[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zamordował. Wiedząc o tym, nie mogłam postąpić inaczej niż zwrócić posiadłość prawowitemu właścicielowi.
- Nigdy w życiu nie słyszałem podobnych bzdur! - ryknął szwagier. - Oczywiście, że mogłaś postąpić inaczej! -
Odwrócił się do Jema. - Już ja wiem, o co chodzi. Jesteś podstępnym łajdakiem, który wkradł się do tego domu w
przebraniu kamerdynera i omamił niewinną, bezradną kobietę! Ale to ci się nie uda, ty przeklęty oszuście! Teraz
nie masz już do czynienia z bezbronną wdową. Już nie! Teraz masz do czynienia z Thomasem Reddingerem i jeżeli
myślisz, że pozwolę ci wyrzucić to biedne dziecko z jej własnego domu...
Ale Claudia znowu mu przerwała.
- Thomasie, posłuchaj, bo nie będę więcej powtarzać. Nie masz tu nic do gadania. Wczoraj pojechaliśmy wraz z
lordem Glenravenem do Gloucester i podpisaliśmy wszelkie potrzebne dokumenty. Wszystko jest już załatwione.
Ravencroft należy do niego.
Raz jeszcze Thomas nie wiedział, co powiedzieć. Rose wreszcie zrozumiała, co się święci, i zaczęła cicho pojęki -
wać.
- Podpisałaś dokumenty? - wykrztusił Thomas z niedowierzaniem.
- Ano tak, staruszku - włączył się Jem. - Jej podpis poświadczył William Scudder, ze spółki adwokackiej
Scuddera, Widdicombe a i Phillipsa. Pan Scudder właśnie kończy załatwiać pozostałe formalności.
Oczy Thomasa rozszerzyły się, gdy usłyszał nazwisko jednego z najbardziej poważanych prawników w okolicy.
Zakrył usta dłonią.
Rose opadła bezwładnie na pluszową kanapkę i przyłożyła drżącą dłoń do piersi.
- Zaraz zemdleję - pisnęła cicho, lecz nikt nie zwracał na nią uwagi.
- Rozumiem - powiedział Thomas, choć oczywiste było, te nic nie rozumie. - Niestety... staruszku... nie
przyjmuję do wiadomości żadnego z twoich parszywych dowodów. - Jego małe oczka błyszczały wściekle.
- To, co przyjmujesz albo czego nie przyjmujesz do wiadomości, niewiele mnie obchodzi - powiedział Jem
najuprzejmiej, jak potrafił. - O ile się nie mylę, nie obchodzi to również pani Carstairs.
Claudia przytaknęła energicznie, na co Thomas spojrzał na nią oburzony.
- Zupełnie nie rozumiem, jak do tego doszło. Nie rozumiem, jak mogłaś uwierzyć temu podstępnemu oszustowi?
Tylko spójrz na niego! Lord Glenraven, też mi coś!
- Istotnie - mruknęła Claudia. - Pan Scudder nie miał najmniejszego kłopotu z rozpoznaniem go.
Oczy Thomasa znowu się rozszerzyły, lecz wyraz jego twarzy, gdy spojrzał na Jema, był nieodgadniony.
- Niech i tak będzie - wypalił w końcu. - Ale i tak nie masz żadnych praw do Ravencroft. %7łądam, byś pokazał mi
wszelkie dokumenty, które poświadczają twoje prawa do tej posiadłości.
Jem powoli wstał z kanapy, na której do tej pory siedział wygodnie rozparty. Podszedł do Thomasa i stanął tuż
przed nim.
- Reddinger - rzekł cicho. - Stajesz się męczący. To, co myślisz, uważasz lub czego żądasz, nie ma najmniejszego
znaczenia. Jak pani Carstairs już ci powiedziała, Ravencroft należy do mnie.
Thomas także wstał i spojrzał prosto w jasnoszare oczy, które patrzyły na niego z tak denerwującą obojętnością, a
52
jednocześnie z tak przerażającym chłodem.
- To się jeszcze okaże! - wrzasnął. - Ja też mogę postarać się o prawników!
- Ależ bardzo proszę - odrzekł Jem znudzonym tonem. - Ale bądz tak uprzejmy i rób to gdzie indziej. Dawno
nadużyłeś tutaj gościnności. Podejrzewam nawet, że już w dniu twojego przybycia. Proszę cię, zabieraj swoją
rozhisteryzowaną żonę, beznadziejnego przyjaciela i rozwydrzone dzieci i wynoś się z mojej posiadłości, jak
możesz najszybciej.
Thomas nadął się jak atakująca kobra.
- Co takiego? Posłuchaj mnie, ty... nie możesz...
