[ Pobierz całość w formacie PDF ]

swoją chęcią bycia użytecznym. Co do mnie, to... w porządku, dawali nam jeść, ale
myśmy zarabiali na swoje utrzymanie. Przecież pokój, który remontowaliśmy, nie
należał do nas. Lecz Smółka był tak pełen patetycznej wdzięczności i jakiegoś
poczucia winy, że większość czasu biegał za ich sprawami. Gotował, sprzątał... co
tylko chcecie. Inną znów kwestią - i to taką, która mi najbardziej doskwierała - były
niekończące się dyskusje o Gemmie.
Oczywiście to Vonny stała za tym wszystkim. Bez przerwy ustalała, co jest słuszne, i
zmuszała innych ludzi, żeby się do tego zastosowali. Właściwie postępowała tak
wobec wszystkich. Zawsze czegoś chciała od Jerry ego - to miał otworzyć z
Richardem kolejny dom, to posprzątać kuchnię albo pościelić łóżko, albo zanieść
rzeczy do pralni. Niespecjalnie jej się to udawało. On chciał jedynie siedzieć sobie w
spokoju i upalać się. Ale lepiej poszło jej ze Smółką. Zalazło mi to za skórę jeszcze
bardziej niż jej próby ze mną. On oczywiście uwielbiał te sytuacje. Wystarczyło, że
głośno oznajmiła, co ma być na kolację, a już zrywał się na równe nogi i żebrał o
pozwolenie pobiegania po sklepach z torbą na zakupy. Wdzięczność to nie jest
właściwe słowo. To było poniżające. A jeśli szukał sobie drugiej matki... przecież
dopiero co od jednej się uwolnił.
Mnie raczej nie lubiła. Na twarzy miała wypisane, co sobie o mnie myśli: zepsuta
gówniara. Nie lubiła ani mojego sposobu mówienia, ani postępowania, ani wyglądu.
64
Uważała, że powinnam być w szkole, w domu i w ogóle poza jej życiem. Pewnie
wyobrażała sobie, że trzeba mnie układać do snu w łóżeczku.
Moim zdaniem na tym polegał jej problem.
W zasadzie cały czas prowadziła kampanię zmierzającą do usunięcia mnie stamtąd i
odesłania do domu. Nie znała mnie, bo inaczej by wiedziała, że najlepszy sposób,
żeby nakłonić mnie do zrobienia czegoś, to powiedzieć, żebym tego nie robiła. Cały
czas jednak truła głowę Richardowi, a on chyba przyznawał jej rację. Był o niebo
sympatyczniejszy, ale właściwie taki sam jak ona. Jeśli masz czternaście lat, to
należysz do kogoś - w moim wypadku do mamy i taty.
Vonny zadręczała tym Smółkę CAAY CZAS. Poddawała go obróbce. Podlewała
gorącą oliwą, żeby aż skwierczał. Powtarzała, jaki jest samolubny, bo wyrwał tak
młodą i niewinną istotę jak ja z łona ukochanej rodziny.
- Jak muszą czuć się twoi rodzice? - jęczał.
- Pewnie tak samo dobrze jak ty dzięki Vonny - odparłam. Miał taki sam wyraz twarzy
jak wtedy, kiedy jego prawdziwa matka, tam w Minely, owijała go sobie wokół palca.
W gruncie rzeczy Richard i Vonny tworzyli doskonałą parę rodziców. Gdybym tak
miała ich zamiast tej nieudacznej pary przygłupów, którymi obdarzył mnie Pan Bóg,
nigdy bym nie uciekła. Było doskonale. Mogłam spędzać noce ze swoim chłopakiem.
Dawali mi trawkę. Mogłam pomalować swój pokój na dowolny kolor i pozostawać
poza domem tak długo, jak długo chciałam. Jako rodzice byli doskonali.
Jedyny problem polegał na tym, że nie po to uciekłam z domu, żeby szukać sobie
nowych rodziców.
Nie mówiłam o tym Smółce, ale myślałam sobie: no cóż, na razie tak jest dobrze.
Miałam zamiar rozglądać się czujnie za właściwymi przyjaciółmi. Ludzmi w naszym
wieku albo niewiele starszymi, którzy nie przejmowaliby się tak bardzo legalnością
naszego statusu, ponieważ sami byliby równie nielegalni.
Spotykaliśmy się już z różnymi ludzmi. Richard, Jerry i Vonny mieli wielu przyjaciół.
