[ Pobierz całość w formacie PDF ]

lotnisku. Było ich tam dwadzieścia. Zaczął od KLM. Przywołał hostessę.
Zbliżyła się.
- Tak, proszę pana? - powiedziała pytająco. Uśmiechnął się promiennie,
czarująco, wiedząc, że taki uśmiech podoba się kobietom. Jego zielone oczy nabrały
czułego wyrazu.
- Mam do pani prośbę.
161
Odpowiedziała uśmiechem.
- Słucham pana.
Teraz przybrał minę zażenowaną i nieśmiałą.
- To jest sprawa życia lub śmierci.
Hostessa przelękła się.
- %7łycia lub śmierci? - wymamrotała.
- Tak. Niejaki pan Curani w ubiegłym tygodniu lub może nawet wcześniej, wsiadł
tutaj na samolot - rzucił jednym tchem. - Ale sytuacja jest taka, że pan Curani cierpi
poważnie na serce. Lekarz przepisał mu specjalne lekarstwo na wypadek ataku. Ten lek
powinien mieć stale przy sobie. Niestety, pakując się, pan Curani pomylił flakony. Wziął
inny środek, a ten pozostawił. Dodam, że flakony są bardzo podobne.
- I pan by chciał...?
- Chciałbym wiedzieć, w jakim kierunku odjechał pan Curani.
- Nie powiedział panu? - zdziwiła się dziewczyna.
- Nie. Widzi pani, rozstaliśmy się w nie najlepszej komitywie... Dopiero w wiele dni
po jego wyjezdzie, ja i moja żona zauważyliśmy pomyłkę i ogarnął nas niepokój. Można
się rozstać w kłótni, ale nie chciałbym, żeby mu się przytrafiło coś złego.
- Rozumiem. Którego dnia, pan sądzi, wsiadł do naszego samolotu?
- Nie wiem.
Był zagubiony i zmartwiony.
- Zobaczę, co będę mogła zrobić - zapewniła dziewczyna. - Ale tutaj, na lotnisku,
nie mamy tego typu informacji. Trzeba by się skontaktować z naszym przedstawicielem
w mieście.
- Błagam panią! Powtarzani, to sprawa życia lub śmierci. Jeśli przyjdzie atak...
- Niech pan się nie niepokoi. Zrobię wszystko, co możliwe.
- Może pani sprawdzi ostatnie piętnaście dni.
- Dobrze, proszę pana.
- Niech pani nie zapomni. Miał dwa miejsca, dla siebie i żony.
Udawał ogromne podniecenie.
162
Dziewczyna podniosła słuchawkę i mówiła urywanym głosem. Nalegała.
Odwróciła się do niego i posłała uśmiech podnoszący na duchu.
- Cierpliwości. Sprawdzają.
Uważnie ją obserwował. Nie rozumiał, co mówi, bo rozmawiała po arabsku.
Przerywała, słuchała, znowu mówiła, nalegała, czekała...
To trwało dobrych dziesięć minut. Wreszcie odłożyła słuchawkę.
- Przykro mi, proszę pana, żaden pasażer o nazwisku Curani nie korzystał z
naszych lotów.
- Dokładnie sprawdzono?
- Tak, proszę pana. Sprawdziliśmy listy pasażerów z całego miesiąca.
Udawał rozczarowanie.
- Dziękuję pani, wydawało mi się jednak, że mówił o KLM.
- Ale dokąd?
- Właśnie, proszę pani, to pragnąłbym wiedzieć. Potrząsnął bezradnie głową i
odszedł.
W okienku BOAC odegrał tę samą komedię. Ale też bez rezultatu.
Przy Air France poniósł trzecią porażkę. W Alitalia - czwartą. Powtórzył swoją
historyjkę w następnych sześciu towarzystwach, również bez powodzenia. Niezrażony
podszedł do okienka Lufthansy i po raz jedenasty wyrecytował swój monolog.
Hostessa, podobnie jak jej poprzedniczki, zadzwoniła do biura Lufthansy w
mieście. Po piętnastu minutach odetchnął z ulgą.
- Rzeczywiście, proszę pana - stwierdziła, odkładając słuchawkę - te dwie osoby
wsiadły na pokład jednego z naszych samolotów.