- Jak najszybciej, Reddinger - powtórzył Jem. Nie podniósł nawet głosu, lecz Thomas, który już podchodził do
niego z zaciśniętymi pięściami, odstąpił na krok.
- A co będzie, jeżeli odmówię? - warknął.
- To nie byłoby zbyt rozsądne. - W głosie Jema nie było nic poza przyjaznym zainteresowaniem, ale coś w jego
tonie kazało Thomasowi zastanowić się dwa razy.
Odwrócił się na pięcie i warknął do żony:
- Idziemy, Rose! - Na Fletchera Botsforda nawet nie spojrzał, lecz ten i tak podążył za nimi. - Już na progu
Thomas odwrócił się i wymierzył w Claudię wskazujący palec. - I nie wyobrażaj sobie, że cię zabierzemy! Jak
sobie posłałaś, tak się wyśpisz - dodał z paskudnym, znaczącym uśmieszkiem.
- Ależ, Thomasie - zaprotestowała piskliwie Rose. - Przecież to moja siostra! Nie możemy jej pozwolić umrzeć z
głodu w jakimś rynsztoku!
- Nie przejmuj się. Rose - wtrąciła Claudia i w kilku słowach wyjaśniła siostrze zasady jej umowy z Jemem.
- Nie możesz! - pisnęła cienko Rose. - Nie możesz tu pozostać, praktycznie pod dachem tego człowieka. W
każdym razie pod tym, o którym on twierdzi, że jest... - Nie dokończyła zdania.
Thomas chwycił ją gwałtownie za ranne.
- Niech robi, co chce! - warknął. - Ja umywam ręce.
Wypadł z pokoju, a pochlipująca Rose deptała mu po piętach. Fletcher Botsford zamykał pochód.
- Czyżby to było wszystko? - zapytała Claudia, opadając na fotel. Spojrzała na Jema. - Cóż, zdaje się, że
przebrnęliśmy przez to dość gładko, nieprawdaż?
- Hmm... zdaje się, że tak. Chociaż szczerze wątpię, czy było to ostatnie słowo... - W tym momencie przerwał mu
dziki wrzask, dobiegający z hallu przed szmaragdowym salonem. Jem wybiegł z pokoju, a Claudia i panna
Melksham za nim. Na korytarzu stała przerazliwie wrzeszcząca Rose, a przed nią nerwowo przestępowała z nogi
na nogę niania Grample.
- To prawda, psze pani! Młody panicz zabił się na śmierć!
Na to oświadczenie Rose padła na podłogę z cichym jękiem. Fletcher uklęknął obok niej, lecz Thomas złapał
nianię za ramię i potrząsnął nią tak gwałtownie, że okulary nieomal spadły jej z nosa.
- O czym ty mówisz? - ryknął. - Przestań się trząść i powiedz, co się stało?
- Dzieci były w pokoju - wyjąkała kobiecina zasłaniając twarz fartuchem. - Odrabiały lekcje. Odwróciłam się od
nich tylko na chwilkę, by pójść do sąsiedniego pokoju po szycie, kiedy usłyszałam okropny hałas. - Szlochy, które
nią wstrząsały, dziwnie były podobne do ryku zarzynanego muła. Po chwili mówiła dalej: - Odwróciłam się, by
zobaczyć, co się dzieje. Ten mały diabe... mały szkrab wspinał się na ścianę.
- Co takiego? - jęknęli Rose i Thomas równocześnie. Rose już otrząsnęła się z pierwszego szoku i siedziała na
ziemi, słuchając z chorobliwą fascynacją opowiadania niani Grample.
- Tak, psze pani. Założył się z panienką Horatią, że obejdzie pokój bez dotykania podłogi. Zaczął od wspinania
się na półkę z książkami... i dotarł do okna. Wspinał się po zasłonie, ale ta się urwała pod jego ciężarem.
Rose znowu cicho jęknęła.
- Gdzie on jest teraz? - Thomas nadal warczał jak rozwścieczony brytan.
- Zostawiłam go pod opieką Kettering, jednej z pokojówek - jęczała niania. - Drze się tak, że niedługo szyby
popękają.
- Zdawało mi się, że powiedziałaś, iż on... no nic - zakończył z wściekłością Thomas i przepchnąwszy się obok
żony i nieszczęsnej niani, podążył w stronę dziecinnego pokoju. Rose wraz z nianią Grample i Fletcherem pobiegli
za nim. Jem, Claudia i panna Melksham wymienili zaskoczone spojrzenia, po czym udali się za całą grupą.
Wrzaski przestraszonego panicza George a słychać było już na półpiętrze. Rozpaczliwe szlochy Kettering i dziki [ Pobierz całość w formacie PDF ]