Nadszedł w końcu wieczór, kiedy mogliśmy nareszcie - HURRA!!! - ZAPALI
ZWIATAA W DOMU. I chodzić sobie swobodnie w blasku Prawdziwego
Elektrycznego Oświetlenia.
No tak. To naprawdę było ekscytujące po tygodniu pełzania przy świeczkach. Po raz
pierwszy zaprosili wtedy parę osób. Siedzieli sobie w kręgu, rozmawiali, popijali i
wstawiali się. %7ładnych tańców ani nic takiego. Richard przyniósł swój sprzęt grający.
Usiedliśmy ze Smółką w kącie, niczym para oswojonych papug. Od czasu do czasu
ktoś podchodził i zagadywał coś sympatycznie. Wszyscy byli starzy.
65
Jedynym interesującym rezultatem tego spotkania było to, że mieliśmy zorganizować
parapetówkę w następną sobotę, aby oficjalnie otworzyć siedlisko. Impreza pełną
gębą, z tańcami i głośną muzyką. Richard zapowiedział, że zaprosi parę osób
bardziej zbliżonych wiekiem do nas. On zna chyba wszystkich. Otworzył przecież tyle
domów. Napomknął, że o parę ulic od nas mieszkają tacy ludzie, co brzmiało
interesująco. Mówił, że są inni niewiele dalej i też mogą przyjść... Zaczynałam
myśleć, że opłacało się poczekać.
Był już zresztą najwyższy czas. Dwa tygodnie życia przy świeczkach i malowania
ścian wyczerpało mój limit.
Ciągle miałam sto funtów, które ukradłam za pomocą karty magnetycznej taty. Dotąd
nie musiałam ich wydać. Oni płacili za jedzenie. Vonny i Jerry zaopatrywali mnie
nawet w szlugi. No i dobrze... myślałam sobie. Tak więc następnego dnia oznajmiłam
Smółce, że wychodzimy.
Czy uwierzysz, że wyciągnięcie go z domu zabrało mi całe wieki? On w dalszym
ciągu z obłąkaną gorliwością chciał malować te cholerne pomieszczenia. Trzeba było
niemal negocjować z nim zrobienie czegokolwiek oprócz malowania i jeszcze jednej
czy dwóch rzeczy. W końcu prawie na siłę wypchnęłam go z domu.
Udaliśmy się do miasta, żeby trochę zaszaleć.
Po drodze układałam sobie w myślach plan całego dnia. Zanim doszliśmy do
Woolsworth, wiedziałam dokładnie, co chcę zrobić ze swoimi pieniędzmi. Pierwszą
rzeczą był ogromny, tłusty, ohydny hamburger. Za domem tęskniłam tylko z jednego
powodu - mięsa. Miałam dosyć fasolki i mleka sojowego. Smółka bąkał jakieś
wegetariańskie frazesy, ale zaciągnęłam go do McDonalda i zamówiłam dwa duże
hamburgery.
- Krowie zwłoki.
- Krowie zwłoki - powtórzył z powagą.
Pochłonęliśmy hamburgery w okamgnieniu. Były niewiarygodnie pyszne. Potem
wzięliśmy sobie po dużym shake u i zaczęliśmy wertować egzemplarz  City Limits .
W Albert Chapel miała grać jakaś kapela. Punkowa. Dałam Smółce parę funtów i
powiedziałam:  Bądz tam . Potem się go pozbyłam. Nie chciałam, żeby się nudził,
kiedy będę buszować w sklepach z ciuchami i kupować sobie rzeczy. A poza tym
Smółka starał się być rozsądny. Mnie przerażałoby wydanie moich stu funtów na
śpiwory i porządne buty.
Pragnęłam wydać wszystko.
66
Złapałam autobus do centrum targowego przy stadionie. Chciałam się ubrać. Byliśmy
tam przedtem, w niedzielne popołudnie, w dniu naszej akcji. Wtedy niczego nie
kupowałam, ale cały czas miałam oczy szeroko otwarte. Moje wrażenia potwierdziły
się podczas ostatniej imprezy w naszym domu.
Byłam o tysiąc lat do tyłu.
Puszyste dzianiny, wytarte dżinsy i ogólnie miły dziewczęcy wygląd zdecydowanie
wyszły z mody. Na litość boską, wyglądałam starzej od Vonny! Ona nosiła irokeza i
kółko w nosie, podczas gdy ja ciągle paradowałam w mięciutkich sweterkach.
Pierwsza sprawa to czarna skórzana kurtka. Zrobiłam niezły interes - pięćdziesiąt [ Pobierz całość w formacie PDF ]