twoim bratem.
- Tom Sommerton był całkiem niewinny - zapewnił go Lytham. - Ma żelazne alibi na to
popołudnie, kiedy John spadł z konia, i nie wierzę, że oszukiwał w kartach. To była intryga
mojego brata, a jej przyczyny możesz się sam domyślić, bo nie czuję się w prawie o tym mówić.
- No, no... A to dopiero. Myśleliśmy, że zniknął na dobre po tym, jak ojciec wyrzucił go z domu.
Co się z nim działo?
- Zdaje się, że wyjechał za granicę - odparł Lytham enigmatycznie. - A teraz opowiedz mi o
swoim ślubie.
Toby wdał się w detaliczny opis czynionych przygotowań, co chwila odkłaniając się komuś po
drodze. Do większości osób zwracał się po imieniu, co pozwoliło Lythamowi dodać ich twarze
do rosnącej listy znajomych. Przy odrobinie zachęty udało mu się wyciągnąć z Toby'ego trochę
osobistych szczegółów, które pomogły mu uformować sobie obraz tych ludzi i ich miejsca w
jego życiu. Wyglądało na to, że jest raczej wybredny i ma niewielu bliskich przyjaciół, toteż miał
nadzieję, że nikogo nie uraził, witając się tylko skinieniem głowy.
W klubie, którego musiał być członkiem, gdyż został powitany entuzjastycznie zarówno przez
personel, jak i przez bywalców, wyłapywał z ogólnej rozmowy nazwiska otaczających go
dżentelmenów. On i Toby zamówili lekki lunch, a potem odrzucili propozycję gry w karty,
przenosząc się do hali sportowej, którą prowadził były zawodowy bokser. Najwyrazniej i tu go
znano, bo właściciel powitał go osobiście i zaofiarował mu się na partnera w sparingu.
- Przyda się panu mały trening, milordzie. Zmizerniał pan, pora odbudować muskulaturę i nabrać
na nowo sił.
- Lepiej niech potrenuje ze mną, George - wtrącił Toby. - Jesteś dla niego za ciężki. Mocno się
ostatnio przechorował i spadł na wadze.
- Podobno niezły z ciebie pięściarz, Lytham - usłyszeli znienacka. - Będzie mi miło odbyć z tobą
parę rundek, jeśli interesuje cię prawdziwa walka.
- Idz do diabła, Lindisfarne - zaklął Toby. - Nie przyjmuj jego wyzwania, Lytham. Jesteś teraz za
słaby, rozniesie cię na strzępy.
- Czyżby? - Lytham nie miał pojęcia, czemu to nazwisko wzbudziło w nim wściekłość, ale
wiedział, że za nic nie zrejterowałby przed tym mężczyzną.
- Toby ma rację, jestem trochę nie w formie, ale jeśli sobie życzysz, możemy się boksować.
- Błąd - syknął Toby. - On cię nienawidzi.
- Będę mieć się na baczności - szepnął Lytham.
Parę minut pózniej, rozebrany do pasa, zmierzył wzrokiem przeciwnika. Od razu się zorientował,
że to nie będzie towarzyska walka. Lindisfarne łaknął krwi - Lytham zrozumiał, że musieli się w
przeszłości poróżnić, chociaż oczywiście tego nie pamiętał.
Zaczęli walczyć dość spokojnie, okładając się do wtóru zachęcających okrzyków Dżentelmena
George'a, jak zwano dawnego czempiona, który wzorem wielu innych, po zakończeniu kariery
sportowej zaczął zarabiać na życie nauką boksu.
- Trochę ostrzej, milordzie - zarządził. - Daje pan przeciwnikowi za dużo czasu i przestrzeni.
Lindisfarne, mierzy pan za nisko. Powyżej pasa, proszę, panowie.
- Uważaj, Alex! - krzyknął Toby, kiedy Lindisfarne zaatakował serią szybkich ciosów. Lytham
zachwiał się i runął do tyłu, uderzając z hukiem głową o deski. - Ostrzegałem cię!
George wdrapał się na ring i odciągnął Lindisfarne'a, a Toby pochylił się z troską nad
przyjacielem, poklepując go po twarzy i wołając po imieniu. Lytham otworzył oczy. Skrzywił się
i podniósł rękę do policzka.
- Piękny cios - powiedział z uznaniem. - Chyba nie ty mnie tak załatwiłeś? Kiedy ostatnim razem
walczyliśmy, twój cios nie zabiłby nawet muchy.
- Jeśli zamierzasz mnie obrażać, to na przyszłość radz sobie sam - oświadczył Toby, któremu
kamień spadł z serca, że przyjaciel się ocknął. - Mówiłem ci, że jesteś zbyt osłabiony dla
Lindisfarne'a. Straciłeś chyba z kilkanaście funtów podczas choroby.
- Lindisfarne... - Lytham spojrzał ponad nim na przeciwnika, który brał ręcznik od George'a,
żeby się wytrzeć. - To on mnie znokautował? Coś mnie zaćmiło, nie mogę sobie przypomnieć.
- Ostrzegałem cię, żebyś z nim nie walczył - naburmuszył się Toby. - Oczywiście nie słuchałeś,
jak zwykle. [ Pobierz całość w formacie PDF ]