[ Pobierz całość w formacie PDF ]

kabiny.
- Przynajmniej pasuje na mnie  powiedziałam. Spostrzegłam jednak, że Afrodyta wcale nie
patrzy na
moje ubranie, tylko na mój Znak, co mnie wkurzyło. Dobrą mam Znak wypełniony kolorem, i co z
tego? Mimo to się nie odezwałam. W końcu to impreza Afrodyty, a ja jestem tu tylko gościem. Czyli:
pozostaję w zdecydowanej mniejszości, więc powinnam cicho siedzieć.
- Ponieważ ja prowadzę cały obrzęd, nie będę miała czasu, by cię bez przerwy prowadzić za
rączkę.
Może i powinnam trzymać buzię na kłódkę, ale nie wytrzymałam:
- Słuchaj, Afrodyto, wcale nie musisz prowadzić mnie za rączkę.
Popatrzyła na mnie spod zmrużonych powiek, a ja przygotowałam się na kolejną scenę
zazdrośnicy. Ona jednak uśmiechnęła się nieprzyjemnie, co bardziej przypominało obnażenie kłów
przez rozwścieczonego psa. Nie nazwałam jej jeszcze suką, ale skojarzenie samo się nasuwało.
- Jasne, że nie muszę. Po prostu prześlizgniesz się przez te obchody tak samo, jak prześlizgnęłaś
się przez wszystko inne. W końcu jesteś nową pupilka Neferet.
Zwietnie, nie ma co. Nie dość, że była zazdrosna o Erika i zaniepokojona moim niezwykłym
Znakiem, to jeszcze zazdrościła mi tego, że Neferet jest moją mentorką.
- Wiesz, Afrodyto, nie sądzę, bym była nową pupilka Neferet. Po prostu jestem tu nowa. 
Starałam się przemawiać do niej rozsądnie, nawet się uśmiechnęłam.
- Mniejsza o to. Gotowa jesteś? Zrezygnowałam z pomysłu przeprowadzenia z nią rzeczowej
rozmowy, marząc, by jak najszybciej odbył się i zakończył ten nieszczęsny rytuał.
- Chodzmy.  Przeszła ze mną przez resztę sali i po prowadziła mnie do kręgu. Dwie
dziewczyny, do których podeszłyśmy, rozpoznałam jako  wiedzmy z piekła rodem" towarzyszące jej
w stołówce. Tyle że teraz nie miały miny, jakby zjadły kwaśną cytrynę, ale uśmiechały się do mnie
ciepło.
To mnie nie zwiodło. Mimo wszystko też się do nich uśmiechnęłam. Kiedy jest się na terytorium
nieprzyjaciela, najlepiej wtopić się w otoczenie, niczym się nie wyróżniać i udawać głupka.
-Cześć, jestem Enyo  powiedziała jedna z nich, ta wyższa. Oczywiście była blondynką ale jej
długie włosy przypominały bardziej łan zboża niż złoto, choć w wątłym blasku świec trudno
było orzec, które z tych banalnych określeń jest trafniejsze. Ponadto nie wydawało mi się, by
Enyo była naturalną blondynką.
-Cześć  odpowiedziałam.
-A ja jestem Dejno - - odezwała się ta druga. Na pewno była mieszańcem dwu ras, jej cera
przypominała kawę mocno rozbieloną śmietanką włosy miała wspaniałe, gęste i kręcone,
pewnie takie, które nie dają się rozprostować ani na chwilę bez względu na wilgotność powie-
trza.
Obie były na swój sposób idealne.
-Cześć  powtórzyłam. Czując się klaustrofobicznie, stanęłam miedzy jedną a drugą, gdyż
zrobiły mi miejsce w kręgu obok siebie.
-%7łyczę wam trzem przyjemnych obchodów  powie działa Afrodyta.
-Na pewno będzie przyjemnie  obie odpowiedziały chórem i wymieniły między sobą tak
znaczące spojrzenia że skóra mi ścierpła. Starałam się zwrócić uwagę na coś innego, bym
wiedziona impulsem, a nie dumą nie wyparowała z tej sali.
