[ Pobierz całość w formacie PDF ]

przerażający strach zmusił go do działania. Chwycił bojkę ratunkową z przyczepioną do niej
pomarańczową chorągiewką i rzucił do wody w miejscu, w którym po raz ostatni widział głowę matki.
- Tato! - krzyknął jednocześnie. - Prędko! Mama wypadła za burtę!
Sam nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w skwierczącego na patelni łososia. Myślami był przy
Meg.
Jak przebiega rozmowa z Andym? Czy jest szansa, że chłopiec zacznie traktować go jak przyjaciela?
Co za ironia losu!
Relacje Sama z ojcem nigdy nie wyglądały lepiej. Tyle że
tam sytuacja była odwrotna. To ojciec trzymał Sama na dystans. W tym wypadku, to syn dystansował
się od ojca.
Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, we wspomnienia z dzieciństwa wdarł się rozdzierający krzyk:
- Tato! Prędko! Mama wypadła za burtę!
Serce podskoczyło Samowi do gardła. Mimo to, nie zawahał się ani chwili. Wyłączył palnik i pobiegł
na górę. Meg nie było w zasięgu wzroku.
Spojrzenie Sama padło na porzuconą kamizelkę ratunkową.
O Boże...
- Gdzie ona jest?! - rzucił, ściągając buty.
Andy wskazał mu palcem huśtającą się na falach pomarańczową bojkę. Przez łzy dukał coś o poczuciu
winy i o nie zwiniętej linie, o którą Meg się potknęła.
Sam rzucił mu krótkie, karcące spojrzenie, po czym skoczył do wody.
Zmagał się z zimnym i wrogim żywiołem, za wszelką cenę próbując dopłynąć w okolice bojki.
Zanurkował i niemal od razu zobaczył dryfujące tuż pod powierzchnią ciało. Chwycił Meg w ramiona
i walcząc z całych sił ze znoszącym go w przeciwną stronę prądem, zaczął holować ją w stronę jachtu.
Dodatkowym przerażeniem napełniał go fakt, że Meg była nieprzytomna. Rozcięta brew krwawiła
niebezpiecznie.
- Boże jedyny - powtarzał przez ściśnięte gardło. - Trzymaj się, Meggie.
W końcu udało mu się dotrzeć do żaglówki. Blady jak ściana Andy pomógł mu wciągnąć bezwładną
Meg na pokład.
- Wezwij przez radio karetkę - rozkazał Sam. - Włącz silnik. Płyniemy do portu.
Poczekalnia szpitala w Larch Grove nie wyglądała zbyt przytulnie. Cztery zniszczone fotele i wąski
stolik zasłany starymi magazynami, stanowiły jedyne jej wyposażenie.
Sam nerwowo przemierzał korytarz.
Widok zapłakanej buzi Andy'ego napełniał go dodatkowym smutkiem. Nie potrafił jednak znalezć w
tej chwili słów pociechy. Rozkleiłby się tylko i tym samym wpędził chłopca w jeszcze większą
rozpacz.
Jednocześnie zastanawiał się, dlaczego w tamtej potwornej chwili zagrożenia Andy nazwał go tatą.
Czy był to moment nieuwagi z jego strony? A może użył tego zwrotu, bo tak było szybciej i
wygodniej?
Pewnie tak. Teraz chłopiec siedział bowiem skulony w fotelu, pustym wzrokiem wpatrując się w
podłogę. Nie szukał pocieszenia u ojca. Niestety...
Jeśli mamie coś się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczę, powtarzał w myślach Andy, starając się
zapanować nad cisnącymi się do oczu łzami.
Czuł się winny. Przez jego złośliwość i upór mama omal nie utonęła. Przecież Sam Grainger poprosił
go tylko o jedną rzecz: żeby zwinął i schował tę przeklętą linę. A on zignorował tę prośbę z głupiej
przekory, na złość.
Nic dziwnego, że ojciec go znienawidził. I to tak bardzo, że nie odzywał się do niego ani słówkiem.
Mama pewnie też mnie znienawidzi, rozpaczał w myślach Andy.
