[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zasnąć, obolały z pożądania.
Teraz znowu robiła z nim to samo, każąc mu się otworzyć i
budząc w nim niepotrzebne tęsknoty. Wiódł przecież skromne i
uporządkowane życie, a sporadyczne kontakty z kobietami nie
wnosiły w nie niepokoju. Jeśli czasami się zabawił, to bez kon-
sekwencji.
93
S
R
Tymczasem Celie Favreau to jedna wielka komplikacja.
Odkąd natknął się na nią na plantacji, nic w jego życiu nie jest
takie samo jak dawniej. Wszystko zaczęło się zmieniać, a on
nie mógł nic na to poradzić.
Tak samo jak nie mógł nic poradzić na to, że coraz bardziej
pragnie Celie.
Cofnął szybko rękę.
- Dzięki za śniadanie. Muszę iść, bo mam masę roboty. -
Odłożył serwetkę.
- Przecież jest sobota!
- Na plantacji to nie ma znaczenia.
- Jeszcze minutkę. - Gdy wstał, podniosła rękę. - Nie za-
prosiłam cię na śniadanie tylko po to, żeby ci podziękować.
Chciałam z tobą o czymś pomówić.
Byle nie o tym pocałunku, pomyślał Jacob, ani o tym, dla-
czego nie chce go powtórzyć, chociaż ciągle tego pragnie.
- O co chodzi? - zapytał niechętnie.
- Pamiętasz, jak cię powiadomiłam, że trzeba będzie wy-
ciąć u ciebie dziewiętnaście akrów?
- Trudno to zapomnieć, zwłaszcza że spora część już zo-
stała wycięta.
- Jest szansa na uratowanie reszty.
- Jak to? Przecież na wczorajszym zebraniu wmawiałaś
wszystkim, że nie ma innego sposobu oprócz wycinki. - Nie
zamierzał rozbudzać w sobie próżnych nadziei.
- Musimy oczywiście wyciąć zaatakowane drzewa oraz te
w wewnętrznym kręgu. Tutaj nie mamy wyboru. Jednak może
uda się zmniejszyć strefę ochronną.
Jacob opadł na krzesło.
- Powiedz mi coś więcej.
- Udało nam się wyprodukować preparat owadobójczy
94
S
R
do wstrzykiwania. Na bazie naturalnej substancji ochronnej,
wydzielanej przez drzewa.
- Czytałem o tym w Internecie, ale ten środek nie ma jesz-
cze u nas atestu. Na razie dostępny jest tylko w Kanadzie. -
Jacob zmarszczył brwi. - Jeżeli dostaliście już zgodę, to dla-
czego nie stosujecie go tutaj, do cholery?
- Jeszcze nie wolno nam tego zrobić, ale wiem z pewnych
zródeł, że decydenci dali zielone światło. Trzeba tylko dopełnić
formalności. - Oczy jej się zaświeciły. - Mogłabym zaszczepić
twoje drzewa w zewnętrznym kręgu. Nawet jeżeli są w nich
larwy, wymrą po podaniu szczepionki.
- A co z ludzmi, którzy wypiją syrop z tych zaszczepionych
drzew?
- To naturalna substancja. Wzmocniliśmy tylko stężenie.
Skład chemiczny syropu z zaszczepionych drzew jest identycz-
ny z otrzymanym ze zdrowych klonów. Nie różni się smakiem i
nie ma w nim żadnych szkodliwych składników. - Rozłożyła
ręce. - Nie jest to wprawdzie lek na wszelkie zło, ale możemy
go użyć, aby ocalić chociaż część twoich klonów.
Jacob spojrzał na nią przeciągle.
- Dlatego, że zająłem się twoją furgonetką?
- Nie! Robię to, bo nie mogę patrzeć, jak wycina się drze-
wa. Wiem, że stosując nasz preparat, można temu zapobiec.
Wiem też, że atest mamy prawie w kieszeni. Wkrótce będziesz
mógł kupić tę szczepionkę w każdym sklepie.
- Porozmawiajmy o liczbach. Ile drzew da się uratować?
Celie szybko policzyła w myślach.
- Myślę, że około jedenastu akrów.
- Czy ten preparat jest skuteczny? - W duszy Jacoba na-
dzieja walczyła o lepsze z podejrzliwością.
