[ Pobierz całość w formacie PDF ]

kąpiel, a Hilde dawała popis radosnej histerii, krzycząc, płacząc, śmiejąc się i chwaląc Pana,
rzuciła mimochodem, że sir Robert zapewne zażąda wyjaśnień. Rosamund udała, że nie
słyszy.
Alayna, która była bardziej bezpośrednia, usiadła obok kuzynki i przyjaciółki, kiedy
ta, już wyszorowana i w nocnej koszuli, oddała swe włosy w ręce służącej, i zapytała wprost,
bez ogródek. Właśnie służba wynosiła balię i z przyczyny otwartych drzwi powstał przeciąg.
Rosamund poczuła, że całe jej ciało pokrywa się gęsią skórką, i poprosiła o chustę.
Wszyscy czekali na jej odpowiedz. Kiwnęła głową. Było jej ciężko na duszy.
- Zdaję sobie sprawę, że lord Robert ma prawo wiedzieć, co się ze mną działo przez te
siedem miesięcy. Wasza ciekawość również bierze się z przyjazni, a nie ze złej woli. Rzecz
jednak w tym, że wolałabym na razie o tym nie mówić. Chyba że stanie się to absolutnie
konieczne.
Dał się słyszeć męski głos:
- Jeżeli to dla ciebie bolesne, pani, możemy o tym nie wspominać. - Sir Robert stał w
drzwiach, by następnie zdecydować się wejść. - Proszę wybaczyć, że nachodzę cię w twojej
komnacie, pani, lecz spieszyłem do lady Veroniki wypytać o twe zdrowie i zobaczyłem
otwarte drzwi.
Veronica wstała i zaczęła splatać i rozplatać dłonie. Rosamund zdziwiła się, skąd u jej
przyjaciółki, zazwyczaj spokojnej i opanowanej, nagle taka nerwowość.
- Zabiorę wam, moje panie, niewiele czasu - ciągnął sir Robert. - Wyglądasz
wspaniale, Rosamund. Piękna jak zawsze.
- Dziękuję za miłe słowa.
- Chciałbym coś powiedzieć w nadziei, że zostanie to zapamiętane. Te siedem
miesięcy, kiedy nie było cię z nami , bo znajdowałaś się w rękach bandytów, są w jakimś
sensie bez znaczenia. Najistotniejsze jest to, że znów cię widzimy i możemy się tobą cieszyć.
Zechcesz nam opowiedzieć o swej niewoli, bardzo dobrze, nie zechcesz, uszanujemy twoją
wolę.
Rosamund spojrzała mu w oczy. Był taki uprzejmy i wyrozumiały. Poczuła wyrzuty
sumienia. Było rzeczą podłą zdradzać i oszukiwać kogoś tak dobrego.
Milczała, tedy on ciągnął:
- Tak więc ani ja, ani nikt inny nie będziemy żądali wyjaśnień. Ma się rozumieć,
kontrakt zaręczynowy, który nas sobie przeznaczył - tu rzucił krótkie spojrzenie w kąt pokoju,
gdzie stała Veronica - jest nadal aktualny i obowiązuje obie strony. Moją intencją jest
doprowadzić go jak najszybciej do skutku. Potem zabiorę cię do mojego domu, gdzie z dala
od bolesnych wspomnień rozpoczniesz nowe życie.
Zanim Rosamund zdążyła odpowiedzieć, sir Robert odwrócił się i, wyprostowany,
opuścił komnatę.
- Co za mężczyzna! Co za mężczyzna! - zawołała piskliwym głosem Hilde
przewracając oczyma, co na chwilę upodobniło ją do tych nieszczęśliwców, którym zdarza się
podrygiwać w tańcu świętego Wita.
Alayna dotknęła ramienia kuzynki.
- Przyznasz, że szlachetności sir Robert posiada w nadmiarze.
- Tak - zgodziła się Rosamund.
Sir Robert miał miłą powierzchowność i arystokratyczne rysy twarzy. Jego maniery i
ogłada stawiały go w rzędzie najbardziej kulturalnych baronów królestwa. Poza tym było w
nim coś ujmującego, co wynikało po prostu z dobroci serca A jednak nie chciała go. Nie czuła
do niego miłości.
Zachowanie lorda można było śmiało nazwać wielkodusznym. Bez wątpienia wszyscy
w Gastonbury pozostawali w przeświadczeniu, że została zgwałcona przez porywaczy. Już
samo podejrzenie wystarczyłoby, by zerwać zaręczyny. Przytłaczająca większość mężczyzn
nie chce żenić się z niewiastą, z której ciała inni zrobili już sobie uciechę. I właściwie trudno
odmówić im racji. Gdyby więc sir Robert chciał się wycofać, bynajmniej nie postawiłoby go
to w niekorzystnym świetle.
W gruncie rzeczy na to liczyła - na zerwanie kontraktu. Wielkoduszność sir Roberta
rozwiała te nadzieje.
Opanowało ją przygnębienie. Nic nie miało się zmienić. Znalazła się w punkcie
wyjścia.
O, nie! Musiała wreszcie zdusić te swoje skłonności do czarnowidztwa. Tak wiele się
zmieniło. Była dziś bardziej niż kiedykolwiek zdecydowana wywalczyć dla siebie wolność.
Pragnęła Agravara. Ryzykując wszystko, powróciła tu, by walczyć o swoją przyszłość.
Hilde coś tam paplała, wciąż rozpływając się nad lordem Robertem. Gdy jazgot
służącej milkł, Alayna wtrącała to i owo o wydarzeniach minionych kilku miesięcy. Milczała
jedynie Veronica. I wydawała się jakaś smutna.
Było to bardzo dziwne.
Agravar siedział nad kuflem piwa i wpatrywał się w sęk w desce stołu. Dręczyły go
dziesiątki pytań, a nie miał najmniejszej nadziei na odpowiedzi.
Na przykład dlaczego wróciła?
Upokarzała go wręcz sytuacja, która narzucała mu ostatnie miejsce w kolejce do
osoby, do której miał największe prawa. Musiał siedzieć tu sam, jak gdyby Rosamund była
dla niego jedynie gościem pana tego zamku. A najgorsze z tego wszystkiego było udawanie,
fałsz, którym musiał nasycać każde swoje słowo.
Pociągnął łyk piwa. Skrzywił się. Było letnie i kwaśne. To uświadomiło mu, że siedzi
tu już wiele godzin.
Rozejrzał się po holu. Wszędzie kręcili się służący. Rozstawiali stoły i ławy. Musiała
zbliżać się pora wieczerzy. Czyżby strawił na rozmyślaniach cały dzień?
Szukając jakiegoś zajęcia, poszedł do stajni, lecz jego koń miał pod dostatkiem ziarna
i siana. Ruszył na pole ćwiczeń. Nawet się nie zdziwił, że nie ma tam nikogo, bo ostatecznie
była to pora posiłku. W pobliżu bramy dobijało targu kilku kupców i jakiś włościanin; [ Pobierz całość w formacie PDF ]