Czy jest jakiś sposób, żeby wszystko naprawić?
Owszem. Powinien podejść do ojca i go przeprosić. Po prostu. Ale jak to zrobić, kiedy łzy same cisną
się do oczu, a przez ściśnięte gardło nie chce przejść ani jedno słowo? Co by sobie ojciec pomyślał,
widząc, że jego syn zalewa się łzami jak małe dziecko.
Andy zerknął na Sama.
Jego tata stał oparty o ścianę, z opuszczoną smętnie głową. Jakby czekał, że syn do niego podejdzie,
przytuli się...
Już prawie zerwał się z miejsca, gdy przypomniał sobie nagle wyraz oczu Sama, kiedy ten wskakiwał
do wody na ratunek mamie. Nie, drugi raz nie mógłby znieść tego spojrzenia. Wolałby umrzeć.
- Pan Stafford? - zapytał lekarz, stając na wprost Sama. Sam aż podskoczył na jego widok.
- Nazywam się Sam Grainger, jestem przyjacielem Meg. A to jest nasz syn, Andy. - Ruchem dłoni
przywołał chłopca. - Jak ona się czuje?
- Doznała wstrząśnienia mózgu, na szczęście prześwietlenie głowy nie wykazało uszkodzeń czaszki.
Poza tym musieliśmy zszyć jej łuk brwiowy.
Sam niecierpliwie dotknął ramienia doktora.
- Czy ona z tego wyjdzie? -
- W zasadzie już wyszła. Przed chwilą odzyskała przytomność.
- Dzięki Bogu!
- Jest trochę otumaniona lekami. Zatrzymamy ją przez noc na obserwacji.
- Możemy do niej zajrzeć?
- Jeden z was, ale tylko na chwilę.
Sam zmówił w myślach cichą modlitwę i odwrócił się do Andy'ego.
- Idz do niej, synu.
Ku jego zdumieniu Andy potrząsnął głową.
- Nie, ty idz. - Jego oczy napełniły się łzami. - Mama na pewno nie chce mnie widzieć. To wszystko
moja wina...
Sam delikatnie chwycił go za ramiona. Poczuł, że i jemu zbiera się na płacz.
- Mama kocha cię najmocniej na świecie. Idz do niej i powiedz, że ty też ją kochasz. Zobaczysz, że od
razu poczuje się lepiej.
Po policzkach Andy'ego popłynęły łzy. Wyciągnął ramiona i oplótł nimi szyję Sama. Chowając twarz
w koszulę ojca, wyszeptał:
- Przepraszam, tato. Przepraszam za wszystko.
Sam myślał, że serce wyskoczy mu z piersi. Przytulił syna z całych sił.
- Wiem. Wszystko będzie dobrze.
Gdzieś z tyłu dobiegł ich zrezygnowany głos lekarza:
- No dobrze. Możecie odwiedzić ją obaj. Ale po kolei i tylko na chwilę. Kto pierwszy?
- Idz, synku. - Sam popchnął go lekko w stronę pokoju. Andy otarł oczy i uśmiechnął się.
- Dziękuję, tato. Powiem mamie, że zaraz przyjdziesz.
Meg zdawało się, że ból zaraz rozsadzi jej czaszkę.
- Cierpliwości, pani Stafford - usłyszała głos pielęgniarki. - Lekarstwo powinno niedługo zadziałać.
Co się właściwie stało?
Płynęła jachtem z Andym i Samem. Nie podobało jej się zachowanie syna i chciała z nim
porozmawiać. Potem podobno uderzyła się w głowę i wpadła do wody, skąd wyłowił ją Sam. Tak
twierdził lekarz. Ona niczego nie pamiętała.
- Mamo?
Otworzyła oczy. Andy tonął we łzach. Od lat nie widziała, żeby jej syn płakał.
Mimo bólu wyciągnęła do niego rękę. Padł jej w ramiona, zanosząc się płaczem. Kiedy ochłonął,
podniósł głowę i wyjąkał: [ Pobierz całość w formacie PDF ]