[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Człowiek o pięciu imionach. - Kto pod kim dofki kopie. - Na co się zdaia cięzKa
beczka. - Przez mur cmentarny
- Jasiek... Jasiek... stój! Gdzie lecisz?
- Wawrzuś! Jak mi Bóg miły, myślałem, żeś umarł.
- Mogłeś tak samo umrzeć i ty; com się nałaził wedle waszej chałupy i onego
cmentarza, to strach.
- A com ja się ciebie naczekał w każdą niedzielę!
- Aha, czekałeś ta, gadaj zdrów; drzwi na kłódkę, okiennice zaparte.
- Juści. Przecieżem ci gadał na wyrozumienie, że skoro pań wyjeżdża, wszystko
na moc zamyka; ino kuchenkę od podwórza wolną zostawia i tam po całych
dniach siedzę. Czemużeś we drzwi nie walił? Byłbym usłyszał i z tamtej strony
cię wpuścił przez furtkę w parkanie. Tyle niedziel, tyle niedziel...
- Ij... cobyśmy lamencili po próżnicy; dobrze się stało, żeśmy się dziś spotkali, to
się już tak umówimy, że nie będzie bałamuctwa. Gdzie idziesz?
- Na Kłeparz do zajazdu. Już czwarty dzień stary mnie tam pędza, kupca
jakiegoś pilno wyczekuje. w go zawiadomił przez wędrownego Słowaka czy
Cygana, że w tych dniach będzie w Krakowie i "Pod Czerwonym Koniem"
zamieszka. Widno kumoter z jednego cechu, mają ze sobą sprawki. Tak mnie
też posyła i posyła, nie może się doczekać. A ty gdzie?
- Ja po złoto do mistrza Macieja, brata panowego.
- To mistrz Wit mają tu brata?
- Jakże, starszy cechu złotników; z jego córką nasz Stanko żeni się niebawem.
Słyszysz ty? Cóż tam za krzyki?
- Aha... w bęben biją!
- Ludzie biegną ku ratuszowi... już wiem, wiem, pewno zgubę jaką wielką
obwołują albo jakie zarządzenie lub rozkaz pana burmistrzowy.
- Chodzmy i my posłuchać.
Pod wieżą ratuszową była niewielka przystawka o trzech kamiennych arkadach
i schodkach, przed którymi leżały dwa rzezbione lewki. Teraz gmach ratusza,
przystawkę i schodki otaczał zbity tłum ludzi; na schodach sługa miejski bił co
siły w taraban, chwilami zupełnie przestając. Ciągle napływały nowe gromady,
przechodnie biegli z ulic ku rynkowi i stawali przed ratuszem. Wawrzuś i Jasiek
przepychali się przez ścisk i znalezli się niebawem przy jednym z kamiennych
lewków. Pod arkadami przystawki stanął mąż poważny, z siwiejącą brodą.
- Znaczny pań jakiś; podwójci czy co? - szepnął Jasiek w ucho Wawrzusiowi.
- Cicho, cicho - mruknął Wawrzuś - będzie cosik czytał. Urzędnik miejski
zwiniętym w rulon papierem dał znak, by uciszyć wrzawę, po czym
rozwinąwszy pismo, czytał:
My, burmistrz, konsulowie i rajcy świetnego królewskiego miasta Krakowa na
polecenie urzędu starościńskiego ogłaszamy wszem wobec i każdemu z osobno
uniwersał niniejszy:
Zbrodzien bezecny, niewiadomego miana, zwany Czarny Rafał, vulgo Majster
alias Wojewoda, alias Piskorz, grasujący armata manu po różnych ziemiach
tego najjaśniejszego królestwa oraz po krajach litewskich; czyniący łupiestwa,
grabieże, mężobójstwa po gospodach, drogach i lasach, podań jest zaocznie
wyrokiem sądawym na karę pręgierza i śmierci szubienicznej, gdziekolwiek w
Koronie czy w Litwie pojman będzie. Który recente w trackim województwie, w
lesiech między Białymstokiem a Kuznicą, na kupce Ormiany ze Lwowa jadące
do Wilna z hultajstwem swoim z zasadzki wyskoczył, pachołki onych poranił,
towar ich odbić usiłował, tak że mu się ledwie obronie zdolili. Za czym,
starościńska siła zbrojna scigan, przepadł bez wieści.
Ktobykolwiek jego ukrycie urzędom królewskim czy miejskim wiadomym
uczynił, w nagrodę czerwonych złotych dwadzieścia, kto by go zasię żywym czy
umarłym onymże urzędom wydal, czerwonych złotych pięćdziesiąt otrzyma.
Który, choćby spólnikiem łotra tamtego być się okazał, byle jeno krwie ludzkiej
na rękach jego nie było, wszelakiej kazni waleń będzie, niemniej i nagroda
wyliczona mu zostanie.
- Ano, przyjdzie łotrowi na koniec; ino kto go złapie? Wawrzek... a tyś co tak
oczy wytrzeszczył? No, trzymaj, bo ci na bruk wypadną. %7łal ci zbója czy co [ Pobierz całość w formacie PDF ]