[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Chyba, że tak  potwierdził Dick.  Ciekawy jestem, jak się zachowają potwory
zamieszkujące tę pieczarę, do której tak nieroztropnie wlezliśmy w poszukiwaniu wygodnego
biwaku. Czy wyjdą na zewnątrz, poprzez stos płonącego chrustu, czy też roztropnie zaniechają
swej zwykłej wycieczki łowieckiej. Roztropność nakazuje mieć się na ostrożności.
Rozbudzono więc wszystkich, jeden tylko pułkownik leżał rozciągnięty na kocu, lekceważąc,
jak przystało na wojskowego, niebezpieczeństwo.
Jednakże sapania i pomruki nie ustawały, przeciwnie były coraz to głośniejsze i bardziej
natarczywe. Rozgniewani na intruzów mieszkańcy pieczary znajdowali się tuż, tuż! Można było
Generated by Foxit PDF Creator Foxit Software
http://www.foxitsoftware.com For evaluation only.
oczekiwać, że lada moment lawina żywego cielska runie w otwór prowadzący na zewnątrz.
Dick wystrzelił, echo rozniosło się w głąb pieczary i odbite wielokrotnie od jej zakamarków
 przez parę sekund rozbrzmiewało głucho. Dowodziło to, że pieczara była bardzo głęboka i
rozgałęziona, prawdopodobnie też była siedzibą wielu tajemniczych potworów, które teraz
usiłowały wydostać się na wolne powietrze.
 Wstawać!  krzyknął Dick rozkazująco.
 Pułkowniku, stać pod samą ścianą u wylotu jaskini, jeżeli nie chcesz być stratowany na
miazgę przez jakiegoś nosorożca albo mastodonta.
Croops, choć niechętnie usłuchał dobrej rady i uczynił to w samą porę, po chwili bowiem
kilka wielkich przedmiotów, kilkoma skokami przesadziło ognisko W jego świetle można było z
gruba rozpoznać kształty uciekających bestii.
 To potężne niedzwiedzie  zawołał Johnson.
 A mnie się zdaje, że to były jakieś potężne lwy.  rzucił Dick.  W blasku ogniska
widziałem wyszczerzone olbrzymie kły. Zdaje mi się, że to są te same bestie, które niedawno
napadły na stado jeleni, czy też renów. Czy pamiętasz doktorze, że jeden z; nich już się gotował
skoczyć na pana, kiedym mu wsadzał w ucho moją eksplodującą kulę.
 Nigdy nie zapomnę, żeś mi wtedy ocalił życie, kochany Dicku  odparł Norski.
 A tośmy ładnie wpadli,  mówił dalej Dick.
I rzeczywiście bestie nie przelękły się ogniska, które powstrzymałoby każdego tygrysa w
naszych dżunglach.
 Ale już moja w tym rzecz, żeby nauczyć je respektu przed dwunożną istotą  dodał
potrząsając swoim cennym sztucerem.
Poprawiono rozrzucone nieco ognisko i nadsłuchiwano co dalej nastąpi. Okazało się
niebawem, że pieczara była dość licznie zamieszkana, bo po kilku minutach znowu jakaś bestia
runęła w otwór z taką szybkością, że nawet nie można było rozpoznać jej kształtów.
 To musiał być chyba jakiś nosorożec, bo aż ziemia zadrżała, pod jego ciężarem 
zawyrokował Johnson.  Jeżeli nie chcemy być stratowani, to wynośmy się stąd prędzej.
 Na burzę i ulewę  jęknął pułkownik.
Nie było jednak innej rady, dorzucono świeżego chrustu na ognisko i już zabierano się do
opuszczenia jaskini, kiedy Dickowi przyszła dobra myśl do głowy.
 Ot, przenieśmy się raczej w głąb tej pieczary, razem z naszym ogniskiem, które zagradza
bestiom przejście. Znajdziemy jakiś przytulny kącik i spędzimy w nim noc bezpiecznie.
 To znaczy mamy wlezć tygrysowi dobrowolnie w paszczę  zawołał Croops.
 Mamy przecież skuteczną broń, pułkowniku, pozwól, że pójdę na zwiady  i odważny
Dick z latarka elektryczną w jednej ręce a z granatem w drugiej, znikł w czeluściach pieczary.
Niebawem rozległ się jego tryumfujący okrzyk, znalazł na prawo od wyjścia, głęboką wnękę,
wielkości sporej izby. Była ona, jak się przekonał, zupełnie pusta, przeniesiono się do niej
natychmiast wraz z ogniskiem. Wyjście z groty pozostało wolne dla jej mieszkańców. Co jakiś
czas jeden z nich opuszczał swe nocne pielesze, gnany żądzą zdobycia jakiejś ofiary, zdolnej
zaspokoić dojmujący głód.
U progu nowej siedziby stanął Dick i jeden z mechaników, jak się zdawało, narzeczony
pokojówki Fauny. Pod tą strażą pozostali członkowie wyprawy wysokogórskiej pogrążyli się
niebawem w głębokim śnie, z którego obudzono ich dopiero wtedy, kiedy mieszkańcy pieczary,
nocni łupieżcy wrócili na swe legowiska. W tym otoczeniu tajemniczym i niebezpiecznym nie
zamierzano dłużej przebywać. Nocna burza ustała, lecz niebo pokryte ciemnymi chmurami, nie
pozwalało spodziewać się ładnej pogody.
Po śniadaniu, złożonym z konserw i biszkoptów, ruszono w dalszą drogę, prowadzącą coraz to
Generated by Foxit PDF Creator Foxit Software
http://www.foxitsoftware.com For evaluation only.
wyżej i wyżej.
Koło południa znaleziono się na obszernym, naturalnym tarasie, porosłym niskimi drzewami,
na których wisiało mnóstwo owoców, znanych już dobrze naszym przybyszom. Były to te same,
duże jakby brzoskwinie, przenoszone do wiszącego pałacu przez małpoludy. Na pierwszy rzut
oka uderzała regularność odstępów pomiędzy pojedynczymi drzewami.
 Ależ to prawdziwa plantacja  zawołał Johnbon.  Czyżby ją zasadzili nasi goście? [ Pobierz całość w formacie PDF ]