[ Pobierz całość w formacie PDF ]

a dom jest tam, gdzie jest nasze serce.
Wstał, dolał Kathy wina.
- A ty? Jesteś tu szczęśliwa? Czujesz, że należysz do Bentham?
Obracała szklankę w dłoni, przyglądając się wydostającym się na
powierzchnię pęcherzykom powietrza. Zaczynało jej się lekko kręcić w
głowie.
- Tak, choć to miasto nie będzie już tym samym, kiedy twój cholerny wuj
dopnie swego.
Will skamieniał. Wydało jej się, że temperatura powietrza podskoczyła
nagle o kilka stopni.
- Na Boga, Kathy, zmień płytę!
Był wzburzony, a jej udzielił się jego nastrój.
- Nie potrafię o tym zapomnieć - wyrzuciła z siebie, siadając gwałtownie. -
Rozejrzyj się, bo za chwilę ten piękny widok zniknie na zawsze, z powodu
żądzy pieniądza. Nigdy o tym nie zapomnę! - dodała z pasją. - Moja rodzina
uprawiała tę ziemię od pokoleń, na długo przedtem, zanim zjechał tu
pierwszy Curtis. I wcale nie oczekuję od ciebie zrozumienia, bo ty masz to w
nosie!
Chciała odejść, ale chwycił ją za rękę i zatrzymał.
- Nic nie wiesz - odparł niemal opryskliwie. - Wuj nie pozbywa się tej
ziemi dla zysku, ale nie mogę ci wyjawić jego motywacji. I bardzo mnie ta
sprawa obchodzi, bo jestem w nią osobiście zaangażowany! Musimy zdobyć
pieniądze, cokolwiek by to miało znaczyć!
- A więc jesteście w zmowie! Powinnam się była domyślić. Jaki stary, taki
młody. Liczy się tylko forsa!
Rozpalona, patrzyła na niego hardo, a on mierzył ją rozjuszonym
wzrokiem.
- Nie wiesz, o czym mówisz - syknął cicho.
Ich uwagę odwróciła nagle grupka roześmianych biegaczy w sportowych
strojach. Will spuścił głowę i zacisnął pięści. Wyglądał jak ktoś, kto dzwiga
na barkach brzemię całego świata. Może rzeczywiście za sprzedażą ziemi
kryją się jakieś tajemnicze powody nie do ominięcia, pomyślała Kathy,
przygryzając wargę. Nie potrafiła w inny sposób wytłumaczyć sobie jego
burzliwych reakcji na każde przypomnienie istotnej dla niej kwestii.
Miała wyrzuty sumienia. W końcu urządził im miłe popołudnie, ona zaś
nie uszanowała jego starań i zepsuła wszystko jednym zdaniem.
- Przepraszam - wyszeptała ze skruchą. - Chyba przesadziłam, jak zawsze,
gdy mowa o Randolphie...
- Zauważyłem. - Will był spięty, ale odwrócił się ku niej.
- Nie chodzi wyłącznie o te plany - ciągnęła. - Mam inne powody, żeby nie
darzyć go sympatią. Nie wiesz, co zrobił mojej matce...
Spojrzał na nią zdumiony.
- A co do diabła mógł zrobić?
- Unieszczęśliwił ją.
- W jaki sposób? - Zmarszczył nieprzyjaznie brwi. Natychmiast
pożałowała swego zwierzenia, do którego podkusiło ją chyba wino, bo
dlaczego miałaby zdradzać obcemu mężczyznie rodzinne sekrety?
- Nie mówmy o tym - szepnęła. - I tak by cię to nie zainteresowało.
- Nie rozumiem. - Jego głos brzmiał już spokojniej. -Twoja matka, o ile się
nie mylę, zmarła jakiś czas temu, kiedy nie było jeszcze mowy o sprzedaży
ziemi. Jak zatem wuj ją skrzywdził? Chciałbym wiedzieć.
Bawiła się kosmykiem włosów za uchem. Nikt oprócz niej nie czytał słów
matki, zresztą i ona nie była pewna, co naprawdę znaczą. Wiedziała jedynie,
że Randolph był z tym bezpośrednio związany. Słowa matki zapisały się w
jej pamięci na zawsze.  Nie poddam się, choćby nie wiem jak mnie
męczył..."
Gładziła jedwabistą sierść Raftera.
- Tak, to było dawno, i lepiej o tym zapomnieć. yrenice Willa zwęziły się.
- A ty i tak nigdy nie wybaczysz? - rzekł oschle. - Chcę przynajmniej
wiedzieć, o co chodzi.
- Naprawdę nie mogę o tym mówić, zresztą nie znam szczegółów -
przyznała szczerze. - Szesnaście lat temu, mniej więcej wtedy, gdy zmarł
mój ojciec, twój wuj na zawsze odmienił życie mojej matki. Od tamtej pory
nie opuszczał jej smutek.
- Każdy kij ma dwa końce - zauważył Will. - Może jesteś dla wuja
niesprawiedliwa?
Potrząsnęła głową stanowczo.
- Matka była najmilszą, najbardziej delikatną istotą na świecie. Nie
umiałaby nikogo skrzywdzić - stwierdziła, pragnąc zakończyć już temat. -
Zresztą, to moja historia.
- Prawda - zgodził się. - Ale obchodzi mnie, bo ciebie dotyczy i martwi.
Musiało ci być ciężko po śmierci matki. - Patrzył na nią uważnie. - Myśl o
jutrze, Kathy, pogrzeb przeszłość. Myśl o sobie, o swojej karierze, o teatrze,
dzieciach...
Poczuła dreszcze. Gdyby wiedział, jak mocno pragnęła, żeby stał się
częścią jej przyszłości. Cała ta rozmowa pokazała tylko, jak bardzo się
różnią. Niewykluczone, że mogliby zostać przyjaciółmi, ale bliższy związek
był nie do pomyślenia. Wierzyła też coraz głębiej, że Will ma jakąś
tajemnicę, którą nie chce się z nią podzielić.
Z melancholijnym wyrazem twarzy odgarnął włosy spadające jej na
policzek i delikatnie przesunął palcem po jej rozchylonych ustach i wzdłuż
brody.
- Rozchmurz się - szepnął. - Może to dobrze, że nie da się zajrzeć w
przyszłość.
Do oczu Kathy cisnęły się łzy. Will, chociaż Curtis, czasami bywał
człowiekiem. Podniosła się czym prędzej, by nie zdążył dostrzec, jak bardzo
ją wzruszył, i dla niepoznaki zajęła się zbieraniem talerzy.
- Robi się pózno. Czas na mnie, mam jeszcze robotę w ogrodzie. Jeśli się
nim nie zajmę, wkrótce mnie pokona. Zarasta w strasznym tempie, a
niestety, zanosi się na deszcze, po których chwasty pną się w górę wprost
bez opamiętania...
Zdała sobie sprawę, że wyrzuca z siebie potok słów, byle tylko odsunąć
moment intymności, wobec której była bezradna. Zaniosła brudne naczynia
do pokładowej kuchenki, która przypominała raczej domek dla lalek -
wszystko było tam zminiaturyzowane. Nic dziwnego, że ktoś postury Willa
właściwie się tam nie mieścił. Nagle wystraszyła się, że ta mała przestrzeń
może zostać wykorzystana przeciw niej.
Will stał w drzwiach. Było jasne, że znał powód jej szybkiej ucieczki. [ Pobierz całość w formacie PDF ]