[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Bethany? Czy ty...? Nie mógł wymówić słów, nie mógł uwierzyć, że w jakiś sposób
była żywa, w jego ramionach. I jak mogła być? Razem ze straceniem jej, stracił swój rozum.
Fala surowego bólu przebiła się przez niego. Bethany, kocham cię. Przepraszam, że nigdy ci
nie powiedziałem. Kocham cię. %7łałuję, że ci tego nie powiedziałem. Kocham cię. I nie
mogę...
Ja też cię kocham.
Te wyszeptane słowa, nie zostały wypowiedziane na głos. One były w nim,
rozbrzmiewając przez jego ciało i przez część niego, która ukształtowała coś ludzkiego 
duszę.
Wciągnął swoje światło w siebie. Nie mógł uwierzyć w to, co widział.
Bethany patrzyła w górę na niego, jej ciepłe, brązowe oczy błyszczące łzami. Jej
twarz nadal była blada, ale kolor zabarwił jej policzki. Smugi krwi były wokół jej uszu i w
kąciku jej ust, ale patrzyła na niego.
 Bethany? - wyskrzeczał.
Pokiwała głową i wyszeptała,
 Tak.
Dłonie trzęsące się, dotknął jej twarzy, a kiedy zamknęła oczy, spanikował.
 Bethany!
Jej oczy otworzyły się.
 Jestem tu. Wszystko dobrze.
Nie mogło być, ale ona była żywa i oddychająca w jego ramionach. Przebiegł
palcami po jej policzkach, odsuwając włosy z zaschnięta krwią. Jego pierś znowu robiła
szaloną, puchnącą rzecz.
 Oh, Boże, myślałem...myślałem, że cię straciłem.
 Myślę, że mogłeś. - Zaśmiała się, drżąco. - Tak bardzo przepraszam. Powinnam
była uważać-
 Nie. Nie przepraszaj. To nie była twoja wina. - Pocałował ją w czoło, pózniej w
policzek i czubek jej nosa. - Jak się czujesz?
 Dobrze. Jestem zmęczona...trochę oszołomiona, ale czuję się dobrze.
On był wyczerpany. Tak jakby walczył z setką Arum naraz. Przyciskając swoje czoło
do jej, odetchnął jej czystym zapachem. Nie mógł zamknąć oczu, bojąc się, że mogłaby
zniknąć.
Bethany zadrżała.
 Co ty zrobiłeś, Dawson?
 Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Puściła jego rękę i złapała za jego policzki.
 Cokolwiek zrobiłeś, uratowało...uratowało mnie.
Bethany żyła! Była tu, w jego ramionach, dotykając go. Jego policzki znów były
mokre, ale nie dbał o to. Nic innego nie miało znaczenia, z wyjątkiem dziewczyny, którą do
siebie tulił.
***
Bethany została w jego ramionach i na tym cholernym klifie, przez jak się czuło godziny i
nie chciała nigdy opuszczać jego objęć. Była ciepło owinięta w jego ramionach. Ale musieli
iść. Wstała, zaskoczona, że w ogóle mogła. Nie było wątpliwości w jej umyśle, że
przynajmniej jedna z jej nóg była złamana. I poprzez ilość krwi która weschła w jej włosy,
była pewna że jej czaszka robiła się jak jajko.
Włączyła pauzę na tych myślach.
Teraz, nie mogła nawet zacząć myśleć o tym, co się stało.
Dawson wyglądał zmęczenie, kiedy wstał, ale podniósł ją, trzymając przy swojej
piersi. Był tylko jeden sposób by wrócić na dół.
 Trzymaj się i zamknij oczy, - powiedział.
Bethany zrobiła jak ją poinstruowano i poczuła w nim zmianę. Jego ciało zaszumiało
i mogła widzieć jego jasne światło za swoimi powiekami. Wiatr dmuchał w jej twarz,
wyrzucają jej włosy do tyłu. Sekundy pózniej, jego usta musnęły jej czoło. Kiedy
uświadomiła sobie, że on szedł, powierciła się w jego ramionach. Teraz był ewidentnie
słabszy i nie powinien jej nieść.
 Dobrze się czujesz?
 Tak, - powiedziała, wpatrując się w niego. Ciemne cienie już były, pod jego
oczami. To co zrobił, wyczerpało go. - Ale mogę iść.
 Wolałbym cię nieść.
Uśmiechnęła się.
 Nie zamierzam znowu spaść. Obiecuję.
Dawson nie uważał żartu za śmieszny, nie to że go winiła. Zajęło to trochę
przekonywania, że mogła chodzić zanim postawił ją na nogi, ale nie puścił jej ręki, ani nie
zdejmował z niej oczu, przez całą powrotną drogę do samochodu.
Jazda do jego domu była szybka i cicha. Kiedy zgasił silnik przed domem, zwrócił
się twarzą do niej.
 Bethany...
W tym momencie, przypomniała sobie co słyszała. Jego mówiącego w kółko, że ją
kocha. Gula uformowała się w jej gardle, a jej oczy paliły.
 Dziękuję ci, - wyszeptała ochryple. - Za, cokolwiek co zrobiłeś. Dziękuję i
kocham cię.
Dawson odchylił się w swoim siedzeniu, uśmiechając się słabo.
 Chciałbym-
 Wiem. Słyszałam cię. I to wszystko, co się liczy.
Pocałował ją delikatnie, tak jakby bał się, że ją skrzywdzi.
 Zamierzam odwiezć cię i twój samochód do domu, potem wrócę do mojego
domu.
 Naprawdę, jest dobrze. - Rzuciła okiem w dół, na siebie. Jej spodenki były
rozerwane, a jej bluza zakrwawiona. Była bałaganem. Dzięki Bogu, jej rodzice
zabrali Filipa na przedstawienie kukiełkowe w Cumberland i wujek Will
najprawdopodobniej będzie w łóżku, kiedy tam dotrze.
Na zewnątrz samochodu, pociągnął ją w dziki uścisk, który nie chciała, by się
skończył. Odsunął jej włosy do tyłu, pocałował ją, aż myślała, że znowu przestanie
oddychać.
 Zwiecisz się, - wymamrotał, przy jej skroni.
 Jak zle?
 Jesteś jasna, ale piękna. - Byłą tam pauza, kiedy pocałował jej czoło. - Jaśniejsza
niż widziałem. Będę czuł się lepiej, odstawiając cię do domu i sprawdzając
najpierw teren, okej? [ Pobierz całość w formacie PDF ]