[ Pobierz całość w formacie PDF ]

trzył się w nią ciemnymi, zaintrygowanymi oczami.
- O co chodzi, Jack?
S
R
- Czy odzyskałem przytomność na promie?
- Tylko na chwilę.
- Tak mi się zdawało, ale to takie mgliste... nie mogę
sobie przypomnieć. To było coś ważnego... o, tak...
- Tak?
- Aleks. Powiedziałem mu, że chcę mieć tę motorówkę.
Porozmawiaj z Mary... powiedz jej, żeby się z nim skontak-
towała i upewnij się, że wszystko zrozumiał. Niech przygotu-
ją papiery... nie chcę tego stracić...
- Oczywiście - obiecała Kaye bezbarwnym głosem. -
Czy to wszystko, co chciałeś mi powiedzieć?
- Tak, poza tym, że... - Wyciągnął do niej rękę. - Chyba
miałaś rację. Może na drugi raz cię posłucham.
- Może - powiedziała drżącym głosem, ściskając jego
dłoń. - Nie Uczę na to.
- Już mnie trochę poznałaś, prawda?
- Trochę. - Wzięła głęboki oddech. - Jack, ja...
- Głowa mi pęka. Chyba się prześpię.
- Tak, oczywiście.
Cicho podeszła do drzwi. Kiedy się odwróciła, już spał.
ROZDZIAA 6
S
R
Na drugi dzień Jacka przewieziono do szpitala w pobliżu
Maple Lodge, a dwa dni pózniej był już w domu. Tak jak
poprzednim razem, został wypisany na własną prośbę.
- Obiecałem, że nie będę robić nic, co wymaga wysiłku
fizycznego, no i, oczywiście, czuję się związany słowem ho-
noru. - Wygłosił to oświadczenie z nienaturalnie poważną
miną. Kiedy obydwaj starsi panowie zgodnie z jego oczeki-
waniami wybuchnęli śmiechem, dodał prowokująco: - Nie
mam pojęcia, o co wam chodzi. Jestem znany z tego, że
dotrzymuję słowa.
- Oczywiście - zgodził się natychmiast Sam.
- I aby wam to udowodnić, przez jakiś czas będę sypiał
na dole w gabinecie. Nie będę nadwerężał starych kości
wspinaczką po schodach.
Mówiąc to, nie patrzył na Kaye. Zwiadoma ciekawych
spojrzeń, odezwała się z uśmiechem:
- Założę się, że przyrzekłeś też, iż nie będziesz ciężko
pracował. Nie fundowałabym nagrody za odgadnięcie, czy
zamierzasz dotrzymać tej obietnicy.
- Oczywiście, że zamierzam - odparł z urażoną godno-
ścią. - Gdy tylko odpowiem na wszystkie listy, oddzwonię,
przeczytam sprawozdania, podpiszę, co trzeba, przeprowadzę
negocjacje z bankiem i załatwię sprawy oczekujące na zała-
twienie, będę odpoczywał.
Zrobił tak, jak obiecał. Całymi dniami zajmował się inte-
resami, jakby nic się nie wydarzyło. Pewnego razu zabrał
rodzinę na lunch, by, jak się wyraził  uczcić swój powrót do
zdrowia i jeszcze coś", w sprawie czego z uporem zachowy-
wał tajemnicę. Odpowiedz otrzymali, kiedy po powrocie uj-
rzeli przed frontowymi drzwiami domu nowy samochód,
S
R
lśniący w blasku słońca.
- Twój prezent ślubny. - Jack z uśmiechem zwrócił się do
Kaye.
Wytworny samochód, o jasnoniebieskiej karoserii od razu
przypadł jej do serca.
- Jack, nie spodziewałam się... - Urwała zakłopotana.
- Najważniejsze, żeby ci się podobał.
- Ależ bardzo mi się podoba... - powiedziała z zachwy-
tem i rzuciła się mężowi na szyję. Pocałowała go entuzja-
stycznie. Roześmiał się i oddał pocałunek, jak przystało na
kochającego męża.
Georgy podskakiwała i biła brawo. Sam i Bertie wyrazili
swoją aprobatę równie hałaśliwie. Sam otworzył drzwiczki
i zademonstrował Kaye wszystko po kolei, zupełnie jakby
nigdy przedtem nie widziała żadnego samochodu.
Podczas gdy Sam zachwycał się prezentem, Jack nie-
zwłocznie pokuśtykał do domu. Kaye odnalazła go w gabine-
cie parę minut pózniej. Wyglądał na wyczerpanego i rozcierał
ramię.
- Nadwerężyłeś je. - W jej głosie wyczuwało się nie-
pokój.
- Przestań zachowywać się jak Sam. Nie wiem, które
z was bardziej przypomina zrzędzącą staruszkę.
- Jack, to piękny samochód. Dziękuję, że o mnie pomy-
ślałeś.
- Będziesz potrzebować samochodu, skoro masz jezdzić
z Georgy, a ja nie zawsze mogę obejść się bez Harry'ego -
zauważył. - Jest lekki i łatwy w prowadzeniu. Powiedziałem
mu, żeby tego dopilnował.
