[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Rozpostarła na ziemi opończę i zaczęła zawijać w nią wszystkie pakunki, formując z
nich zgrabny tobołek.
Sander dwoma pospiesznymi łykami uporał się z suszonymi owocami. Miały cierpki
smak, a mała porcja nie wystarczyła do zaspokojenia dręczącego go głodu. Miał nadzieja że
w lesie, do którego zmierzali, uda mu się ustrzelić Jakieś zwierzę. Potrzebował siły, jakiej
mógł mu dostarczyć taki mięsny posiłek.
Usiłował teraz sporządzić tobołek, używając derki służącej za podkład dojazdy na
Rhinie, do spakowania wszystkich rzeczy. Najcięższe były narzędzia kowalskie i w duchu
wściekał się na nieobecność kojota. Rhin był nie tylko groznym wojownikiem, lecz także
rączym biegaczem. Sander poczuł ukłucie złego przeczucia. Nie wiadomo, na co mogą
natrafić w tym nowym kraju. Nie miał też pojęcia, jak odnalezć kojota, jeśli zwierzę popadło
w jakieś tarapaty.
Tobół na ramionach ciążył mu niesłychanie. Był jednak zdecydowany nie narzekać,
gdyż łatwość i pewność siebie, z jaką Fanyi maszerowała naprzód w gęstniejący cień drzew,
stanowiła poniekąd wyzwanie. Sander posuwał się przed siebie z miotaczem strzał gotowym
do użytku.
Drzewa były bardzo duże, z potężnie rozgałęzionymi koronami. Niektóre liście żółkły
już lub czerwieniały, tu i ówdzie kilka szybowało w dół, by dołączyć do spoczywających od
wieków w ściółce towarzyszy, tworzących miękki, tłumiący odgłos kroków kobierzec.
Po raz pierwszy Sander uświadomił sobie coś, czego nie przewidział. Na otwartych
równinach mógł skupić się na jakimś punkcie orientacyjnym jak na drogowskazie i według
niego posuwać się naprzód. Tutaj, gdzie wszystkie drzewa były do siebie podobne, trudno
było mieć pewność, iż kieruje się na właściwą ścieżkę, a nie kręci w kółko.
Sander przystanął. Może lepiej byłoby trzymać się morskiego brzegu. Wiadomo było
przynajmniej, że idąc wzdłuż niego nie można zabłądzić. Fanyi zwolniła, spoglądając na
niego przez ramię.
 Co się stało?
Wstydził się własnej niewiedzy, lecz musiał się do niej przyznać.
 Nie wiem, którędy iść i czym się kierować. Tutaj wszystko jest do siebie podobne.
 Jest jednak coś. Byłam kiedyś w tych stronach, jest tu droga& droga na północ&
Droga? Od początku wspólnej podróży była tak pewna siebie i przemawiała z takim
przekonaniem, iż musiał wierzyć, że wie, co robi. Ale droga& !
Fanyi przywołała go skinięciem ręki, więc z wahaniem podążył za nią. Oglądając się
za siebie nie widział już nic prócz drzew. Nie był też pewien, dokąd zaprowadzi ich ta
plątanina konarów i zwisających nisko gałęzi. Ona jednak nie okazywała zakłopotania.
Zaledwie chwilę pózniej wyszli na bardziej otwartą przestrzeń. Zwały zmieszanych z
ziemią liści nie całkiem zakrywały tutaj zeszpeconą dziurami, ulegającą szybkiemu
niszczeniu przez wypełzające, atakujące ją z obu stron korzenie, lecz bez wątpienia sztuczną
nawierzchnię.
Droga ta biegła prosto, a obramowujące  czy też raczej atakujące  ją drzewa były
jeszcze całkiem młode, tak więc było tu jasno i przestronnie i widać było spory szmat terenu
przed nimi. Fanyi skinęła na niego:
 Widzisz? Jest tak, jak mówiłam. To droga z Poprzedniej Epoki. Dość mocno
nadgryzł ją ząb czasu, ale nadal jest co oglądać. Tutaj zakręca  wskazała ręką w lewo na
zachód.  Przebiega tamtędy, lecz od tego miejsca biegnie na północ, przynajmniej tak mi
wiadomo&
Sander odnalazł ślady dawnego zakrętu; droga chyba nigdy nie znajdowała się na
otwartej przestrzeni. Zastanawiał się, dlaczego. Wydawało mu się, że o wiele łatwiej jest
zbudować taką autostradę przez równiny, aniżeli w matni lasów. Poza tym była węższa od
dwóch wielkich dróg, na jakie natknęła się Wspólnota w czasie swych wędrówek (Mattiey
kiedyś przemierzył jedną z nich wszerz krokami). Były tak szerokie, że nawet
Zapamiętywacze nie byli w stanie powiedzieć, jak nieprzebrane musiały być rzesze ludzi,
skoro używały takich dróg.
Nawierzchnia tutaj była tak wyboista, że musieli iść wolno i ostrożnie, żeby nie wpaść
na jakąś przeszkodę lub nie skręcić nogi w jakiejś zarośniętej dziurze. Jednak droga ta
doprowadziła ich do wody.
Sander usłyszał odgłos strumienia, zanim jeszcze dotarli do wyszczerbionej krawędzi
przęsła spinającego niegdyś jego brzegi. Nad nakrapianą słońcem powierzchnią tańczyły małe
muszki, stanowiąc żer dla innych, o wiele większych owadów. Nurt był bardzo bystry, a
strumień tak czysty, że widać było brązowe kamienie tworzące jego koryto. Zostawił swój
bagaż przy Fanyi i z bukłakiem w ręce zsunął się na dół, by wypłukać pojemnik, a następnie
napełnić go po brzegi.
Ponieważ most praktycznie nie istniał, wykorzystali jego zielone od wodorostów i
wypłukane przez wodę szczątki w charakterze stopni, po których przeprawili się na drugą
stronę. Podniesiony na duchu zaspokojeniem najbardziej palącej potrzeby, czyli znalezieniem
wody, Sander zaczął się poważnie rozglądać za sposobem zaspokojenia kolejnej potrzeby 
głodu. [ Pobierz całość w formacie PDF ]