[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Na dobre?
- Nie jestem pewien, ale chyba za drugim razem się udało.
Beth pokiwała głową.
- Może zrozumiała, że nie ma po co wracać na brzeg.
- Może - zgodził się.
- Postanowiła zacząć nowe życie. Dzielnie walcząc, zasłużyła na szansę. - Uwaga
Beth zabrzmiała nieco dwuznacznie, ale nie było to zamierzone.
Marc obserwował przewijający się tłum.
- Możemy porozmawiać na osobności?
Nie było takiej możliwości w żadnym z pomieszczeń. Magazyn wypełniały ekspo-
naty wystawowe, zwiedzający i artyści. Jedynie w sypialni nie było nikogo, ale Marc nie
był tam mile widziany, chyba że w marzeniach i snach.
Skinęła głową, wskazując drzwi prowadzące do ogrodu. Nie był to ogród w peł-
nym znaczeniu tego słowa, raczej skrawek podwórka ozdobiony roślinami doniczkowy-
mi. Cicho i pusto, idealne miejsce na rozmowę w cztery oczy.
Targały nią sprzeczne uczucia. Ekscytacja i zdenerwowanie. Strach. Ciekawość.
Obawa. Dobrze, że pozostał mi jeszcze jeden czysty blejtram, pomyślała. Silne emocje
zawsze starała się przelać na płótno.
- Po co przyjechałeś? - spytała z udawaną pewnością siebie.
Taka postawa już raz się sprawdziła. Kiedy były mąż zaczął nachodzić jedną z jej
studentek podczas zajęć, Beth odważnie stawiła mu czoła. Nie była przekonana, czy i te-
raz da radę.
- Chciałem z tobą porozmawiać.
- Więc słucham.
R
L
T
Oparł się o betonowy słupek z poidłem dla ptaków, zaciskając mocno palce wokół
ozdobnego gzymsu.
- Przykro mi, że rozstaliśmy się nad zatoką bez pożegnania.
Beth słuchała w milczeniu.
- Miałem wiele czasu na przemyślenie tego, o czym wtedy rozmawialiśmy, i na
ocenę swojej reakcji. Postanowiłem cię odszukać.
Serce Beth zabiło mocniej. Na chwilę zamknęła oczy, by nie zobaczył w nich iskie-
rek nadziei.
- Twoi rodzice nie chcieli podać adresu.
Wiedzieli, jak bardzo przeżyłam tamto spotkanie, pomyślała.
- Za wszelką cenę chcą mnie chronić - odparła wymijająco.
Stała wyprostowana jak struna, z rękami splecionymi na piersiach. Mowa jej ciała
nie uszła uwadze Marca.
- Może usiądziesz? - zaproponował.
- Nie, dzięki.
Nie nalegał, tylko spojrzał jej prosto w oczy.
- Chciałem cię przeprosić za moje zachowanie tego ranka nad zatoką Holly.
Tylko tyle? Nie, nie pokaże mu, jak bardzo zranił jej uczucia. Odpowiedziała nieco
wymuszonym uśmiechem.
- Jestem ci winny kilka słów wyjaśnienia.
- Wydawało mi się, że powiedziałeś wszystko, co leżało ci na sercu.
Odwrócił wzrok.
- W tej kwestii nic się nie zmieniło. Ale jest jeszcze coś... Może jednak usiądziesz?
Beth widziała, jaki ból sprawia mu ta rozmowa. Chciałaby wziąć go za rękę i po-
cieszyć. Zamiast tego skinęła głową i przycupnęła na ogrodowym krzesełku. Marc zajął
miejsce na drugim.
- Nie mogę sobie darować, że pozwoliłem ci odejść w taki sposób, z zachwianym
poczuciem własnej wartości. Byłaś ze mną szczera do bólu, jak prawdziwy przyjaciel.
Zasłużyłaś na znacznie więcej, niż ci ofiarowałem.
- Powiedziałeś, że nasza przyjazń to przeszłość.
R
L
T
- Tak.
Beth wstrzymała oddech i zamrugała gwałtownie. Byle tylko nie wybuchnąć pła-
czem.
- Ale powody są inne, niż myślisz. Właśnie o tym chciałem porozmawiać. Rozu-
miem, że ostatnie lata były dla ciebie ciężkie. Wystarczy spojrzeć na obrazy na ścianach.
One mówią o twojej samotnej walce więcej niż słowa.
Słuchała w milczeniu, od czasu do czasu potakując głową. Lata terapii nauczyły ją,
że powinna raczej koncentrować się na swojej sile, a nie bez końca przepraszać za słabo-
ści.
- Nie potrzebuję litości.
Zmarszczył brwi.
- Jasne, że nie. Doskonale sobie radzisz.
Uśmiechnęła się smutno.
- Podobno sami jesteśmy odpowiedzialni za własne szczęście. Postanowiłam wyjść
mu naprzeciw.
- Spotykasz się z kimś? - spytał pozornie beznamiętnym tonem.
Co takiego? Przecież to znaczyłoby, że zapomniała o Marcu, a jego wspomnienie
było trwalsze od nieudanego małżeństwa. Wiedziała, że długo sobie z tym nie poradzi.
- Nie muszę. Radzę sobie sama. Jestem wystarczająco silna.
Marc zdawał się trochę zbity z tropu, jakby żałował, że przyszedł.
- Powiedz wreszcie, o co ci chodzi - zażądała.
- Chciałem... Kiedy powiedziałem, że nasza przyjazń należy do przeszłości, mogłaś
zrozumieć, że nie jesteś mnie warta.
Zaśmiała się gorzko.
- W pewnym sensie.
- Bardzo żałuję, że to tak zabrzmiało. Mogło zachwiać twoim postanowieniem...
Przeszył ją dreszcz chłodu. Zastanawiała się, czy Marc zawsze będzie ją postrzegał
przez pryzmat uzależnienia.
- Bałeś się, że znowu zacznę szukać pocieszenia w alkoholu? Sądziłeś, że masz ta-
ką moc? - spytała, z trudem ukrywając wzburzenie.
R
L
T
- Powiedziałaś, że mnie kochasz.
Beth zastygła w bezruchu, nie mogąc zebrać myśli.
- Dlaczego właśnie wtedy? Co chciałaś osiągnąć?
- Ja... nic. Nie planowałam tego. Uznałam, że powinieneś wiedzieć. Nad zatoką by-
liśmy tak blisko, dopóki wszystkiego nie zepsułeś kilkoma złymi słowami. Wtedy bardzo
mnie zabolały.
- Dlatego przyjechałem to wyjaśnić. Byłem w szoku. Kiedyś oddałbym wszystko
za takie wyznanie.
Beth niełatwo było zaskoczyć, ale tym razem zamurowało ją z wrażenia.
- Byłaś ze mną szczera do bólu i chciałbym odpłacić ci tym samym. Wtedy mnie
lepiej zrozumiesz.
- A czego ja niby nie rozumiem?
- Dlaczego nie możemy się przyjaznić.
Słowa Marca podziałały na Beth jak zimny prysznic. Uświadomiła sobie, jak złud-
ne były jej nadzieje.
- Przez dziewięć lat byłaś dla mnie wszystkim - zaczął, nabierając powietrza. - Naj-
lepszym kumplem, przyjacielem, któremu mogłem się ze wszystkiego zwierzyć, inspira- [ Pobierz całość w formacie PDF ]