Teraz z wnętrza kręgu lepiej mogłam widzieć resztę sali: wyglądała podobnie jak świątynia Nyks,
z tą tylko różnicą, że przy stole dostawione było krzesło, na którym ktoś siedział w niedbałej pozie.
Siedział, to może za dużo powiedziane. Wciśnięty w krzesło albo rzucony na nie  on lub ona  w
kapturze zasłaniającym głowę.
No cóż...
Stół nakryty był taką samą aksamitną materią w czarnym kolorze, która pokrywała ściany, a na
blacie stał posążek bogini, misa z owocami, chlebem, kilka kielichów i dzbanek. Oraz nóż. Przetarłam
oczy, by mieć pewność, że dobrze widzę. Tak, to był nóż, z kościanym trzonkiem, długim zakrzy-
wionym ostrzem, stanowczo zbyt ostrym jak na nóż, którym bezpiecznie można kroić owoce czy
chleb. Dziewczyna, którą chyba widziałam już w internacie, zapalała grube trociczki wetknięte w
ozdobne kadzielniczki ustawione na stole, całkowicie ignorując tego kogoś na krześle. O rany, czy ten
dzieciak zasnął?
Natychmiast całe wnętrze zaczęło się wypełniać dymem - zielonkawym, wijącym się, przybierającym
niesamowite kształty duchów. Spodziewałam się, że będzie miał słodkawą woń, jak kadzidełka w
świątyni Nyks, ale gdy dotarła do mnie smuga dymu, zaskoczył mnie jego gorzki zapach. Wydał mi
się jakoś znajomy, zmarszczyłam brwi, starając się ze wszystkich sił przypomnieć sobie, skąd go
znam. Trochę przypominał mi liście laurowe, trochę gozdziki. (Muszę pamiętać, by podziękować
Babci, że mnie nauczyła rozpoznawać zapachy różnych przypraw i ziół). Wciągnęłam raz jeszcze w
nozdrza intrygujący zapach i poczułam, że trochę mi się zakręciło w głowie. Dziwne. Miałam
wrażenie, że zapach się zmienią w miarę jak rozchodzi się po sali, tak jak niektóre drogie perfumy,
które na każdym inaczej pachną. Niuchnęłam raz jeszcze. Tak. Liście laurowe i gozdziki. Ale coś
jeszcze. Coś, co sprawiało, że całość ostatecznie pachniała gorzko i ostro. Zapach ciemny, tajemniczy,
pociągający jak zakazany owoc
Zakazany owoc? Tak, teraz już wiem.
Do diabła! Pokój wypełniał zapach dymu ziół zmieszanych z marihuaną. Nie do wiary! To ja
broniłam się zawsze przed spróbowaniem skręta (przecież to jest niehigieniczne, a poza tym dlaczego
miałabym brać coś, po czym dostaje się dzikiego apetytu na tuczące fast foody?), odrzucałam nawet
delikatnie czynione propozycje na różnych imprezach, by zobaczyć, jak to jest, a tymczasem teraz
stoję tutaj w kłębach dymu marychy?! Kayla by nigdy w to nie uwierzyła.
Ogarnięta paranoidalnym strachem (może to efekt uboczny działania marihuany), rozejrzałam się
po całym kręgu pewną że zaraz zobaczę jakiegoś profesora, który natychmiast wkroczy i... coś zrobi...
boja wiem co... na przykład ześle nas do karnego obozu, do jakich zsyła się sprawiających kłopoty
nastolatków.
Na szczęście tutaj (w przeciwieństwie do świątyni Nyks) nie było dorosłych, jedynie około
dwadzieściorga nastolatków. Rozmawiali normalnie, jakby to była pestka: serwować marihuanę, która
przecież jest całkowicie zakazana. Starając się oddychać jak najpłycej, zwróciłam się do dziewczyny [ Pobierz całość w formacie PDF ]