- Dokąd?
- Do Singapuru.
- Kiedy?
- 19 lipca.
Szybko obliczył, że minęło trzy dni od tej daty. Może nie jest jeszcze za pózno,
żeby złapać Barta Scalisio, jeśli rzeczywiście udał się do Singapuru.
163
- Kiedy odlatuje wasz samolot do Singapuru? -zapytał.
- Do Singapuru?
- Tak. Chciałbym sam zawiezć temu panu lekarstwo, którego brak tak bardzo
odczuwa.
- Nasz najbliższy lot jest za dwie godziny, ale, niestety, mamy komplet.
- Niech pani posłucha. Jak już mówiłem, to jest sprawa życia lub śmierci dla pana
Curani. Czy mogłaby pani mnie ulokować na początku listy rezerwowej i gdyby w
ostatniej chwili ktoś się nie zgłosił, zapewnić mi miejsce?
- Zrobię wszystko, co będę mogła, proszę pana. Niech pan się nie denerwuje. Za
półtorej godziny otrzyma pan wiadomość.
- Dziękuję pani.
Poszedł do baru, usiadł, zamówił podwójną porcję wódki smirnoff w dużej
szklance, kazał sobie dolać soku pomidorowego i włożyć kawałek lodu, dodał trochę pie-
przu i zabrał się do picia  krwawej Mary . Rozmyślał i czekał na wyrok Lufthansy.
Wiadomość, że Barto Scalisio jest w Singapurze, nie rozwiązywała problemu. Jak
go tam odnalezć? Ale niezbyt się tym przejmował.
Czyż nie znał w tym mieście kogoś bardzo potężnego?
Raptem przypomniał sobie, co mu mówił Francois Lyończyk. Dzięki fenomenalnej
pamięci mógł teraz niemal dokładnie wyrecytować słowa Francuza: Barto Scalisio wszedł
w porozumienie z Chińczykami. Z dawnymi oficerami Czang Kaj-szeka, którzy schronili
się w Birmie i kontrolują całą produkcję opium w  Złotym Trójkącie , na wspólnej granicy
Laosu, Birmy i Tajlandii. Dziki zakątek. Rolnicy zbierają tam 700 ton opium rocznie, mają
z tego piękny dochód. Barto dogadał się z Chińczykami, zorientowany, że nie mają już
zbytu na narkotyki, ponieważ skończyła się wojna w Wietnamie, a oddziały
amerykańskie, wielcy odbiorcy opium, zostały stamtąd wycofane.
To Barto upłynnia ich towar. A do przerzutu narkotyków do Europy używa
biednych Chińczyków, którzy chcą emigrować do Europy, wierząc, że tam jest Raj na
Ziemi. Nocą w portach Antwerpii i Rotterdamu wyskakują ze statków. Płyną do brzegu.
Na szyi mają zawieszony płócienny, nieprzemakalny worek z narkotykami. Na brzegu
164
przejmują ich ludzie Barta i wyprowadzają potajemnie z portów, przedtem przekupując
celników. Po drodze zabierają im towar. Jeśli nawet gliny belgijskie lub holenderskie
złapią Chińczyków, to pójdzie to na ich konto, a nie na Barta...
Barto Scalisio pojawia się także, od czasu do czasu, na Cyprze, w Turcji, w
Bejrucie, w Atenach, na Malcie, na południu Francji, w Rio de Janerio, w Singapurze,
Hongkongu... Pojawia się w Singapurze - powiedział Francuz.
Jak z tego wynika, opowieść Toniego Parygorisa może być bardziej
prawdopodobna, niż to się z początku wydawało. Gdy Harty pił trzecią szklankę  krwawej
Mary , hostessa Lufthansy wezwała go przez głośnik i oświadczyła z czarującym
uśmiechem, że udało jej się załatwić miejsce na lot do Singapuru.
Pół godziny pózniej był w powietrzu.
ROZDZIAA XVII
Wtorek, 23 lipca 1974
W Singapurze Harry Shulz nie pozwolił sobie nawet na jedną noc wypoczynku.
Spał tylko kilka godzin w pokoju hotelu Ming Court. [ Pobierz całość w formacie PDF ]