[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wszystkie przepuścił do ostatniego grosza - i zwrócił się do mnie po nowe. Przed łaty spotkał w porcie Guaymas Sternaua, Mariana, dwóch
Niemców nazwiskiem Unger i dwóch Indian, z których jeden zwie się Bawole Czoło, drugi zaś Niedzwiedzie Serce. Ponadto były z nimi dwie
dziewczyny - siostra Bawolego Czoła i Emma, córka Pedra Arbelleza, hacjendera w del Erina.
Osoby te chciały się dostać morzem do Acapulco. Nie znały kapitana. Przyjął wszystkich na swój statek, aby ich zawiezć do tego portu. Na
statku związał całe towarzystwo. Od dziewcząt dowiedział się, \e uszli szczęśliwie z rąk Verdoja, któremu polecił ich zabić. Pierwszego wieczora
podró\y, gdy wszyscy byli pogrą\eni we śnie, a na pokładzie przechadzał się tylko jeden wartownik, Landola podło\ył lont pod ładunek prochu,
mieszczący się na statku, i po kryjomu odjechał na małej łódeczce. Statek wyleciał w powietrze i poszedł na dno, zatapiając załogę i podró\nych.
Kapitan przekonał się o tym naocznie. Nikt nie uszedł z \yciem. Przez ten śmiały czyn Landoli jesteśmy wolni od wszelkich trosk. Postaram się
wrócić jeszcze przy okazji do tego tematu.
Twój brat Gasparino Cortejo.
Josefa wypuściła list z ręki. Była trupio blada. Nie wiadomo czy ze strachu, czy z radości.
- A więc zginęli wszyscy! O Dios! A więc i on! - triumfowała.
- On? Kto taki?
- Prawdziwy Alfonso, zwany Marianem.
- Tak. Pozbyliśmy się ich na zawsze. Myśl o nich nie dawała mi spokoju. Teraz ju\ nareszcie nie mam się czym martwić. Mogę przystąpić do
realizacji moich planów.
- Twoich planów?
Cortejo uderzył się w piersi.
- Milczałem dotychczas, ale dzisiaj wyjawię ci wszystko. Jak ci wiadomo, mamy teraz dwóch prezydentów. Ale tak długo trwać nie mo\e, kraj
wymaga jednolitego rządu. Musi znalezć się więc człowiek, który posiadłby środki do przekupienia swych przeciwników. Zostanie prezydentem i
będzie rozporządzał wszystkimi bogactwami kraju. Tym zaś człowiekiem będę ja.
- Ty? - Josefa nie ukrywała zdumienia.
- Tak, ja! Mo\e cię to dziwi? Bratanka swego uczyniłem hrabią Rodrigandą, brata zarządcą jego majątków. Fortuna Rodrigandów warta jest
miliony. Czy mam odejść z pustymi rękami? Nie, muszę zatrzymać ich meksykańskie posiadłości. Przedstawiają wartość ośmiu milionów pesos.
Pertraktuję ju\ od dawna z Panterą Południa. Za milion mogę rozporządzać nim i jego ludzmi. Mamy się spotkać w tych dniach. Mo\e przybędzie
nawet dziś wieczorem. Zwolennikami jego są wszyscy mieszkańcy gór oraz wolni Indianie z Południa. Kiedy dam mu milion, rozpocznie werbunek
i zjawi się w mieście na czele ponad dziesięciu tysięcy ludzi. Benito Juarez zostanie schwytany i zabity. Z pozostałymi pójdzie jak z płatka.
Oczy Josefy płonęły zachwytem.
- Znię chyba! Ja, Josefa Cortejo, od której inni odsuwają się dumnie, mam zostać córką prezydenta, pierwszą damą tego kraju! Och, poka\ę ja
tym wszystkim, którzy teraz wyobra\ają sobie, \e stoją nade mną! Zapłacą mi za swoją pychę wszyscy, wszyscy!
Cortejo patrzył na nią z dumą.
- Taką ciebie lubię słuchać i oglądać. Wtedy wiem, \e płynie w tobie krew Cortejów. Nasz ród zawsze pognębiał naszych władców i mścił się na
ciemię\cach. Kim jest mój brat, kim fałszywy Rodriganda wobec mnie i ciebie? Będę panem kraju. Stworzę z Meksyku dziedziczne królestwo,
jedynym kandydatem na mę\a dla ciebie będzie potomek królewskiego rodu.
- Ach, gdyby się tak stało! A więc chodzi o milion?
- Tak, o okrągły milion.
- Skąd wziąć tę ogromną sumę, zanim przyznane mi zostaną meksykańskie posiadłości Rodrigandów?
- Sprzedam jedną z nich w imieniu właściciela albo, co będzie znacznie mniej kłopotliwe i prostsze, daruję Panterze Południa. Decyduję się na
wszystko, gdy zniszczyliśmy wrogów.
- Ale czy naprawdę nie ma ju\ nikogo, kto mógłby wykryć, ze Alfonso nie jest prawdziwym synem hrabiego Rodrigandy?
- Nie boję się nikogo z tych, którzy pozostali przy \yciu.
- A Roseta de Rodriganda, obecna pani Sternau?
- Otrzymała cały przypadający jej spadek i jest nieszkodliwa.
- A kapitan Enrique Landola, który zna tajemnicę?
- Otrzymuje od nas pieniądze i dlatego będzie milczał. Równie\ nic nie znaczą Arbellez i Maria Hermoyes.
- A więc nie mamy się kogo obawiać. Ale gdybym mogła się zemścić na Amy Dryden, byłabym jeszcze bardziej szczęśliwa.
- Mo\e i to się uda. Mam nadzieję, \e nic nie zamyślasz, nie naradziwszy się przedtem ze mną. Teraz wiesz o wszystkim. Muszę iść do
prezydenta. Im bardziej wkupię się w jego łaski, tym mocniej będę go pózniej trzymał w garści. Adios, moja córko!
- Adios, ojcze!
Cortejo ucałował Josefę, a ona jego. Od lat nie okazywali sobie takich czułości. Gdy odszedł, Josefa podbiegła do lustra i zaczęła się w nim
przeglądać, jak gdyby sprawdzając, czy jest wystarczająco piękna na córkę prezydenta albo króla. Podczas gdy tak się mizdrzyła przed lustrem, ktoś
zapukał cicho do drzwi. W drzwiach zjawiła się Metyska, która słu\yła obecnie u Amy Dryden.
- Ach! - Josefa uśmiechnęła się cierpko. - Nareszcie! Myślałam, \e ju\ zapomniałaś, na czyich jesteś usługach. Czy dowiedziałaś się o czymś
wa\nym?
- O tak, o czymś bardzo wa\nym, seniorita - odpowiedziała piękna łotrzyca.
- Opowiadaj!
Dziewczyna usiadła bezceremonialnie w hamaku.
- No więc? - zapytała Josefa niezbyt \yczliwym tonem, porównanie bowiem swojej urody z pięknością dziewczyny popsuło jej humor.
- Mam nadzieję, \e mnie seniorita dobrze wynagrodzi, przynoszę bowiem dwie niesłychanie wa\ne nowiny. Pedro Arbellez był dziś u nas.
- Hacjendero? - zdumiała się Josefa.
- Tak. Był równie\ u najwy\szego sędziego, który mu nawet zaproponowałaby u niego zamieszkał.
- Matko Boska! Co to znaczy?
- Niewiele. Słyszałam wszystko, byłam bowiem w pokoju miss Amy, gdy Arbellez jej o tym opowiadał. Przywiózł najwy\szemu sędziemu [ Pobierz całość w formacie PDF ]