- To Harry go wybrał?
- Jest ekspertem w takich sprawach. Niewielu mężczy-
S
R
znom powierzyłbym bezpieczeństwo mojej żony i córki, a ja
jestem w pewnym sensie unieruchomiony. - Smętnie wskazał
na ramię.
- Tak, naturalnie. Ja tylko... dziękuję ci.
- Proszę bardzo.
- Jack, jak długo jeszcze będziesz sypiał na dole? Jestem
pewna, że mógłbyś...
- Kanapa jest bardzo wygodna, a wejście na schody
wciąż sprawia mi kłopot. Na wszystko przyjdzie czas, Kaye.
- Widząc, że stoi niezdecydowana, znów się do niej
uśmiechnął. Ten zadowolony uśmiech przywołał jej na pa-
mięć słowa, które Jack wypowiedział dawno temu.
 Czasem się zastanawiam, czy obdarzanie ludzi prezen-
tami nie jest w istocie pewnego rodzaju unikiem".
Mówił wówczas o sobie, ale nie wierzyła mu. Aż do te-
raz.
- Dlaczego nie wypróbujesz samochodu?
Równie dobrze mógłby powiedzieć: ,,Biegnij i zajmij się
swoimi zabawkami" - pomyślała.
Popołudnie zeszło Kaye na oswajaniu się z nowym po-
jazdem. Był wygodny, sprawny i wystarczająco szybki. Od
razu poczuła się pewnie, siadając za kierownicą. Pomyślała,
że może wymaga za dużo, ale żałowała, że to nie mąż go wy-
brał, a jedynie jego pracownik.
Jack nie zjawił się na kolacji. Sam wyjaśnił, że syn spę-
dza wieczór na telefonicznych rozmowach z zagranicznymi
kontrahentami. Kiedy nadeszła pora snu, Kaye zajrzała do
gabinetu, aby powiedzieć dobranoc. Jack przesłał jej z daleka
pocałunek.
- Chodz na jednego do poduszki - zawołał Sam, kiedy
stamtąd wychodziła.
S
R
Starszy pan siedział samotnie we frontowym pokoju. Gdy
wcisnął w jej dłoń szklaneczkę z jej ulubioną sherry, Kaye
podziękowała i usiadła obok niego na sofie. Nie miała ochoty
wracać do pustego pokoju. Miło było posiedzieć z Samem.
Z czasem stał się jej niemal tak bliski jak Bertie.
- On za dużo pracuje - zauważył Sam z westchnieniem.
- Wiem, ale nie potrafię go powstrzymać. A ty?
- Ja? Jack nie słucha mnie, odkąd dziesięć lat temu prze-
jął nasz pierwszy sklep i powstrzymał go przed... to znaczy,
kiedy wszedłem z nim w spółkę i pokazałem mu sekrety...
Do diabła! Przecież wiesz, co mam na myśli.
- Tak - potwierdziła z pełnym czułości uśmiechem.
- Zawsze chadzał własnymi drogami, nie zważając na
opinie innych. Przeprowadza swoją wolę bez względu na
okoliczności. Och, jest w tym naprawdę dobry. A do tego ma
nieodparty wdzięk, którym zjednuje sobie ludzi.
- Myślę, że to też sprawa genów - zauważyła Kaye, uno-
sząc szklaneczkę jak do toastu.
- Czasami zastanawiam się, jak by się potoczyło nasze
życie, gdyby matka Jacka była z nami.
- Dawno temu zmarła?
- Nie umarła. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
Odeszła od nas, gdy Jack miał dwanaście lat. Od tamtej pory
wszelki słuch o niej zaginaj.
- Matka porzuciła go, kiedy był dzieckiem? - Kaye była
zaskoczona.
- Właśnie. Nawet się nie obejrzała. Na żadnego z nas. Jej
nowy przyjaciel nie chciał zawracać sobie głowy cudzym
dzieciakiem.
- Biedny Jack. To musiał być dla niego cios.
S
R
- To prawda, ale nigdy byś się tego nie domyśliła. Nie
dawał nic poznać po sobie, był pogodny i uśmiechnięty. Do-
piero wieczorem, gdy zostawał sam w łóżku, płakał. Zacho-
dziłem do niego, długo rozmawialiśmy i czasami zdobywał
się na szczerość. Kiedy indziej zapierał się, że nie płakał
i wszystko jest w porządku, po czym żartował i zmieniał te-
mat. A czasami mnie próbował pocieszać. Kiedy poznał El-
sie, od początku przeczuwałem kłopoty. Miał wówczas zale-
dwie dwadzieścia jeden lat, ona o osiem więcej, niemniej był
nią zafascynowany. Zdążył właśnie zarobić pierwsze duże
pieniądze, a Elsie postanowiła go zdobyć. Była wtedy aktor-
ką i z pewnością doskonale odegrała swoją rolę. Gdy zaszła
w ciążę, Jack nie zastanawiał się ani chwili i zaproponował
małżeństwo. Próbowałem go ostrzec przed pochopną i ryzy-
kowną decyzją, ale kiedy już Jack coś postanowi, trudno go
od tego odwieść. [ Pobierz całość w formacie PDF ]