- Tak, rzeczywiście jest skuteczny. Mój zespół testował go
95
S
R
przez siedem lat w Kanadzie i pięć w Stanach. To naprawdę
najlepszy środek chroniący klony, jaki kiedykolwiek wypro-
dukowano.
- A jak długo działa?
- Przez co najmniej rok, a może nawet dłużej. Co o tym są-
dzisz?
Nie odpowiedział od razu, choć chciałby w to wierzyć.
Przecież tak rozpaczliwie pragnął uratować drzewa! Musiał
jednak zyskać pewność.
- Skąd wezmiesz preparat, skoro nie ma go jeszcze w
sprzedaży?
- Mam w bagażniku kilka kanistrów koncentratu, który zo-
stał mi po ostatnich testach. Wystarczy jedno słowo, a jutro za-
czynam szczepić twoje drzewa. Muszę wiedzieć do poniedział-
ku, bo wtedy rozpocznie się wycinka w strefie ochronnej.
Jacob zamyślił się, a po chwili zapytał:
- Zgodziłabyś się, gdybyś była na moim miejscu?
- Tak - odparła bez wahania.
- To mi wystarczy. Masz moją zgodę.
Celie nie była zdziwiona, że Jacob chciałby zacząć jak naj-
szybciej. Niestety, nie było to takie proste. Potrzebowała sporej
ilości preparatu, który trzeba będzie rozcieńczyć, ale to jeszcze
nie wszystko. Prawda wyglądała tak, że nie chciała wciągać w
to Jacoba. Patrząc w ślad za jego odjeżdżającym wozem, pomy-
ślała, że całe ryzyko wezmie na siebie.
Wyjawiła mu, że pozwolenie to już tylko kwestia dni, co
było prawdą. Nie powiedziała mu jednak, że może to potrwać
dłużej i że ktoś może odkryć, iż używa szczepionki bez atestu.
96
S
R
Sięgnęła po komórkę i wystukała numer.
-Bonjour.
- Maman? Cest Celie.
- Kto mówi do mnie po francusku z takim okropnym ame-
rykańskim akcentem? - odparła jej matka, także po francusku. -
To chyba nie moja wyrodna córka, która nie przyjechała do
domu na święta i nie zadzwoniła, żeby powiedzieć swojej bied-
nej maman, że znowu wysłali ją na koniec świata.
- Może to nie była jej wina? - odparła Celie. - Może trzeba
było częściej sprawdzać pocztę internetową?
- Cest qui? - rozległ się głos ojca
- Nasza marnotrawna córka, która zarzuca mi, że nie czy-
tam maili - powiedziała matka.
- Ach, bebe, przyjedziesz do nas? - Ojciec przejął słu-
chawkę.
- Mam nadzieję, papa. - Celie znów przerzuciła się na
francuski. - Już kończę. Niedługo się zobaczymy. - Ze wstydem
pomyślała, że tak dawno nie była u rodziców.
- Przyjedz, proszę, zanim będzie za pózno, bo mama będzie
przemeblowywać dom - powiedział ojciec. - A teraz muszę już
iść. Pora otworzyć sklep.
Zawsze ten sklep. Celie westchnęła i spróbowała pomyśleć
o nim tak, jak zrobiłby to Jacob.
- A jak tam interesy?
- W porządku. Teraz mamy mały ruch, jak to po świętach,
ale niedługo zacznie się Letni Festiwal. Może wtedy przyje-
dziesz? Posadzę cię za ladą.
- Zawsze o tym marzyłam - cierpkim tonem rzuciła Celie.
- Zawsze o tym wiedziałem - odparł ze śmiechem ojciec.
97
S
R
- Au revoir, papa - odparła Celie. - Czy on nie ma kogoś do
pomocy? - zapytała, gdy matka przejęła słuchawkę.
- Jest szczęśliwy, kiedy może wszystko zrobić sam. Wiesz,
jak kocha księgarnię. To całe jego życie. I czy ci się to podoba,
czy nie, to także twoje życie.
Celie chciała coś odpowiedzieć, ale się rozmyśliła. Dzie-
dzictwo. Sądząc po Jacobie, nie zawsze musiało ono być cię-
żarem.
- Czasami naprawdę widzisz za dużo, mamo.
- Jak to matka. A teraz opowiedz mi, co porabiasz.
W sobotni poranek w sklepie rolniczym panował całkiem
spory ruch.
Siwowłosa sprzedawczyni uśmiechnęła się do Celie zza la-
dy.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry - odrzekła Celie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]