[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Starsza pani westchnęła.
- Modlę się każdego wieczora w intencji jego mowy - przyznała się. - Może
doczekam jeszcze, że znowu będzie normalnie mówił...
Pan Michał zżymał się zwykle, gdy matka wspominała o śmierci. Ale tym razem nie
sprzeciwił się jej słowom.
- Daj Boże - powtórzył.
***
Pewnego dnia przyjechał do Kalinówki żandarm z Białegostoku. Interesował go los
Witii Sidorowicza, mówił o konieczności przesłuchania, a następnie o urzędowym ustaleniu
miejsca jego pobytu.
Był to wysłużony żandarm, siwy i gruby. Chętnie przyjął zaproszenie do domu, a w
salonie głośno rozkoszował się herbatą z rumem. Zajmował przy stole dwa krzesła, dla siebie
i dla służbowej czapki, odmówił zdjęcia płaszcza i odpięcia szabli.
Od jego opinii zależało wiele i pan Kalinowski miał tego świadomość, traktował więc
wachmistrza z wyszukaną uprzejmością. %7łandarm z kolei umiał docenić przyjęcie, jakiego tu
doznał. W innych dworach nie trafiał do salonów, chyba że podczas rewizji. Wiedział
oczywiście, że uprzejmość zawdzięcza chęci załatwienia sprawy przez gospodarza, ale był
dość doświadczony, aby wiedzieć, że najlepiej, gdy z interesu obie strony są zadowolone.
- Zadanie, panie dziedzicu, mam wyznaczone - oznajmił. - Człowiek na służbie nie
wybiera, robi co mu każą.
- Pewnie - zgodził się Kalinowski. - Ale wy, wachmistrzu, nie musicie się chyba
bardzo spieszyć. Pośpiech, mówią, nie jest dobrym doradcą...
- Pewnie, pewnie... - kiwał głową Rosjanin.
Rozglądał się po salonie z wielką ciekawością, a najwięcej uwagi poświęcił nowej
wilczej skórze.
- A ja jaj! - zawołał na jej widok. - Czy to aby nie od tego basiora, co to pan dziedzic
ustrzelił razem z panem pułkownikiem Kawelinem?
- Owszem - przyznał pan Michał, mile połechtany, że jego myśliwska sława jest taka
żywa. - Strzeliliśmy równocześnie, więc tak naprawdę nie wiadomo, komu powinno przypaść
trofeum.
%7łandarm długo oglądał łup, podziwiając wielkość zdobyczy i próbując określić wagę
zabitego drapieżnika.
- Miał pewnie ze trzy pudy! - cmokał z podziwem.
***
Ten wilk pojawił się w sam dzień Bożego Narodzenia. Wtedy przynajmniej widziano
go w okolicy po raz pierwszy. Chłopi z Nowosadów, co wyszli ze wsi gromadą, aby udać się
na pasterkę do kościoła w Zabłudowie, widzieli go przy samej drodze i przysięgali, że nie
słyszeli nigdy wcześniej o tak wielkim drapieżniku. Wiadomość potwierdziła się w kilka dni
pózniej, gdy w Rafałówce, gdzie po śmierci gospodarzy nie pilnowano wszystkiego jak
należy, jakiś drapieżnik porwał sprzed owczarni spore jagnię.
Podobne wydarzenia miały miejsce także niedaleko Kalinówki oraz Zwinobrodu.
Zwiadkowie twierdzili, że to cała wataha głodnych zwierząt poluje na wszystko, co tylko
możliwe. Ale Soplica, łowczy pułkownika Kawelina z majątku Majówka, twierdził
zdecydowanie, że w każdym przypadku jest to robota pojedynczego zwierzęcia.
Pułkownik, zimę spędzający głównie w mieście, przyjechał któregoś dnia do
Kalinówki prosić, aby pan Michał zorganizował polowanie na drapieżnika. Towarzyszył mu
jego łowczy, człowiek małomówny i ponury, o którym mówiono, że wytropi ptaka w locie.
Soplica oznajmił, że najwięcej śladów basiora znalazł w okolicy starego uroczyska
niedaleko Kalinówki, zapewne więc wilk tam ma kryjówkę, i radził zorganizowanie nagonki.
- Inaczej nikt zwierza nie podejdzie - tłumaczył. - Wyczuje człowieka z dala i
czmychnie.
Pan Michał wysłuchał wszystkich uwag łowczego, po czym zgodził się
przewodniczyć polowaniu. Uczynił to tym chętniej, że pułkownik Kawelin przyznał, że
bardzo zależy mu na udanych łowach. Specjalnym gościem polowania miał być bowiem
ważny urzędnik rządowy, poseł austriacki przy rosyjskim dworze, nazwiskiem Hirschman.
Poseł, który zatrzymał się na kilka dni w Białymstoku w drodze z Petersburga do Wiednia,
nosił się dumnie i arogancko, chętnie opowiadał o swoich myśliwskich przygodach i
trofeach. Broń woził stale ze sobą w bagażu podręcznym i usłyszawszy o wielkim wilku w
okolicy, zapragnął wziąć udział w polowaniu.
- Naparł się - tłumaczył się pułkownik. - To jest nasz wilk, Michaił Stanisławowicz, a
ten się tak naparł, że nie było sposobu odmówić.
I prosił, aby pan Kalinowski zadbał o wszystko, co konieczne.
- Koszta nie grają roli - zapewnił. - Poseł Hirschman polował na Kaukazie, w Maroku
i gdzieś tam jeszcze, nie możemy być gorsi
- Mamy mu umożliwić zdobycie kolejnego trofeum? - domyślił się Kalinowski. - To
da się zrobić. Niech pułkownik będzie spokojny.
Wraz z łowczym Soplicą ustalili miejsca, gdzie miano przed właściwym polowaniem
rozwiesić flary, chorągiewki ze szmat, aby odciąć basiorowi drogi ucieczki w niepożądaną
stronę, a gdy pułapka była gotowa, pan Michał zarządził polowanie na początek lutego.
Zbiórkę myśliwych wyznaczono w Kalinówce o świcie w dzień Matki Boskiej Gromnicznej.
W polowaniu wzięli udział tylko mężczyzni, choć po stronie nagonki nie brakowało
bab, a nawet i starszych dzieciaków.
Myśliwych stawiło się jedenastu. Kilku ziemian z powiatu, emerytowany
podpułkownik Horoszko, lekarz wojskowy Afanasjew i oczywiście poseł austriacki
Hirschman ze swoim sekretarzem.
Bez zbędnej zwłoki myśliwi udali się saniami na zachodnią stronę uroczyska, od
wschodniej i południowej ruszyła nagonka. Chłopi, ustawieni w szereg co kilkadziesiąt
kroków, hałasowali jak umieli, walili kijami po pniach drzew, pohukiwali.
Stanowiska strzeleckie wyznaczył wszystkim obecnym Michał Kalinowski i, zgodnie
ze zwyczajem, nie wolno ich było zmieniać bez pozwolenia. Centralne miejsce, obok [ Pobierz całość w formacie PDF ]