[ Pobierz całość w formacie PDF ]

by nie wierzyć Bernardowi z Rodez, chociaż był on synem jej wuja, hrabiego Henryka.
Postanowiła zaufać Reynaudowi.
Teraz, kiedy złożyła swój los w ręce templariusza, zaczęły ją trapić wątpliwości,
czy postąpiła słusznie. Ten wyjazd do Carcassonne to nie żadna zwykła wycieczka.
Sprawa była naprawdę poważna i ona jest w to zaangażowana po uszy. Reynaud miał
niewątpliwie do spełnienia ważną misję. Miał też wrogów, którzy zechcą mu przeszko-
dzić.
Do tej chwili nie zdawała sobie sprawy, że może jej grozić rzeczywiste niebezpie-
czeństwo. Na szczęście była z Reynaudem. Pozostaje jej jedynie trzymać się busko tej
ciemnej postaci jadącej przed nią, a on już powinien zadbać o to, by nic złego się jej nie
przydarzyło.
Z tyłu trzasnęła gałąz. Reynaud czujnie obejrzał się za siebie. W słabej poświacie
księżyca jego twarz bielała jak skorupka jajka. Poczekał, żeby Leonor do niego podje-
chała, i dał jej znak, by zatrzymała klacz i nie odzywała się. Nasłuchiwał uważnie, kręcąc
R
L
T
głową na wszystkie strony, po czym nakazał na migi, by zjechała za nim ze szlaku mię-
dzy drzewa.
Leonor nie słyszała niczego oprócz własnego oddechu, a im bardziej starała się
oddychać ciszej, tym głośniejszy jej się wydawał.
Z drzewa, pod którym się schronili, zerwała się spłoszona sowa. Coś musiało ptaka
przestraszyć. Leonor zrozumiała co, gdy do jej uszu doszedł cichy tętent konia na go-
ścińcu. Czy to możliwe, by Bernard z Rodez odkrył podstęp tak szybko?
Reynaud uniósł w górę palec wskazujący. Jeden jezdziec. Wycofał konia jeszcze
głębiej między drzewa.
Leonor trzymała wodze swojego z taką siłą, że zdrętwiały jej palce.
Tętent przybliżał się. Leonor wstrzymała oddech. Uderzenia kopyt końskich były
teraz bardzo głośne, szybko jednak zaczęły cichnąć. Wzdrygnęła się. Ktokolwiek mknął
gościńcem, przejechał obok ich kryjówki, nie zauważając ich.
Odczekali jeszcze trochę, dopóki spłoszony nocny ptak nie uspokoił się i nie zaczął
znowu pohukiwać, po czym ostrożnie wyprowadzili konie spomiędzy drzew na gości-
niec. W milczeniu ruszyli przed siebie.
Minęła godzina. Drogę Leonor przebiegł szczur. Nie mogła powstrzymać okrzyku
przerażenia.
- Co się dzieje? - rzucił przez ramię Reynaud.
Leonor nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie chodziło tylko o to niewielkie zwierzę.
Nagle uświadomiła sobie rzecz oczywistą. Zwiat poza Grenadą był o wiele grozniejszy,
niż sobie wyobrażała.
- Zastanawiam się, co rozpętałam, kierując na niewłaściwą drogę tego gbura Ber-
narda z Rodez.
- Dlaczego teraz o tym myślisz?
- Ten człowiek ma nieczyste zamiary. %7łebyś wiedział, jak mu zależało na tej in-
formacji! Starał się ją dostać prośbą i grozbą. Myślałam, że będę musiała krzyczeć o
pomoc.
- Co jeszcze mu powiedziałaś?
Choć czuła się nieswojo, uśmiechnęła się do siebie.
R
L
T
- Reynaudzie, kim naprawdę jest Bernard z Rodez? I czego on chce? - zignorowała
jego pytanie.
Odwrócił głowę.
- On jest rycerzem zakonu szpitalników imienia świętego Jana Jerozolimskiego.
Jemu, tak jak i wielu innym joannitom, nie podoba się pomysł sojuszu Grenady z tem-
plariuszami. A poza tym on pragnie złota templariuszy, które wiozę.
Klacz stąpała cicho pod wyściełanej opadłymi liśćmi drodze. Leonor nie spuszcza-
ła wzroku z jadącego kilka kroków przed nią rycerza.
- Jaką ty odgrywasz rolę, Reynaudzie? Dlaczego wieziesz w swoich jukach złoto
templariuszy?
Nie odpowiedział.
- Dlaczego milczysz?
- Nie chcę, żebyś wiedziała.
- Dlaczego?
- Wierz mi, Leonor, będziesz bezpieczniejsza, nie wiedząc.
Poczuła się urażona. Było jasne, że nie powiedział jej wszystkiego. Miał jakąś ta-
jemnicę, ale mimo to ufała mu.
- Czy lojalność wobec Grenady stoi w sprzeczności z lojalnością wobec zakonu
templariuszy? Taki jest twój dylemat?
Znowu nie odpowiedział.
Odwrócił się i popatrzył na nią. Jego twarz była biała i napięta, usta zaciśnięte.
Spojrzenie, jakie jej posłał, stopiłoby płatki śniegu. Ból we wzroku, którym ją przy-
gwozdził, powstrzymał Leonor od zadawania dalszych pytań.
Dobry Boże! Coś, co wyglądało na drobną przysługę oddaną emirowi Yusefowi, a
dla niej stanowiło niewinną przygodę, okazało się skomplikowane i przerażające. Rey-
naud miał rację. Zwiat poza Grenadą był niebezpieczny.
Leonor nigdy jednak nie byłaby skłonna przyznać się Reynaudowi, że się boi.
Okazałby niezadowolenie, potraktowałby ją w taki sposób, że poczułaby się jak dziecko,
małe i nic nieznaczące.
R
L
T [ Pobierz całość w formacie PDF ]